Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jiangxi 江西. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jiangxi 江西. Pokaż wszystkie posty

2019-03-21

Pawilon na Środku Morza 海心亭

Pawilon ten został zbudowany w 1692 roku na rozkaz Wang Jiwena - i stał się od razu ulubionym miejscem spacerów ludności miejscowej. Wang Jiwen w ogóle jest ciekawą postacią, bo na początku kariery wojskowej przerzucano go między Shaanxi, Jiangxi i Yunnanem. Gdy w końcu dotarł na daleki zachód, najpierw służył dziesięć lat (z kilkuletnią przerwą) jako xunfu 巡撫, a potem zongdu, czyli z gubernatora prowincji stał się wicekrólem. Z czasów, gdy był xunfu pochodzi jego korespondencja ze zwierzchnikiem na okołoyunnańskie tematy: a to informuje o powodziach, a to wstawia się za ludnością, która zbyt ciężko pracuje, a to dyscyplinuje okolicznych tusi.
Wróćmy jednak do pawilonu. Stoi na niewielkiej wysepce na Szmaragdowym Jeziorze, tuż obok parczku kamelii. I stałby tak sobie pewnie do końca świata, jednak błędy w konserwacji zabytków doprowadziły go do fatalnego stanu. Pewnego dnia pięć lat temu ujrzałam, jak go otoczyła blacha falista i jak dziś pamiętam, że w myślach zagrałam mu marsz żałobny. Wszyscy wiedzą, jak wygląda opieka nad zabytkami w Chinach: burzy się je i stawia od nowa, często w wersji betonowej, a czasem nawet kawałek dalej niż oryginał, żeby widok był lepszy.
Ku mojemu zdumieniu pawilonu nie zburzono, jak to się tu zazwyczaj robi, tylko delikatnie rozebrano belkę po belce. A potem - belka po belce złożono, zastępując tylko nowymi te kawałki drewna, które już się do niczego nie nadawały. A jednak się da! 
No i w końcu go odbudowano. Jest piękny, dniem i nocą - bo nocą jeszcze ślicznie podświetlony. Dlatego jeśli będziecie spacerować groblami i wyspami Szmaragdowego Jeziora, podejdźcie i tam. Zwłaszcza, że będzie Was czekać małe zaskoczonko: ze zwykłego pawilonu stał się on tzw. 服务中心 czyli centrum usługowym. To tam można dostać kubeczek wody pitnej, zapytać o możliwość wypożyczenia wózka inwalidzkiego czy pożyczyć parasol, jeśli pada. Panie siedzące w tym centrum trzymają również klucze do pobliskiej salki do karmienia niemowląt. Tak! Tuż obok jest takie właśnie cudo. Chiny naprawdę zaczynają się powoli cywilizować. Niestety, na razie nie na tyle, żeby rzeczywiste godziny otwarcia centrum pokrywały się z tymi napisanymi na tablicy, ale przecież wszyscy wiemy, że trzeba tu stosować metodę małych kroczków.

2014-02-18

dwustronny grzebień bizi 篦子

W nieustannych poszukiwaniach szczątków tradycji w Kunmingu trafiłam na opowieść o grzebieniach. Tradycyjnych grzebieniach.
Do tej pory nie wiedziałam, że Chińczycy wyróżniają dwa typy grzebieni. Ten zwykły, z jednym rządkiem zębów, nazywa się 梳子 i jest dokładnie taki sam, jak nasze grzebienie. Drugi u nas chyba nie występuje - przynajmniej ja się nie spotkałam. Tradycyjnie zrobiony był z kawałka kości wołowej, na której, po obu stronach, osadzano ciasno bambusowe ząbki. Taki dwustronny, gęsty grzebień zwano 篦子 bizi. Jak dotąd nie spotkałam się z nim na żywo, dlatego wklejam wyguglane zdjęcie:
Oczywiście, współcześnie zapewne trudno trafić na prawdziwe, wołowobambusowe bizi. Nawet na plastikowe ciężko trafić, bo z poprawą warunków sanitarnych w Chinach po prostu przestały być potrzebne. Głównymi bowiem zadaniami bizi było usuwanie łupieżu i... wszy. Z dzisiejszego punktu widzenia, podarowanie komuś takiego grzebienia, mogłoby zostać uznane za bardzo niemiłą aluzję. Któż mógłby więc pomyśleć, że kiedyś był to podarek zaręczynowy, wyraz miłości? I że w każdym porządnym buduarze musiał się taki znajdować?
W jednej z moich ukochanych lektur, zawierającej opowieści o starym Kunmingu, trafiłam na artykuł o grzebieniach. Pozwolę sobie go przytoczyć.

Czesanie grzebieniami bizi i igły

Jeśli mówimy o bizi, dzisiaj rzadko się je już widuje, ale w starym Kunmingu były w prawie każdym domu. Bizi i shuzi tak samo służą do obsługi głowy. Jednak bizi jest szlachetniejszy w formie, bardziej artystyczny, a i sposobem użytkowania trochę się od zwykłego grzebienia różni. Nie tylko można nim uczesać włosy tak, by były gładziutkie i błyszczące, ale można również pozbyć się przy jego pomocy wszy i gnid. [...] Na starych uliczkach i ruchliwych skrzyżowaniach rozstawiali stragany, popisywali się kilkoma kopniakami, klepali po piersi, a potem wyciągali bizi; najpierw chwalili, jakie to są one wspaniałe, a potem dawali popis przecinania grzebieniem kawałka skóry - że niby grzebienie są ze świetnych materiałów, że są twarde i trwałe, a dopiero później zaczynali sprzedawać. Sprzedawcy bizi pochodzili najczęściej z Syczuanu i Jiangxi.
Istnienie bizi związane było z ówczesnymi warunkami sanitarnymi. W przeszłości ubierano się biednie, a i możliwości umycia nie było dużo. Jest takie powiedzenie: biedni mają wszy, a bogaci wrzody na skórze. Poziom życia mieszczan był kiepski, więc wszy ciężko było uniknąć; zwłaszcza dziewczęta z długimi włosami, które nie tylko miały wszy, ale i gnidy, przez kunmińczyków nazywane "jizi" (蟣子), nie mogły nie używać grzebieni bizi. Pamiętam, że na starych uliczkach, gdy słońce stało już wysoko, matki wyczesywały grzebieniami bizi świeżo umyte włosy córek, raz za razem czesały - od razu było wiadomo, że wyczesują wszy, bo przy zwykłym czesaniu tak nie trzeba. Za chwilę zamieniały się miejscami i córki wyczesywały włosy matek. Jeśli trafiła się wielka wesz, zgniatało się ją bardzo głośno. Dla biedaków żadna nowość, wszyscy mieli podobne problemy, nikt się nie naśmiewał.
Oczywiście, mężczyźni też czasem się wyczesywali przy pomocy bizi; gdy głowa swędzi, trzeba sprawdzić, czy to nie wesz żeruje.
Ponieważ bizi były gęstsze od zwykłych grzebieni, podczas czesania zostawało na nich dużo włosów; dziewczyny zwijały te włosy w kłębki i wpychały w szpary w drzwiach i dziury w ścianach. Gdy się ich uzbierało więcej, a poszła fama, że ulicami krążą sprzedawcy wymieniający włosy na igły, zapraszało się takiego sprzedawcę do domu. On zaś, w zależności od ilości włosów wymieniał je na jedną bądź dwie igły. Wymieniacze igieł mieli szarfy z wpiętymi igłami wszelkiej maści. Zgodnie z zapotrzebowaniem, brało się maleńkie i cieniusieńkie igiełki do haftowania albo grubaśne do bielizny pościelowej.[...] Gdy w którymś domostwie pojawiał się iglarz, zbiegały się z dziewczęta z sąsiedztwa, by ubić targu i dzieciarnia, by popatrzeć[...].
Dawniej w żadnym domostwie nie mogło braknąć bizi; dzisiaj kobiety w miastach ich nie potrzebują, a małe dziewczynki to pewnie nawet nie wiedzą, jak bizi wygląda. Usłyszawszy o zbieraniu kłębków włosów w celu wymiany na igły, dzisiejsi ludzie śmialiby się do rozpuku, a i pewnie bez złośliwości by się nie obyło.
Faktycznie. Bo ile warta jest jedna igła? Problem w tym, że wówczas z pieniędzmi nie było łatwo, więc i bardziej się uważało przy wydawaniu. Kto wtedy słyszał o szamponach czy odżywkach do włosów? Zwykle używało się zwykłego mydła, a mycie głowy w wodzie z wygotowaną korą glediczji chińskiej uchodziło za luksus.
Życie się zmienia, a przedmioty codziennego użytku wraz z nim.
(Kunmińskie Wspomnienia, Zhao Zhengwan - 昆明憶舊, 趙正萬))
Przy całej mojej tęsknocie za dawnymi, dobrymi czasami, cieszę się bardzo, że nie muszę używać bizi. Samo czytanie eseju spowodowało, że zdrapałam sobie skórę z połowy głowy...
Mnie do szczęscia wystarczą takie grzebyczki:

2014-01-31

grudniowe mięso Tujia 土家腊肉

Tytuł to taki żarcik. Chiński, nie mój, żeby nie było. 腊月 to dwunasty miesiąc kalendarza księżycowego. Uwędzone bądź ususzone na słońcu i wietrze mięso nazywa się zaś 腊肉. Związek jest oczywisty: to przed nadchodzącym chińskim nowym rokiem ubija się świnię, czyli mięsko jest faktycznie "grudniowe"*. Z czasem nazwy zaczęto używać w stosunku do mięs wędzonych w ciągu całego roku, w dodatku nie tylko do wieprzowiny - tak samo la 腊 mogą być również kurczaki czy ryby. Jednak gdy Chińczyk mówi "larou", przed oczami ma apetyczne kawałki wieprza. 
Pierwsze wzmianki o grudniowym mięsie pojawiły się już w Księdze Przemian, co dowodzi, że Chińczycy marynują i suszą mięso już od ponad 2000 lat. Tradycja konserwowania mięsa przez zasolenie, a następnie wysuszenie/podwędzenie wywodzi się najprawdopodobniej z okolic Syczuanu, Hubei, Jiangxi i Kantonu, ale sposób przyjął się w zasadzie wszędzie. W Yunnanie najbardziej znane jest "suszone na wietrze" 风干 mięso ludu Bai. Jednak, szczerze powiedziawszy, sądzę, że w Hubei, Syczuanie czy Kantonie taki sposób przygotowania mięsa był ważniejszy i potrzebniejszy: tam jest mokro i ciepło. Osolenie i wysuszenie mięsa było dawniej właściwie jedynym sposobem przedłużenia przydatności do spożycia. Z drugiej strony, cudne walory smakowe wędzonego czy suszonego mięsa są dobrze znane na całym świecie, a Chińczycy są z natury smakoszami, więc przygotowywanie takiego mięska wcale nie dziwi.
Najbardziej tradycyjny sposób przygotowania grudniowego mięsa to: podgrzanie soli w woku, a gdy jest już gotowa, wsadzenie do niej mięsa i dokładne obtoczenie. Peklowanie powinno potrwać tydzień, potem mięso jest oczyszczane z nadmiaru soli i wieszane w nasłonecznionym miejscu albo nad paleniskiem. Wędzi się różnie w różnych tradycjach - bywają mięsa lekko podwędzone, o żółtym kolorze "wierzchu", albo uwędzone aż do soczystej czerni; mogą być uwędzone tak mocno, że są już prawie upieczone, albo tylko lekko zakonserwowane. Różnią się też marynatą. Ot, choćby kantońskie grudniowe mięso jest nie tylko solone, ale też moczone w sosie sojowym wymieszanym z alkoholem i cukrem, aż uzyska piękną, brązową barwę, a potem suszone na słońcu i wietrze, poza domem.
​Dziś jednak chcę opowiedzieć o grudniowym mięsie ludu Tujia, ich dumie i chwale, mięsie, którym podejmują gości. W tym i mnie. Ech, pachnące na dziesięć morg grudniowe mięso Tujia!...
Najpierw dzielą je na kilo-dwukilowe kawałki. Obróbka takich jest łatwiejsza, a i smak wchodzi głębiej. Potem smażą sól, aż będzie lśniła żółtawo i dodają przyprawy - w Hubei i Syczuanie jest to najczęściej pieprz syczuański. Taką ciepłą, przyprawioną solą nacierają mięso i wsadzają mięso do michy. Oczywiście, mięso będzie puszczać sok. Trzeba wtedy mięso przewrócić na drugą stronę i dalej bejcować. Nie trzeba się z tym spieszyć - przewracać mięso można co 3-5 dni. Po 10-15 dniach wodę trzeba odkapać, a mięsko powiesić tam, gdzie mamy je zamiar wędzić. Może to być specjalne palenisko czy pomieszczenie; tam jednak, gdzie pożywienie przygotowuje się nadal nad żywym ogniem, karmionym słomą ryżową, suchymi kolbami kukurydzy i drewnem, wiesza się mięso po prostu nad kuchnią. Do ognia trzeba regularnie dodawać mocno pachnących składników, wedle upodobania: sośninę, gałązki cyprysu, skorupki po orzeszkach ziemnych i orzechach włoskich, obierki trzciny cukrowej a nawet skórki pomarańczowe. Wędzenie powinno być powolne, trwać miesiąc z okładem. Można je uznać za skończone, gdy mięso nabierze pięknej szkarłatno-rudo-brązowej barwy. Tak przygotowane mięso trzeba powiesić gdzieś, gdzie jest dostęp świeżego powietrza - wtedy będzie je można przechowywać nawet dwa, trzy lata. Z czasem skórkę pokryje biały nalot. To nie oznacza, że trzeba natychmiast mięso wyrzucić, wręcz przeciwnie. To znaczy, że mięso jest takie, jak trzeba. Przed spożyciem należy je opiec nad ogniem, a potem zblanszować. Gdy skórka zmięknie, można ją "ogolić" do czysta - i już można gotować. W zależności od tego, która partia wieprza została "zagrudniowana", sposobów przygotowania potraw może być wiele: raciczki czy żeberka zazwyczaj się gotuje na małym ogniu, a zupa tak powstała jest bazą ogniowego kociołka. Mięso bez kości zazwyczaj jest smażone z pędami bambusa, gorzką dynią, pędami czosnku i inną delikatną w smaku zieleniną. Wyjątkowo zażarci miłośnicy przepalania dzioba smażą mięso z ostrą papryką. Ja smażę na tym mięsku jajecznicę... Ale mnie to już nic od jajecznicy nie uratuje, skoro usmażyłam jedną nawet będąc w hubejskiej wiosce na końcu świata. Czerwony Blask, mój ulubiony Tujia wszechczasów, mówi, że to świętokradztwo i że u niego się mięso najpierw obsmaża, żeby wytopić tłuszcz do smażenia warzyw, a potem można takie mięso ugotować. A zupa jest najlepsiejsza na świecie.
*Tutaj możecie poczytać więcej o miesiącu suszonego mięsa.

2013-09-29

太和豆豉 słone fasolki Taihe

O fermentowanych słonych fasolkach już kiedyś pisałam. Wiecie więc, że mogą być słone bądź pikantne, robione z różnego typu fasolek i że bardzo się różnią ich wersje regionalne.
Dziś przed Państwem wersja występująca w Kunmingu najczęściej. Żeby było śmieszniej, nie rdzenna - wieść gminna niesie, że nazwa fasolek wywodzi się z miasteczka Taihe, w którym powstała receptura. Taihe jest zaś położone w prowincji Jiangxi, bagatela, na drugim końcu kraju. Stamtąd przywędrowały fasolki przez Syczuan do Kunmingu. Oczywiście, jeśli porównać smak fasolek produkowanych obecnie w Jiangxi, Syczuanie i Yunnanie, okaże się, że chociaż będą się bić o to, że "to właśnie my jesteśmy najbardziej tradycyjni", okaże się, że w każdym miejscu smak zmienił się w zależności od dostępnych przypraw i preferencji smakowych tubylców. Dlatego jeśli traficie kiedyś na nasze fasolki w sklepie, sprawdźcie, czy są to po prostu słone fasolki Taihe, czy kunmińskie słone fasolki Taihe...
Są beżowego koloru, słonawe, acz z lekko słodką nutką, miękkie, niezbyt kwaśne. Świetnie nadają się do poprawiania smaku szeroko pojętego wszystkiego :) Czasem, gdy nie chce mi się gotować, ładuję łyżeczkę fasolek Taihe na resztki wczorajszejgo ryżu, zalewam to wrzątkiem i mam zupę ryżową o smaku słonofasolowym - boski posiłek.
Kunmińska wytwarzana jest z wyki czteronasiennej z dodatkiem soli, anyżu gwiaździstego, brązowego cukru, koperku a nawet kleistego ryżu.
W tradycji syczuańskiej dodaje się fasolki do Tofu Dziobatej Staruszki, do Mięsa Powracającego do Gara. W Kunmingu jemy tę fasolkę przygotowaną w dużo prostszy sposób.

Składniki:
*100g słonych fasolek Taihe
*tyleż skwarek
Wykonanie:
Fasolki usmażyć na skwarkach.
Służyć może jako dodatek do ryżu, przyprawa do lekkich zup, których nie gotowaliśmy na mięsie itd.

Mała uwaga: chodzi o skwarki pozostałe po domowym wytapianiu smalcu. W tradycji yunnańskiej słoniny nie kroi się drobno, tylko w całkiem spore plasterki; wytapia się smalec do momentu, w którym te skwarki nabiorą złotego koloru i są jeszcze miękkie i soczyste. Skwarki te dodaje się później do zup, smaży z nimi warzywa, albo właśnie na nich smaży fasolki i inne takie. W tradycji chińskiej nieznany jest nasz smalec z solidnie wytopionymi, brązowymi skwarkami, cebulką, majerankiem itp. Moi znajomi Chińczycy uważają skwarki w naszym smalcu za spalone i nieprzydatne do celów kulinarnych...

2012-09-01

補碗匠 naprawiacz misek

W każdym chińskim domu znajdują się miseczki do ryżu. Niby jest to podstawą oprzyrządowania kuchennego, ale dawnymi czasy w domach znajdował się komplet, no może dwa, a jeszcze częściej resztki wielu kompletów, które akurat wystarczały członkom rodziny. W razie wielkich uroczystości typu wesele czy pogrzeb, miseczki pożyczało się od sąsiadów, bo po pierwsze były drogie, a po drugie gdzie to to trzymać na co dzień, nawet jeśli się wyda na nie wszystkie oszczędności? Bo przecież głównym materiałem była porcelana, którą tak łatwo stłuc. Dawnymi czasy żałowano każdej rozbitej miseczki, a dzieci, które dopuściły się takiej nieuwagi były surowo karane. Jeśli zaś miseczka się zbiła w trakcie obchodów noworocznych, na rodzinę padał blady strach, bowiem był to jeden z najgorszych omenów...
W takich to czasach wędrowali od wioski do wioski naprawiacze misek. Wyuczeni rzemiosła w Jiangxi (to w końcu tam, w Jingdezhen, produkowana jest od wieków porcelana, więc mieli się gdzie uczyć rzemiosła), z potrzebnym oprzyrządowaniem na plecach chodzili od domu do domu, szukając zbitych misek, których kawałki były skrzętnie zbierane i przechowywane dla naprawiacza.
Naprawiacz rozkładał przyrządy, siadał na taborecie i zaczynał pracę. Po pierwsze, trzeba było dopasować kawałki i sprawdzić, czy będzie się dało złożyć miskę do kupy. Nie mogło zabraknąć żadnej cząsteczki. Przykładał więc naprawiacz specjalnymi szczypcami kawałki do siebie, starając się je złożyć w pierwotny kształt, a składane w ten sposób porcelanowe puzzle przytrzymywał między kolanami. Ułożywszy odpowiednio kawałki, brał w lewą dłoń drewniany uchwyt, na którego końcu znajdował się diamencik. Porcelana jest bowiem tak twarda, że niczym poza diamentem nie dało się wywiercić w niej dziurek, które były potrzebne do "sklejenia" miski. W prawej dłoni naprawiacza znajdowało się coś w rodzaju łuku, którym wprowadzał swoje prymitywne wiertło w ruch, w sposób podobny do rozniecania ognia dawnymi czasy. Ilość wierconych oczek zależała oczywiście od wielkości pęknięcia; oczywiście trzeba było robić dziurki symetrycznie po dwóch stronach, żeby się później przyprawiona część miseczki dobrze trzymała. W tak przygotowane dziurki wsadzał naprawiacz coś w rodzaju dzisiejszej zszywki do papieru - kawałek żelaza bądź miedzi z haczykami przy końcach. Miedź była lepsza od żelaza, bo nie rdzewiała, dlatego też była od żelaza droższa.
Naprawiona miseczka nadawała się oczywiście do użytku, ale zdaniem specjalistów traciła wartość i piękno. W dodatku w trakcie jedzenia zostawał w ustach metaliczny posmak, a i powierzchnia nie mogła być tak gładka jak w nówce. Chińczycy śmieją się, że po reperacji nie była to już miska porcelanowa, tylko "żelazna miska ryżu" (co po chińsku znaczy "stała praca").
Starzy kunmińczycy wspominają, że za ich szczenięcych lat pojawiał się w Kunmingu naprawiacz-cudotwórca. Oprócz metalu, miedzi itp. miał w zanadrzu schowane kawałki porcelany, takie ni przypiął, ni przyłatał, zbierane, gdy miski już się nie dało uratować. Po co? Otóż, jeśli spotkał na swej drodze miskę, której jeden kawałek został połknięty przez kury, albo, bo ja wiem, rozsypał się w drobny mak, on wyciągał te resztki i próbował dopasować do miski. Tu coś odtłukł, tu trochę przyszlifował, stwierdzał, że kolory tak mniej więcej pasują - i ratował miskę, która wydawała się już być na straconej pozycji. Jego pracy uwielbiały się przyglądać dzieciaki; zresztą i starsi lubili patrzeć, jak jego sękate ręce manewrowały porcelanowym drobiazgiem, by przywrócić miseczce życie. Niejeden raz ktoś z zachwytem mówił, że jest mistrzem; niejedno też dziecko marzyło o tym, żeby uczyć się od niego fachu. On jednak zawsze powtarzał, że jego czasy już minęły, że jeszcze chwila i zużyta bądź zniszczona zastawa stołowa będzie lądować na śmietniku, a nie w jego rękach. Przyjdą czasy - mówił - kiedy poziom Waszego życia będzie za wysoki, żeby się przejmować skorupami. Nie trzeba więc uczyć młodych tego fachu - gdy znikniemy, nikt nie będzie pamiętał, że istnieliśmy ani po co.
W centrum Kunmingu, na popularnym deptaku między Dwiema Wieżami postawiona została ta rzeźba:
Przystają przy niej dziadkowie i babcie, by tłumaczyć wnukom, kim byli naprawiacze misek i żeby choć na chwilę przywołać baśniowy urok tamtych czasów...

2009-06-30

對聯和雙喜 Duilian i podwójne szczęście

Dziś miałam egzamin z pisania wypracowań. Przejechałam się na nim dosyć. Nie żeby mnie to jakoś szczególnie obchodziło, ale generalnie to wolałabym naprawdę napisać wypracowanie i mieć z głowy. Tymczasem wymagania nauczyciela (ech, jak ja drania nie lubię!) były po prostu nieprawdopodobne...
Pierwsze, czyli uzupełnienie pustych miejsc w wypracowaniu - było całkiem normalne. To znaczy, wprawdzie tekst był trudny i mogłam co najwyżej zgadywać, co tam wstawić, ale niech tam. Drugie zadanie polegało na znalezieniu 5 synonimów/wyrazów bliskoznacznych. Nie pięć rożnych wyrazów + po jednym synonimie. Po pięć synonimów dla każdego z wyrazów, powtarzających się w czytance! Kolejne zadanie jednak już całkiem mnie pogrążyło: trzeba było otóż ułożyc 5 duilianów.
Co to jest duilian 對聯? W wiki jest krótki opis, nie do końca oddaje o co chodzi, więc uzupełniam. Jest to mocno wysublimowana forma tradycyjnej chińskiej poezji, dwuwers obwarowany wieloma regułami. Musi się zgadzać nie tylko liczba znaków (a wiec i sylab) w wersie. Znaki te muszą również korespondować ze sobą - znak 對 to miedzy innymi symetria. Więc znaki muszą jakoś tam sobie odpowiadać - mieć znaczenie podobne albo dokładnie odwrotne, ale na pewno nie ni przypiął ni przyłatał. Co więcej, muszą odpowiadać sobie również pod względem gramatycznym - czasownik kontra czasownik, przymiotnik z przymiotnikiem itd. Ale najważniejsze to zgodność melodyczna - mile widziane rymy, ale to nie rymy decydują o melodii. Tu chodzi o tony. Jak wiemy, w chińszczyźnie mandaryńskiej istnieją cztery tony, plus piąty nieakcentowany. Jednak w poezji wygląda to trochę inaczej: pierwszy i drugi ton należą wspólnie do kategorii tonów wznoszących, a trzeci z czwartym to tony opadające. Wystarczy zrównoważyć te "tony poetyckie", nie trzeba dokładnie ustawiać czwartego naprzeciw czwartego, trzeci też może być.
Gdyby chcieć stworzyć taki dwuwiersz po polsku... hmmm... Trzeba pominąć wiele reguł - tony poetyckie odpadają, choć mogłyby zostać zastąpione rymami. To, że w przeciwieństwie do Chińczykow posiadamy gramatykę, też sprawy nie ułatwia - te wszystkie deklinacje i koniugacje... Coś, co mi przyszło do głowy, gdy po raz pierwszy usłyszałam o tych dwuwierszach, to "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Z gramatycznego i "ideowego" punktu widzenia to idealny duilian, chociaż brak rymów i niejednakowa ilość sylab w wersie sprawia, że nie jest to najszczęśliwszy przykład.
No dobra. Nie jestem w stanie wymyślić takiego przykładowego dwuwiersza nawet we własnym języku. A ten idiotyczny nauczyciel próbował wymóc na mnie wymyślenie 5 duilianów po chińsku! Kretyn! Jak mu to w ogóle wpadło do głowy?!
Wiem, jak mu to wpadło do głowy. Z dawien dawna (ta forma poetycka ma już 1000 lat historii) układanie duilianow stanowiło część egzaminów państwowych. Dostawałeś jedną linijkę i miałeś się wysilić, żeby utworzyć jak najbardziej pasowną drugą. Wiąże się z tym jedna bardzo romantyczna historia :)
Był sobie Wang Anshi, ubogi chłopiec. Ruszył dnia pewnego z rodzinnego Jiangxi na egzaminy państwowe i po drodze zauważył wywieszony na bramie domu wers: 走馬灯,灯走馬,灯息馬停步. Okazało się, że głowa rodziny Ma 馬, mieszkającej w tym domu, pragnie pozbyć się pięknej córki - w sposób niezbyt drastyczny, bo przez wydanie jej za mąż. Nie oddadzą jej jednak byle komu - chętny musi być na tyle inteligentny, żeby stworzyć bliźniaczy wers do wcześniej podanego. Jeśli nie umie, to nawet nie ma po co słać swatów. Wang Anshi głowił się i głowił, ale nic mądrego nie wymyślił, więc poszedł na egzamin. Szczęśliwym trafem podczas egzaminu dostał jako jedno z zadań ułożenie bliźniaczego wersu do czegoś takiego: 飛虎旗,旗飛虎,旗卷虎藏身。 Olśnienie! właśnie te dwa wersy idealnie do siebie pasują! Forma, gramatyka, każdy szczególik! Tam, gdzie w pierwszym jest 走 - iść, w drugim jest 飛 - lecieć; tam gdzie w pierwszym jest 馬 - koń, w drugim jest 虎 - tygrys itd. Wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Chłopak zdaje egzamin i pędzi do domu Ma, żeby powiedzieć, że potrafi uzupełnić dwuwers. Za jednym zamachem załatwił sobie dyplom i obrączkę, co dla ubogiego chłopca z końca świata wcale nie było takie proste. Upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu uczcił wymyśleniem znaku "podwójnego szczęścia" - 囍。 A potem stał się sławny - ale to już zupełnie inna historia...
W każdym razie - do jasnej cholery, to było na egzaminach urzędniczych, a nie na końcowym egzaminie dla obcokrajowców! Grrrr...
我們寫作老師給我們準備的考題挺難。 要認識很多同義詞近義詞, 對外國人來說很難! 而且他讓我們寫對聯! 這個連對中國人來說很難, 對老外更不用說了! …… 我不想跟這位老師學習…… :P