Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jiangsu 江蘇. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jiangsu 江蘇. Pokaż wszystkie posty

2020-05-19

Muzeum Xu Xiake

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Dziś jest Chiński Dzień Turystyki 中国旅游日. Dlaczego ma miejsce innego dnia niż Światowy Dzień Turystyki? Wiąże się z tym ciekawa historia i szalenie ciekawa postać.



Xu Xiake 徐霞客* urodził się w 1587 roku, a zmarł w 1641. Niemal całe życie podróżował i pisał o swoich podróżach; był najsłynniejszym odkrywcą, geografem i - po trosze - awanturnikiem dynastii Ming, już za życia znanym i cenionym nie tylko za wspaniałe opisy odwiedzanych miejsc, ale też za odwagę i pokorę. Podróżował po Chinach ponad trzydzieści lat, cały czas prowadząc zapiski.
Urodził się w dzisiejszym Jiangsu. Ponoć to matka zachęcała go do podróży. A on zabierał w podróż sakiewkę i sługę, Gu Xinga - i wio! Kto bogatemu zabroni? Miał setki przygód, w tym te nieprzyjemne - a to go obrabowano, a to się zgubił. Zawsze jednak potrafił się jakoś wykaraskać. Ratowały go inne wykształciuchy... znaczy, inni intelektualiści, których poznawał podczas wędrówki. Buddyjscy opaci płacili mu za spisywanie historii ich klasztorów. Wędrował ośnieżonymi przęłęczami Syczuanu i dżunglami Guangxi, dotarł nawet pod Tybet, szczególnie jednak ukochał sobie Yunnan, do którego przyjechał aż trzy razy. Przyjechał? Co ja mówię! Przemieszczał się przecież głównie na piechotę, choć nie gardził także jazdą konną i przemieszczaniem się w lektyce - brał do tego lokalną ludność i miał w nosie, czy im się chciało i czy mieli wystarczającą ilość ludzi - jeśli brakowało facetów, nosiły go kobiety... Oj, nie był specjalnie kochany przez lud - może właśnie dlatego nigdzie nie zagrzewał miejsca?
Chciało mu się sprawdzić skąpe i niedokładne informacje geograficzne dotyczące trudno dostępnych miejsc - opisał kilka rzek, poprawił opis tych, które źle podawały źródło danej rzeki czy jej dorzecza - opisał tak m.in. nasze, yunnańskie rzeki Mekong i Saluin, to również on odkrył, gdzie zaczyna się Jangcy - to znaczy, że zaczyna się od małej rzeczki Jinsha (wreszcie poprawiono błąd z wcześniejszych dzieł geograficznych). Jego zapiski były zadziwiająco obszerne i dokładne.  Prawdziwy wzór geografa i odkrywcy! Za to okropny mąż. Pierwsza żona szybko zmarła, za to z drugą żarł się jak pies z kotem - pewnie dlatego zamiast siedzieć na tyłku, cały czas był w drodze. W dodatku był kochliwy, a żona mocno zazdrosna - no, sami rozumiecie.
Ale wróćmy do podróży. Pisał o wszystkim, co napotkał - geografii, florze, faunie, ludziach, klimacie, złożach, komunikacji, zabytkach, zwyczajach... Szczególnie fascynowało go zjawisko krasowe, więc włóczył się po jaskiniach i je szczegółowo opisywał (odwiedził m.in. nasze ulubione yunnańskie Jaskinie A-lu). Był specem od zawierania przyjaźni z ciekawymi ludźmi, np. podczas wizyty w Lijiangu zaprzyjaźnił się z ówczesnym kacykiem Naxi, A-chai A-ssu. Aż pewnego dnia zachorzał. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa i do rodzinnego Jiangsu wrócił lektyką. Niedługo potem umarł, a redakcją jego pism zajmowali się inni, też z przygodami - np. główny odpowiedzialny za redakcję został zabity za nieodpowiednią działalność polityczną i dopiero następni zbierali szkice, żeby się je dało wydać.
No dobrze. Ale co to wszystko ma wspólnego z dzisiejszą datą?
Otóż, moi drodzy, właśnie taką datą: 19 dzień 5 miesiąca jest opatrzony początek Podróży Xu Xiake 徐霞客游记. Przewodnik na ponad sześćdziesiąt tysięcy słów. Po wszystkich 16 ówczesnych prowincjach Chin. Około jedna trzecia esejów jest poświęcona Yunnanowi.
Dziś Xu Xiake nie jest jednak wspominany po prostu dlatego, że był śmiałym odkrywcą, geografem i w dodatku erudytą. Dziś jest czczony jako... patriota!! Tak kochał swój kraj, że aż go chciał poznawać! Jeździł, nie bacząc na wszystko, żonę w domu zostawiał, wszystko dla Kraju!
Brrr.
Odżegnuję się od oficjalnej narracji i nadal lubię Xu Xiake, awanturnika z mrówkami w zadku, który tak samo jak ja ukochał Yunnan. Czyż mogłam wyrazić tę sympatię lepiej niż wybrać się do muzeum poświęconego Xu Xiake?
Muzeum to znajduje się u stóp Zachodnich Gór (to miejsce również odwiedził!); jest niewielkie i - niestety - całkowicie chińskojęzyczne. Ale za jest pokazana szczegółowa mapa jego wędrówek po Yunnanie i poruszająca historia o tym, skąd wziął lektykę - otóż przysłał mu ją właśnie nasz tusi z Lijiangu, A-chai A-ssu! Uratował tym samym chłopu życie, bo nie dość, że nogi odmówiły mu posłuszeństwa, to jeszcze słudzy uciekli (ależ on musiał mieć charakterek! Możnym potrafił się podlizać, ale podwładni go widać szczerze nie znosili...).  Trzy miesiące spędził w klasztorze buddyjskim na Kurzostopiej Górze (鸡足山), zanim dzięki tusi mógł wrócić do domu...

mapa jego podróży po Chinach
Yunnan Fu czyli dzisiejszy Kunming, Dali, Luoping, Qujing, Wuding, Lijiang, Jianshui (Lin'an), Tengchong...

Jeśli chcecie poczytać go sobie w oryginale, "przewodnik" Xiu Xiake znajdziecie tutaj. Podpowiem Wam tylko jeszcze, że yunnańskie podróże zaczynają się od znaczku 滇 - pamiętajcie, to Dian, skrócona nazwa Yunnanu, nie zhen!. Jeśli zaś nie jesteście biegli w starochińskim, zerknijcie na tłumaczenie na chiński współczesny.

A tutaj poczytacie o bodaj pierwszym Japończyku, który odwiedził Polskę.

*To jego przydomek, nie imię, ale to właśnie nim się posługiwał. Przetłumaczyłabym je swobodnie jako Podróżnik 客 Spokojnej 徐 Zorzy 霞.

2017-01-15

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XIV

Harował dla matki 行傭供母
Za czasów Wschodniej Dynastii Han, żyła pewna wdowa z synem o imieniu Jiang Ge. Ojciec jego zmarł wiele lat wcześniej, a oni radzili sobie jak mogli. Kiedy bandy rabusiów i buntowników zaczęły plądrować okolice, Jiang Ge postanowił wyjechać z matką w jakieś bezpieczniejsze miejsce. Jednak wyprawa była o tyle trudna, że nie posiadali ani konia, ani wozu, w związku z czym Jiang Ge niósł po prostu matkę na plecach wzdłuż drogi. Nie uciekli daleko, gdy dopadła ich pierwsza banda. Herszt zażądał, by Jiang Ge do nich dołączył, on jednak padł na kolana i zaczął błagać o łaskę: "Jeśli odejdę z Wami, moja stara matka umrze z głodu. Ktoś musi się nią opiekować, a ma tylko mnie. Błagam, pozwól nam odejść w pokoju".
Wzruszony herszt puścił ich wolno, tak samo zresztą jak kolejne napotkane przez nich bandy. Synowskie oddanie zmiękczało serce bandytów; takim oto sposobem udało im się w końcu dotrzeć do Xiabi w prowincji Jiangsu. Podróż pochłonęła wszystkie oszczędności, a ubrania obojga były w strzępach. Nie mając do kogo zwrócić się o pomoc, zamieszkali w nędznym szałasie z trawy wraz z innymi uciekinierami.
Każdego ranka Jiang Ge wyruszał do pracy; imał się każdego zajęcia, byle tylko móc zarobić parę groszy, by zapewnić matce życie na odpowiednim poziomie. Sam jadł chwasty i połamany ryż, odziewał się w łachmany i chodził boso, ale ubrania i pożywienie matki były najwyższej jakości. Sąsiedzi chwalili jego altruizm, ale radzili też, by był trochę bardziej wyrozumiały dla samego siebie. On jednak niezmiennie odpowiadał z uśmiechem: "Powinnością syna jest dbanie o rodziców".
W końcu udało mu się znaleźć stałą pracę z sensownym wynagrodzeniem, które wystarczało, by zapewnić matce wygodne życie. Traf chciał, że mniej więcej w owym czasie w rodzinnych stronach Jianga zapanował pokój, a matka na wieść o tym wyraziła życzenie, by wrócić do domu. Jednak jazda konną bryczką okazała się dla niej zbyt forsowna. Dlatego Jiang Ge porzucił pracę, która mogłaby mu zapewnić bogactwo i, umościwszy wygodnie matkę, zaprzągł do wozu sam siebie, a po drodze wszyscy dobrzy ludzie wychwalali jego synowskie oddanie. 

Po pierwsze: z opowiastki na opowiastkę bardziej zdumiewają mnie łagodne serduszka chińskich bandytów.
Po drugie: syn był w sumie ok, ale matka... grrrr...

2016-10-27

李公樸 Li Gongpu

Kiedy po upadku ostatniej dynastii Chin do władzy doszła partia narodowa Guomindang, wydawało się, że nadejdą dobre czasy. Partia ta obiecywała przecież wolność prasy i głoszenia poglądów a także nietykalność polityków innych opcji. W praktyce policja Guomindangu robiła naloty na domy oponentów, ze szczególnym uwzględnieniem członków Chińskiej Ligi Demokratycznej. Początkowo ograniczali się do plądrowania domostw i zastraszania mieszkańców, im bardziej jednak bali się o własne tyłki - to znaczy im bardziej komuniści i inni oponenci rośli w siłę - tym bardziej drastycznych środków używali. Gdy wrzała wojna, narodowcy imali się już wszelkich sposobów.
W Kunmingu niechęć narodowców do demokratów zaczęła się od zamknięcia prodemokratycznych gazet. To pociągnęło za sobą falę protestów ze strony inteligencji i studentów. Protesty zostały spacyfikowane bardzo drastycznie, co najlepiej widać na przykładzie młodego Li Gongpu.
Li urodził się w 1902 roku w biednej rodzinie z Jiangsu. Ambitny i pracowity, zdołał pójść drogą edukacji - w 1925 roku wstąpił na uniwersytet. Tam zaraził się myślą Sun Yat-sena i "nową kulturą". Wstąpił do Guomindangu; niedługo w nim jednak wytrwał - już wtedy ideowo nie całkiem mu było z tą partią po drodze. Jeszcze bardziej oddalił się od nacjonalistów po dwóch latach studiów w Stanach - studiował oczywiście nauki polityczne. Gdy skończył studia, pojechał jeszcze zweryfikować nowo nabytą wiedzę w Nowym Jorku i Europie, by w 1930 roku wrócić do Chin. Praca redaktorska, której się wówczas podjął, pomagała mu krystalizować i głosić poglądy polityczne: "skończyć z wewnętrznymi wojnami!", "wypuścić więźniów politycznych!". Nie podobało się to narodowcom, oj nie. Li wraz z szóstką podobnych mu zapaleńców, chcących ocalić własny kraj, wpakowano po prostu w 1936 roku do więzienia. Mieli jednak narodowcy tyle przyzwoitości, żeby ich wypuścić, gdy zaczęła się wojna z Japonią (1937) i zająć poważniejszymi sprawami...
Nie koniec to jednak problemów Li. W 1938 zdarzyło mu się spotkać z komunistyczną śmietanką śmietanki z Mao na czele. Kolejne projekty edukacyjne zaczął realizować już pod egidą komunistów.
W 1941 roku Li trafia do Yunnanu i organizuje Młodzieżowe Towarzystwo Czytelnicze i wydaje "Młodzieżową Gazetę", a już rok później stwarza Księgarnię przy Północnej Bramie, by apostołować marksizm i leninizm. I ta ścieżka okazała się ślepa. Gdy w 1944 roku w Kunmingu powstaje yunnański oddział Chińskiej Ligi Demokratycznej, Li staje się jednym z jej najważniejszych członków. Jest pracowity, nie osiada na laurach: zaczyna wykładać na Uniwersytecie Yunnańskim, a później organizuje i w Chongqingu uniwersytet, który ma być kolebką nowego, wykształconego społeczeństwa (początek 1946 roku). Bulwersujące, prawda? Tak bezczelnie działać społecznie! Zostaje więc bardzo dotkliwie pobity i niedługo wraca do Kunmingu, zapewne w obawie o własne życie. Ucieczka ta nic nie daje. 11 lipca 1946 roku zostaje postrzelony w brzuch przez agentów Guomindangu, gdy wychodzi z żoną z teatru; dzień później umiera od rany w uniwersyteckim szpitalu. Miał wówczas zaledwie 44 lata.
Był to cios nie tylko dla Ligi, ale i dla wszystkich intelektualistów w Kunmingu. Bardzo tą śmiercią poruszony był przyjaciel Li i słynny poeta - Wen Yiduo. Wygłosił on nad grobem przyjaciela słynny "Ostatni wykład", zapewne nie podejrzewając nawet, że gorzkie słowa, jakimi opisze przyczyny nagłego odejścia Li, sprawią, że sam zostanie zamordowany przez tychże agentów jeszcze tego samego popołudnia. Pozostali członkowie Ligi Demokratycznej znaleźli schronienie w konsulacie USA w Kunmingu.
Dziś miejsce, w którym został zamordowany Li, zostało upamiętnione w ten sposób:
Kiedy jednak zapytałam kilku całkiem dobrze wykształconych Yunnańczyków, czy wiedzą, kto zacz - większość nie wiedziała. Części coś tam kołatało, że profesor i że zamordowany przez narodowców, ale dlaczego zamordowany i co to w ogóle za człowiek - tego już nikt nie wiedział. I tylko nie wiem, czy te kwiaty, które pojawiają się czasem przed pamiątkową tablicą, przynosi jakiś specjalnie wyznaczony członek partii, czy ktoś, kto naprawdę pamięta, dlaczego umarł Li Gongpu.

2014-08-15

碧螺春 Wiosna Malachitowego Ślimaczka

Z wielkim zdumieniem przeczytałam, że ta herbata to jedna z najsłynniejszych herbat z Jiangsu. Przecież naszymi, yunnańskimi biluochunami są zarzucone wszystkie sklepy herbaciane! No tak, Chiny są przecież krajem podróbek...
Dlatego nie powiem Wam nic o prawdziwym smaku Wiosny Malachitowego Ślimaczka znad Jeziora Tai. Zresztą - istnieje świetny opis po polsku. O wersji yunnańskiej opowiem jednak bardzo chętnie.
Zacznijmy od tego, że wiosna wiośnie nierówna. Zgodnie z tradycją herbatę powinno się zrywać tak, by był jeden pączek liścia i jeden młody liść z samego czubka gałązki herbacianej. Powinno się je oddzielić zarówno od tzw. "prawdziwych liści" 真叶, czyli liści w pełni rozwiniętych, jak i od "rybnych" (鱼叶) czy "łuskowych" (鳞片) nierozwiniętych liści z dołu gałązki. W praktyce - bywa różnie. Najdelikatniejsze, najsmaczniejsze i tym samym najdroższe biluochuny to faktycznie pączki i młode liście. Nie przeszkadza to jednak wcale sprzedawcom herbacianym oferować kilka klas tzw. biluochunów, które składają się z dużych, rozwiniętych liści. Zasada jest taka, że im jaśniejszy jest susz herbaciany, tym więcej jest w nim pąków liści herbacianych, czyli tym bardziej zbliżona jest ta herbata do prawdziwego biluochuna. Trzeba jednak zauważyć, że wielu Chińczyków z niewyrobionymi podniebieniami preferuje "mocniejsze" biluochuny, czyli takie oparte na samych liściach. Ku mojemu nieustannemu ubolewaniu, do tego grona zalicza się ZB...
Dlaczego jednak, skoro teoretycznie tylko "1+1" (pąk i liść), są tradycyjnymi Wiosnami, herbaty zrobione z innych liści też się tak nazywa? Oszustwo, podróbka czy niewiedza? Na początku mi się to bardzo nie podobało. Potem jednak zrozumiałam, że Yunnańczycy nazywają biluochunami wszystko, co ma podobną formę "ślimaczków" i co zostało spreparowane biluochunowymi metodami. Czyli: rano zbieramy liście, o południu je segregujemy, a wieczorem prażymy. Zwróćcie uwagę, że wszystko odbywa się w ciągu jednego dnia - herbata nie "nocuje", nie jest nieświeża. Całość tzw. prażenia to: podgrzanie shaqing, kończące oksydację enzymatyczną, suszenie z potrząsaniem, które powoduje naturalne zwijanie liści, oraz zwijanie połączone z pieczeniem. Cały proces odbywa się w jednym naczyniu, a z naszego punktu widzenia najważniejsze jest zwijanie, dzięki któremu biluochun zyskuje formę niedbale zwiniętych kuleczek. Legenda głosi, że pierwszy raz kuleczki powstały w ten sposób, że gdy dziewczę herbaciane wypełniło liśćmi do pełna herbaciany koszyk, zaczęło wrzucać herbatę za pazuchę, na obfity biust. Ogrzane ciepłem ciała liście zwinęły się i zaczęły intensywnie pachnieć. Nie wątpię, że ten sposób transportowania liści herbacianych musiał ówczesnym mężczyznom przypaść do gustu... Ciekawe, czy właśnie z tego względu zakochał się w herbacie cesarz Kangxi, który nie dość, że wymyślił dla tej herbaty obecną nazwę, to jeszcze zażyczył sobie dostarczania jej na cesarski dwór.
Nie dziwota. Herbata sama w sobie jest smaczna, a wieść gminna niesie, że krzewy herbaciane, z których ma powstać biluochun, sadzane są naprzemiennie z drzewami owocowymi: czy będą to brzoskwinie, śliwy, persymony, granaty czy morele, to już obojętne; najważniejsze, by liście herbaty wchłonęły boski kwiatowy i owocowy aromat. Ta sama zasada sadzenia powinna zresztą dotyczyć wszystkich typów herbat. Zgodnie bowiem z zastrzeżeniami Luo Lina, autora Wyjaśnień Herbacianych, "w ogrodach herbacianych niedobrze jest sadzić niewłaściwe drzewa, tylko osmantus, nieśplik, śliwa, magnolia, róża, sosna i bambus są dobrym uzupełnieniem, jednocześnie osłaniając [herbatę] przed śniegiem, szronem czy słońcem"*.
Co ciekawe, zgodnie z tradycją (i nazwą) herbata nasza powinna być zbierana tylko na wiosnę, a dokładniej - od Święta Zmarłych do Deszczu Zbóż. Oczywiście, tutaj również tradycja się rozmija z praktyką, bo istnieją również letnie czy jesienne herbaty robione na sposób biluochun i tak nazywane. Przyznać jednak trzeba, że te wiosenne są najbardziej aromatyczne i najdroższe.
Z ciekawostek: ponoć wprawnej herbaciarce oddzielenie liści chcianych od niepotrzebnych tak, by uzyskać pół kilo herbaty, zajmuje 3-4 godziny! W tym czasie liście sobie spokojnie oksydują, co zostaje przerwane dopiero podgrzaniem shaqing - dosłownie "zabijaniem zieleni". Jak to się odbywa? W ogromnej metalowej... hmmm... rynce - wiecie, taki płaski garnek z grubym dnem - nagrzanej do niemal 200 stopni wykładamy pół kilo posegregowanych liści, po czym, żeby się nie przypaliły, zaczynamy tą rynką potrząsać, aż każdy listek będzie oddzielnie. Należy uważać, żeby listków nie przegrzać - niedopuszczalne są zbrązowiałe łodyżki i liście. Trwa to zaledwie kilka minut.
Następna faza to mięcie/gniecenie rounian. Temperatura rynki spada do około 70 stopni; liśćmi trzeba potrząsać, prażyć je i zwijać. Powolutku odparowują resztki wody, listki nabierają właściwego kształtu. Zwija się je ręcznie; stąd też grubaśna skóra na dłoniach ludzi wykonujących to niewdzięczne zajęcie. Listki są przecież gorące! Trzeba uważać na to, by ich zbyt mocno nie ścisnąć - zbyt łatwo będą wtedy przywierać do rynki i zrobią się czarne, a w dodatku najpewniej się połamią. Gdy liście już będą prawie całkiem suche, czyli po jakichś 10 minutach, znów obniżamy temperaturę, by listki zwinąć w kuleczki. Cały czas podgrzewane do jakichś 50 stopni listki nieustannie trzeba kulać po rynce, by się ładnie zwinęły. I znów zmniejszamy temperaturę, do 30 stopni, by listki dosuszyć.
Jak widać, główną zasadą jest, by herbata nie opuszczała naczynia, w którym się praży, a potem suszy, a ludzkie ręce cały czas muszą ją pieścić, zmieniając listki w kulki. Gdy wreszcie liście opuszczają rynkę, herbata jest sucha, aromatyczna, zwinięta w kuleczki i gotowa do zaparzenia.
Parzyć ją należy jak każdą herbatę zieloną - nie wrzątkiem i nigdy nie dopijając herbaty do końca przed powtórnym zaparzeniem. W zależności od jakości można to robić wiele razy.
Jest też wyjście dla spieszących się/leniwych. Można zalać liście odrobiną zimnej wody jeszcze przed pierwszą kawą. Potem się przygotować do wyjścia do pracy: zjeść śniadanie, umyć się, zrobić sobie makijaż, zapijając solidną dawką kawy, a przed wyjściem zalać rozwinięte już liście tym wrzątkiem, który nam został po kawie.
Hmmm. Można to też zrobić w stylu ZB, to znaczy wsypać solidną garść liści biluochuna do litrowej butelki Tupperware, zalać wrzątkiem, poczekać, aż nabierze pięknego, żółtobrązowego koloru i pić ten wstrętny i gorzki napar z uśmiechem na twarzy...

*Luo Lin 罗廪, mingowski literat i słynny kaligraf, autor kilku cennych zwojów dotyczących herbaty, między innymi Wyjaśnień Herbacianych 茶解.
**Zdjęcie dzięki uprzejmości magli.

2013-05-25

liściasta sztuka 葉雕藝術

Huang Taisheng 黃太生 pochodzi z prowincji Jiangsu, konkretnie z Taizhou, miasta rodzinnego Hu Jintao, byłego sekretarza generalnego KPCh. Jest artystą, tworzącym miniaturowe a piękne dziełka na liściach i płatkach kwiatów. Po internecie krąży prezentacja powerpoint o nim i jego dziele; wszystkie zdjęcia pochodzą właśnie z niej.
Huang Taisheng studiował m.in. na Akademii Sztuk Pięknych Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej oraz na wydziale sztuk pięknych Uniwersytetu Qinghua. Techniki rześbienia w liściach nie nauczył go jednak żaden sławny artysta - wynalazł ten sposób sam. Choć on nic na ten temat nie mówi, mnie się wydaje, że inspiracją mogły być tradycyjne chińskie wycinanki na równi z kaligrafią i pieczątkarstwem. Mistrz Huang potrafi wyczarować wszystko: portrety, zwierzęta, kwiaty, krajobrazy, tradycyjne napisy i wzory. W 1994 roku jego dzieła wylądowały w Księdze rekordów Guinnessa; następne zaszczyty posypały się jak z rękawa, a muzea wykupują jego dziełka na potęgę. Fakt, są śliczne :) Mnie chyba najbardziej uwiodły te wycinankowate...
Całą prezentację znajdziecie tutaj. Co ciekawe, o jej istnieniu dowiedziałam się od zupełnie niezsinizowanej cioci... :D

2013-03-12

Kunmiński deszcz 昆明的雨

Wang Zengqi (汪曾祺) to dwudziestowieczny pisarz chiński, niebylejaki, bo rozpatrywany jako ostatni chiński intelektualista–literat. Znany przede wszystkim z krótkich form, właśnie krótkimi formami mnie ujął. Ale o tym za chwilę.
Urodził się w 1920 roku w zamożnej rodzinie, w prowincji Jiangsu, w miasteczku Gaoyou, które słynie z najstarszej (czternastowiecznej) poczty na świecie. W 1939 roku, z racji problemów natury wojennej, zamiast na jakikolwiek uniwersytet na wybrzeżu, dostał się na poprzednika dzisiejszego Yunnan Normal University, Połączony Uniwersytet Południowo-Zachodni (西南聯合大學), gdzie jego mentorem został Shen Congwen. Przy takim nauczycielu doprawdy ciężko byłoby nie zacząć pisać. Więc pisał. A oprócz tego nauczał, kustoszował, redaktorował... I oczywiście, wykształcenia i kultury nie mogły mu komuchy darować, więc podczas Rewolucji Kulturalnej zesłano go do mocno odległego Zhangjiakou, gdzie miał się nauczyć, co jest w życiu naprawdę ważne, bo przecież nie kultura czy literatura... Do pisania wrócił w 1979 roku i wtedy zaczęły powstawać jego najważniejsze dzieła. W anglojęzycznej wiki można sobie poszukać nazw jego dzieł, ale ja o żadnym z nich pisać nie będę. Pojedyncze eseje zostały przetłumaczone na angielski, na polski – nie. A ja... Ja właśnie położyłam łapki na zbiorze esejów o Kunmingu, którego tytuł jest taki, jak tytuł tego postu. Wyboru nie dokonał autor; zebrane zostały w tym zbiorze wiele lat po śmierci Wanga. Eseje były pisane na przestrzeni wielu lat. Dotyczą spraw, zwyczajów i miejsc, które już nie istnieją, albo też istnieją, ale inaczej – zmienione, częściowo zapomniane, przebudowane, odnowione, zniszczone... Zmiana – to właśnie to, co najbardziej boli, bo nie jest to zmiana na lepsze. Wang pisze o ukwieconych kamelią świątyniach, które zniszczyła Rewolucja i których już nie ma na mapie. Pisze o kunmińskim deszczu, który zastąpiła trwająca już cztery lata susza. Ale pisze też o kunmińskich przekąskach, m.in. o moich ukochanych dża, które w dodatku pisze całkiem niepoprawnie – najpewniej w ówczesnych czcionkach nie było tego znaku...
Zakochałam się w tych esejach. Pewnie będę tłumaczyć jakieś fragmenty – jeśli uda mi się pokonać nieśmiałość i spróbować przetłumaczyć tak świetnie napisane kawałki. Póki co – tylko polecam. Książeczka natychmiast ląduje w zakładce z lekturami.