Wczoraj znowu nie udało mi się zrobić wielkanocnego śniadania. ZB zawsze w niedziele pracuje, a reszta... Dla reszty sam pomysł, żeby przyjść do kogoś na ŚNIADANIE, choćby i późne, jest zupełnie absurdalny. Nawet na brunch nie wyszło, bo jeden z moich tajtajów pracował. Koniec końców przyszły koło pierwszej, kiedy porządnie mi już kiszki marsza grały...
Zabarwiłam dwa jajka. Tylko tak symbolicznie, żeby móc położyć na talerzyku wraz z chabaziem. Chabaź z własnego balkonu, uważam, ze świetnie się sprawdził w tej roli.
Zrobiłam kilka dań, które mam we krwi - schab ze śliwką, cokolwiek tylko mocniej doprawiony niż te tradycyjnie polskie. Upiekłam też pierwszy raz w życiu... hmmm... to nie był boczek, tylko bodaj udziec, ale - zupełnie jak boczek, dużo tłustego - w sosie miodowo-musztardowym. I jeszcze pasztet. Oczywiście bez żuru by się nie obeszło - z bogatą kiełbasianą wkładką i grzankami z razowego chleba. Talerzyk z serami - niezbyt imponujący, bo miałam tylko mozarellę i rubing. Ale za to obok twarogowe jajeczka z tego przepisu, obtaczane w sezamie, cebulce lub pomidorach.
Najważniejsza część - jajka. Nadziewane pastą z tuńczykiem, wasabi oraz pastą z kiszonych ogórków. Obok - garnczek jajek herbacianych.
Ponieważ przyzwyczaiłam się, że Chińczykom rzadko smakują polskie pieczenie - bo ileż można zjeść mięsa, które cały czas smakuje tak samo? - przygotowałam parę dipów. Oczywiście pastę czosnkową, a także dwa zielone pesto - z kolendry oraz z tajskiej bazylii, którą niedawno udało mi się wreszcie kupić! Oprócz tego pasta jajeczna i awanturka pomidorowa.
Żeby poza zupą podać coś ciepłego, popełniłam zapiekankę ziemniaczano-kiełbasiano-kiszonokapuścianą. Cieszyła się ogromnym powodzeniem, nawet nie sądziłam :D
No i słodkości - babka piaskowa, która wyszła zbyt zbita, sernik na zimno podkręcony wiórkami kokosowymi (absolutny hit sezonu!) oraz mazurek z kremem różanym z tego przepisu.
I teraz najdziwniejsza sprawa: żadna z moich Chinek nie tknęła jajek herbacianych (a były naprawdę pyszne!). ZB zrobił je wychodząc z założenia, że gdyby im inne nie smakowały, to zawsze będą mogły zakąsić znanym sobie smakiem - widać nie było to potrzebne. Po drugie: zwariowały na punkcie bułeczek smarowanych różnymi dipami. Sam pomysł, że bułeczkę można zjeść na słono lub pikantnie, a nie na słodko, po prostu je zachwycił. Zresztą w paście czosnkowej i pesto kolendrowym zakochały się do tego stopnia, że smarowały nimi nawet babkę piaskową. Która niestety nie podbiła ich serc. Właściwie to nawet nie wiem, co im mniej smakowało: babka czy mazurek. Cóż. ZB się ucieszył. On wmłócił pół blachy mazurka, w którym się z punktu zakochał, a potem dopchał babką i popił kawą. Taki to z niego udawany Chińczyk.
Łącznie zapakowałam sześć pudełek z żarciem na wynos: pieczenie, jajeczka serowe, jajka herbaciane (jednak!), a dla siostry ZB jeszcze ciasta. Jedyne danie, które znikło w całości jeszcze przed braniem na wynos był... sernik. Tak, tak - jeśli kiedyś jeszcze będzie Wam ktoś wmawiał, że Chińczycy nie jedzą nabiału, możecie ten wpis potraktować jako dowód na to, że jadają, aż im się uszy trzęsą zresztą...
Wyniosły mi z domu pisanki. Nakrzyczały na mnie zresztą, że dlaczego pisanek było mniej niż gości i że w przyszłym roku mam to karygodne zaniedbanie naprawić. Nacykały sobie fotek z pisankami zakrywającymi oczy i innych tego typu. Dla wszystkich były to pierwsze obchody Wielkanocy w życiu; były straszliwie podekscytowane i o wszystko pytały. Starałam się wytłumaczyć tradycje zgodnie z moją najlepszą wiedzą; myślę, że całkiem nieźle wyszło.
I choć te "obchody" nijak się mają do Prawdziwych Świąt, cieszę się, że miałam przy sobie dużo ludzi, że nie było samotności i pustki...
PS. Nie, nie powiedziałam ZB, że dziś powinien mnie oblać wodą. Jest 15 stopni i nie życzę sobie być oblewaną :P
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 波蘭傳統. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 波蘭傳統. Pokaż wszystkie posty
2016-03-28
2016-03-26
Święta
W ubiegłym roku Wielkanoc wypadła dokładnie w chińskie Święto Zmarłych. Powinniśmy byli iść w góry, na cmentarze kryjące pamięć po kunmińskiej rodzinie, ale świekrowie gromko zaprotestowali. Można iść zawsze, a bez sensu się tam pchać, kiedy cmentarze są niemożebnie zatłoczone. Zmarłym należy się trochę zadumy i uczuć, a nie pośpiech i tłok.
ZB oczywiście poszedł do pracy. Soboty i niedziele służą przyjmowaniu uczniów. W sumie i tak się nieźle udało, bo kilkoro zadzwoniło, że nie przyjdą i ZB wrócił do domu już o trzeciej. Niedługo potem przyszli zaś świekrowie, bo usłyszeli, że przygotowuję tradycyjny polski posiłek. Tak, wzbogacony kilkoma chińskimi daniami, żeby nie czuli się zmuszeni do jedzenia potraw, do których nie są przyzwyczajeni, ale jednak polski.
Na to, żeby ich zaprosić, wpadł ZB, gdy zobaczył, ile będzie jedzenia. Chciał, żeby spróbowali tradycyjnych dań. Powiedziałam, żeby zadzwonił, a on sarknął, że nie będzie dzwonił i żebym sama sobie zadzwoniła, bo jego rodzice już go nie kochają i wolą mnie. Popukałam się w czoło i wykręciłam numer. Odebrała świekra twardym, kunmińskim "wei". Wystarczyło jednak, żebym powiedziała jedno małe "ma" - czyli mama - a głos świekry zmienił się nagle w sam miód i uśmiech. ZB posłał mi znaczące spojrzenie. Faktycznie, jak on dzwoni, zmiana nie jest taka wyraźna. Zaprosiłam ich; byli bardzo podekscytowani, bo jeszcze nigdy nie byli u nas w Święta Wielkanocne.
Były jajka. Zamiast pisanek - jajka herbaciane. A obok nich jajka przepiórcze, bo są pyszne, a zdrowsze.
Były ciasta - drożdżowe i mazurek. Podobno pyszne. Ja się nie znam, bo jestem nieobiektywna i lubię słodycze, ale jeśli świekra wmłóca cały talerzyk, to znaczy, że jest nieźle. Wzięła nawet na wynos.
Był pasztet. Całkiem zwykły, tyle, że przyprawiony doubanjiangiem, czyli pikantną fasolkową pastą. Smaki mi się pozmieniały. Najpierw narzekałam w Kunmingu, że wszystko ostre, że wszędzie to chilli, a teraz pasztet mi się mdły wydał, choć podwoiłam ilość pieprzu, ziela angielskiego i gałki muszkatołowej. Doprawiłam trochę bardziej po kunmińsku - i okazał się przepyszny. Świekr się zachwycił - ma 80 lat i swoje zęby, zdrowe, ale chwiejne i nie jada potraw, w których trzeba się szarpać z mięsem. Pasztet był strzałem w dziesiątkę. Mnie z kolei zachwyciło, gdy posmarował pasztet obficie chrzanem. A drugi kawałek musztardą. Po czym przykrył plasterkiem żółtego sera, zjadł i westchnął, że czuje się, jak w domu. Jego rodzice bowiem często jadali w domu potrawy europejskie, mama uczyła się na pensji, jakie kieliszki do jakiego wina i jak położyć sztućce. A nade wszystko: jak zrobić te wszystkie europejskie pyszności. Świekr więc przy każdej wizycie cieszy się z gorącej czekolady, truskawek z bitą śmietaną czy właśnie z pasztetu, mówiąc, że to zupełnie, jakby wrócił do dzieciństwa.
Świekra uśmiecha się pod nosem i mówi, że tak, JEGO rodzice byli bogaci, stać ich było na takie brewerie. Ona zawsze wszystkiego próbuje, ale już dawno wytłumaczyłam Jej, że nie musi jeść na siłę i że nie będzie mi przykro, jeśli się okaże, że coś Jej nie pasuje. Dla Niej nie są to smaki z dzieciństwa. Chrzan, pasztet czy gorąca czekolada - to wszystko są smaki, z którymi styka się po raz pierwszy przeze mnie. Są dziwne, nie takie, jak trzeba, często coś Jej nie smakuje. Dlatego na stole była też wołowina w sosie ostrygowym, smażony koperek i zupa beninkazowa na wywarze z szynki yunnańskiej. Świekr wzgardził beninkazą i rzucił się na żur z przepiórczymi jajkami, puszczając do mnie oko.
Zawsze się wtedy wzruszam.
Dwójka starych Chińczyków rozpieszcza mnie, traktując jak ósmy cud świata, próbując mojej kuchni i nigdy nie mówiąc mi, że coś jest nie do końca takie, jak lubią. Mówią, że jestem synową idealną, bo daję szczęście ich synowi, a cała reszta jest zupełnie absolutnie nieważna. Jak mogłabym się nie wzruszyć?
***
Kochani Czytelnicy,
z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę Wam wszystkim cudownych rodzin, miłości, akceptacji, serdeczności. Niech Wasz świat też będzie piękny i wesoły. Alleluja!
ZB oczywiście poszedł do pracy. Soboty i niedziele służą przyjmowaniu uczniów. W sumie i tak się nieźle udało, bo kilkoro zadzwoniło, że nie przyjdą i ZB wrócił do domu już o trzeciej. Niedługo potem przyszli zaś świekrowie, bo usłyszeli, że przygotowuję tradycyjny polski posiłek. Tak, wzbogacony kilkoma chińskimi daniami, żeby nie czuli się zmuszeni do jedzenia potraw, do których nie są przyzwyczajeni, ale jednak polski.
Na to, żeby ich zaprosić, wpadł ZB, gdy zobaczył, ile będzie jedzenia. Chciał, żeby spróbowali tradycyjnych dań. Powiedziałam, żeby zadzwonił, a on sarknął, że nie będzie dzwonił i żebym sama sobie zadzwoniła, bo jego rodzice już go nie kochają i wolą mnie. Popukałam się w czoło i wykręciłam numer. Odebrała świekra twardym, kunmińskim "wei". Wystarczyło jednak, żebym powiedziała jedno małe "ma" - czyli mama - a głos świekry zmienił się nagle w sam miód i uśmiech. ZB posłał mi znaczące spojrzenie. Faktycznie, jak on dzwoni, zmiana nie jest taka wyraźna. Zaprosiłam ich; byli bardzo podekscytowani, bo jeszcze nigdy nie byli u nas w Święta Wielkanocne.
Były jajka. Zamiast pisanek - jajka herbaciane. A obok nich jajka przepiórcze, bo są pyszne, a zdrowsze.
Były ciasta - drożdżowe i mazurek. Podobno pyszne. Ja się nie znam, bo jestem nieobiektywna i lubię słodycze, ale jeśli świekra wmłóca cały talerzyk, to znaczy, że jest nieźle. Wzięła nawet na wynos.
Był pasztet. Całkiem zwykły, tyle, że przyprawiony doubanjiangiem, czyli pikantną fasolkową pastą. Smaki mi się pozmieniały. Najpierw narzekałam w Kunmingu, że wszystko ostre, że wszędzie to chilli, a teraz pasztet mi się mdły wydał, choć podwoiłam ilość pieprzu, ziela angielskiego i gałki muszkatołowej. Doprawiłam trochę bardziej po kunmińsku - i okazał się przepyszny. Świekr się zachwycił - ma 80 lat i swoje zęby, zdrowe, ale chwiejne i nie jada potraw, w których trzeba się szarpać z mięsem. Pasztet był strzałem w dziesiątkę. Mnie z kolei zachwyciło, gdy posmarował pasztet obficie chrzanem. A drugi kawałek musztardą. Po czym przykrył plasterkiem żółtego sera, zjadł i westchnął, że czuje się, jak w domu. Jego rodzice bowiem często jadali w domu potrawy europejskie, mama uczyła się na pensji, jakie kieliszki do jakiego wina i jak położyć sztućce. A nade wszystko: jak zrobić te wszystkie europejskie pyszności. Świekr więc przy każdej wizycie cieszy się z gorącej czekolady, truskawek z bitą śmietaną czy właśnie z pasztetu, mówiąc, że to zupełnie, jakby wrócił do dzieciństwa.
Świekra uśmiecha się pod nosem i mówi, że tak, JEGO rodzice byli bogaci, stać ich było na takie brewerie. Ona zawsze wszystkiego próbuje, ale już dawno wytłumaczyłam Jej, że nie musi jeść na siłę i że nie będzie mi przykro, jeśli się okaże, że coś Jej nie pasuje. Dla Niej nie są to smaki z dzieciństwa. Chrzan, pasztet czy gorąca czekolada - to wszystko są smaki, z którymi styka się po raz pierwszy przeze mnie. Są dziwne, nie takie, jak trzeba, często coś Jej nie smakuje. Dlatego na stole była też wołowina w sosie ostrygowym, smażony koperek i zupa beninkazowa na wywarze z szynki yunnańskiej. Świekr wzgardził beninkazą i rzucił się na żur z przepiórczymi jajkami, puszczając do mnie oko.
Zawsze się wtedy wzruszam.
Dwójka starych Chińczyków rozpieszcza mnie, traktując jak ósmy cud świata, próbując mojej kuchni i nigdy nie mówiąc mi, że coś jest nie do końca takie, jak lubią. Mówią, że jestem synową idealną, bo daję szczęście ich synowi, a cała reszta jest zupełnie absolutnie nieważna. Jak mogłabym się nie wzruszyć?
***
Kochani Czytelnicy,
z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę Wam wszystkim cudownych rodzin, miłości, akceptacji, serdeczności. Niech Wasz świat też będzie piękny i wesoły. Alleluja!
2014-02-28
Tłusty Czwartek 肥胖周四
Był wczoraj, jak wszyscy wiedzą. Wszyscy też wiedzą, że kto jak kto, ale akurat ja jestem kuchara. Nie bacząc więc na problemy typu brak śmietany, usmażyłam półmisek faworków. Śmietanę zastąpiłam jogurtem, a cukier własnoręcznie zmieliłam na puder. W faworkach wszystko było tradycyjne. No, może poza tym, że ciasto kroiłam nożem do pizzy (polecam, świetny patent!), a faworki smażyłam w elektrycznym garze do huoguo, czyli gorącego kociołka :)Wyszły oczywiście inne niż w domu, nie takie dobre, nie takie kruche, ale - skoro ZB się w nich zakochał bez pamięci, to chyba nie są takie złe. A skąd wiem, że się zakochał?
Cóż.
Dzisiaj na półmisku smutnie leżą ostatnie trzy sztuki...
Cóż.
Dzisiaj na półmisku smutnie leżą ostatnie trzy sztuki...
2012-12-26
kolacja wigilijna w Kunmingu
Wigilia to dla mnie, abstrahując od wszelkich znaczeń religijnych, nosicielka polskich tradycji. Specyficzne dania, zachowania, atmosfera.
Wyszłam za mąż za człowieka, którego pragnę nauczyć miłości do tego, co jeszcze we mnie polskiego zostało. Nie jest tego specjalnie dużo - tym ważniejsze jest to, żeby on przyjmował Polskę równie dobrze, co ja Chiny.
Weekend zajęło mi przygotowywanie wigilijnych dań. Oczywiście, były modyfikacje. Po pierwsze - z braku opłatka (nie doszedł był w terminie) łamaliśmy się ujgurskim chlebem. Po drugie, nienawidzę fasoli, więc ją pominęliśmy na rzecz dodatkowego ciasta. Ponieważ w domu zimno jak w psiarni i drożdże nie rosną, podarowałam sobie robienie drożdżowego. Zresztą, maku nie ma tutaj, przynajmniej nie tego naszego. Jest inny, znacznie bardziej interesujący, ale nie bardzo nadający się do ciasta. Z braku normalnego, nieprzyprawionego suszu, również kompot nie wchodził w grę - ogrzaliśmy się zamiast tego grzanym piwem. A zamiast białego sera w pierogach ruskich, które zrobiłam głownie po to, żeby nie marnować ciasta, zmieliłam tutejszy kozi ser. Tak więc tradycja została dostosowana do lokalnych warunków. Ale część dań smakowała właśnie tak jak powinna... A wszystkie bez wyjątku zasmakowały mojemu Panu i Władcy. Więc jest git :)
Zaczęliśmy oczywiście od dzielenia się chlebem i życzeń. Pan i Władca nie popisał się inwencją, ale składam to na karb faktu, że jeszcze nigdy w takim obrzędzie nie uczestniczył.
Potem barszcz na wywarze grzybowym, z uszkami grzybowymi.
Następnie zupa grzybowa, mocno gęsta. Zdjęć nie mam, nie zdążyłam cyknąć, zmietliśmy wszystko w błyskawicznym tempie. Do środka wrzuciliśmy pokruszony chleb.
Potem pierogi. Były dwa typy: z kapustą i grzybami oraz ruskie. Pierwotnie nie miało być ruskich, bo nietradycyjne, ale akurat miałam pod ręką wszystkie składniki, a nie chciałam zmarnować ciasta. Potem wjechały na stół dwa nietradycyjne dania z ryb. Po pierwsze - nie przepadam za karpiami. Miliony ości i smak nieszczególny. Kupiłam więc jakiegoś mięsożernego potwora, który ości właściwie nie miał. Z części zrobiłam fileciki, delikatne i pyszne, a część zabejcowałam już kilka dni temu w ziołach prowansalskich i w Wigilię upiekłam. To znaczy, mój mąż upiekł, bo ja pracowałam do późna, ale pod moje dyktando. Wyszło przepyszne...
Do ryby podałam mój prywatny wynalazek. Jako, że został mi farsz do ruskich, uformowałam zeń kuleczki i obtoczywszy je w bułce tartej usmażyłam na złoto. Do popicia podałam grzane piwo (w całym domu pachniało goździkami i imbirem).
A potem przyszedł czas na słodkości...
W kolacji uczestniczyła koleżanka z pracy, która, ku mojemu zdumieniu, wmłóciła wszystko jak się patrzy - choć smaki dla niej co najmniej egzotyczne...Ubrani-śmy mało wigilijnie, bo zimno jak w psiarni. Wystrój też nieświąteczny. Z jednym wyjątkiem.
Mój Pan i Władca pytał, czy chcę drzewko bożonarodzeniowe. Ja powiedziałam, że sztucznego to nie chcę - od zawsze czuję serdeczną nienawiść do plastikowych podróbek roślin. Z drugiej strony, iglak tutaj nie do dostania. Pogodziłam się więc z tym, że nie będzie choinki.
Fakt. Choinki nie było. Dostałam za to całkiem inne drzewko, od razu z bombkami :)Ktoś wie, jak się opiekować małym kumkwacikiem? :)
Wyszłam za mąż za człowieka, którego pragnę nauczyć miłości do tego, co jeszcze we mnie polskiego zostało. Nie jest tego specjalnie dużo - tym ważniejsze jest to, żeby on przyjmował Polskę równie dobrze, co ja Chiny.
Weekend zajęło mi przygotowywanie wigilijnych dań. Oczywiście, były modyfikacje. Po pierwsze - z braku opłatka (nie doszedł był w terminie) łamaliśmy się ujgurskim chlebem. Po drugie, nienawidzę fasoli, więc ją pominęliśmy na rzecz dodatkowego ciasta. Ponieważ w domu zimno jak w psiarni i drożdże nie rosną, podarowałam sobie robienie drożdżowego. Zresztą, maku nie ma tutaj, przynajmniej nie tego naszego. Jest inny, znacznie bardziej interesujący, ale nie bardzo nadający się do ciasta. Z braku normalnego, nieprzyprawionego suszu, również kompot nie wchodził w grę - ogrzaliśmy się zamiast tego grzanym piwem. A zamiast białego sera w pierogach ruskich, które zrobiłam głownie po to, żeby nie marnować ciasta, zmieliłam tutejszy kozi ser. Tak więc tradycja została dostosowana do lokalnych warunków. Ale część dań smakowała właśnie tak jak powinna... A wszystkie bez wyjątku zasmakowały mojemu Panu i Władcy. Więc jest git :)
Zaczęliśmy oczywiście od dzielenia się chlebem i życzeń. Pan i Władca nie popisał się inwencją, ale składam to na karb faktu, że jeszcze nigdy w takim obrzędzie nie uczestniczył.
Potem barszcz na wywarze grzybowym, z uszkami grzybowymi.
Następnie zupa grzybowa, mocno gęsta. Zdjęć nie mam, nie zdążyłam cyknąć, zmietliśmy wszystko w błyskawicznym tempie. Do środka wrzuciliśmy pokruszony chleb.
Potem pierogi. Były dwa typy: z kapustą i grzybami oraz ruskie. Pierwotnie nie miało być ruskich, bo nietradycyjne, ale akurat miałam pod ręką wszystkie składniki, a nie chciałam zmarnować ciasta. Potem wjechały na stół dwa nietradycyjne dania z ryb. Po pierwsze - nie przepadam za karpiami. Miliony ości i smak nieszczególny. Kupiłam więc jakiegoś mięsożernego potwora, który ości właściwie nie miał. Z części zrobiłam fileciki, delikatne i pyszne, a część zabejcowałam już kilka dni temu w ziołach prowansalskich i w Wigilię upiekłam. To znaczy, mój mąż upiekł, bo ja pracowałam do późna, ale pod moje dyktando. Wyszło przepyszne...
Do ryby podałam mój prywatny wynalazek. Jako, że został mi farsz do ruskich, uformowałam zeń kuleczki i obtoczywszy je w bułce tartej usmażyłam na złoto. Do popicia podałam grzane piwo (w całym domu pachniało goździkami i imbirem).
A potem przyszedł czas na słodkości...
W kolacji uczestniczyła koleżanka z pracy, która, ku mojemu zdumieniu, wmłóciła wszystko jak się patrzy - choć smaki dla niej co najmniej egzotyczne...Ubrani-śmy mało wigilijnie, bo zimno jak w psiarni. Wystrój też nieświąteczny. Z jednym wyjątkiem.
Mój Pan i Władca pytał, czy chcę drzewko bożonarodzeniowe. Ja powiedziałam, że sztucznego to nie chcę - od zawsze czuję serdeczną nienawiść do plastikowych podróbek roślin. Z drugiej strony, iglak tutaj nie do dostania. Pogodziłam się więc z tym, że nie będzie choinki.
Fakt. Choinki nie było. Dostałam za to całkiem inne drzewko, od razu z bombkami :)Ktoś wie, jak się opiekować małym kumkwacikiem? :)
2008-01-01
Swieta... 聖誕節...
忘不了這些味道, 忘不了這個氣氛... 為了傳統每年算差不多, 但是嘛... 我愛這個傳統, 跟全世界不一樣的...
聖誕節前夕最重要. 幾天前我們就開始準備傳統菜. 什麼菜呢? 在波蘭每一省有不一樣的習慣. 一定有魚, 一定有聖餅, 一定有十二頓菜, 一定都沒有肉. 在我家就是: 聖餅(1), 甜菜湯(2)加蘑菇水餃(3), 四種魚(4-7), 豆加奶油(8), 蘑菇和酸白菜水餃(9), 兩種蛋糕(10-11), 糖煮的乾果(12). 我剛剛說我們不吃肉, 所以大家會好奇: 為何我們吃魚? 波蘭人認為魚不是動物嘛? 當然是動物啊. 只是它們冷血, 我們的禁食只包括溫血動物.
喔, 那麼好吃的東西, 難怪我們已經吃光了...
2007-06-24
仲夏節 Noc Swietojanska
雖然昨天在克拉科夫有很多活動, 但是我比較喜歡跟朋友們聊聊天天. 我不喜歡太吵, 太擁擠的地方. 昨天河邊有人山人海, 我受不了...
以前波蘭仲夏節有幾個非常好玩的傳統. 怎麼說呢... 以前波攔和中國有一個相似: 女人不能隨便選男友, 男生也不能自己決定. 有時他們父母早已決定, 有時媒人替他們找好女人. 但是波蘭跟中國不一樣, 波蘭少年不一定同意. 古代的波蘭少年一起工作, 一起玩, 所以愛上別人很容易...但是如果父母不認可這個愛怎麼辦呢?
每年有一次少年能自己選伴侶: 就是仲夏節. 那時候未婚女子準備花圈 (在波蘭花圈是處女象徵), 把蠟燭放在裡面, 點了蠟燭讓花圈流動. 如果什麼男生操這個花圈, 他們能結婚... 如果這個花圈有什麼問題, 比如: 下沉, 它的蠟燭滅了, 什麼的, 意思是它的主女找不到男朋友...
現在我們已經不會這樣玩. 不過仲夏節最重要的活動叫"花圈", 每年是在克拉科夫河邊準備的.
昨天真開心!!...
2007-02-15
"肥星期四"
Subskrybuj:
Posty (Atom)







