Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hong Kong 香港. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hong Kong 香港. Pokaż wszystkie posty

2026-04-21

Her Lotus Year

Nigdy nie interesowała mnie historia brytyjskiej rodziny królewskiej. Byłam za mała, kiedy wszyscy żyli tym, co powiedziała, co zrobiła i jak wyglądała księżna Diana, ale gdy już dorosłam, temat nadal nie wzbudzał mojej ciekawości. Ze względu na fiksację Azją jedynymi interesującymi mnie tematami są byłe brytyjskie kolonie w Azji, azjatyccy imigranci na Wyspach Brytyjskich i ich wpływ na rozwój miejsca, a także wizyta Królowej w Kunmingu. Obejrzałam wprawdzie z wielką przyjemnością znakomity film Jak zostać królem, jednak nawet nie zapamiętałam nazwiska kobiety odpowiedzialnej za abdykację Edwarda VIII. Po cóż zresztą miałabym je pamiętać? 
Właściwie nie wiem, dlaczego sięgnęłam po Her Lotus Year, książkę próbującą zrekonstruować rok, który owa kobieta, Wallis Simpson, spędziła w młodości w Chinach. Gdybym czytała ją na papierze, pewnie głównie skupiłabym się na zdjęciach. Czytałam w telefonie, bez zdjęć, głównie w środkach lokomocji, więc zajęło mi to okropnie dużo czasu. Przeczytawszy całość bardzo dokładnie, muszę przyznać, że dawno żadna lektura nie wpłynęła tak mocno na moją wyobraźnię. Nie wiem, jak dużo czasu Paul French spędził na kwerendzie, ale mamy tu absolutnie rewelacyjne pokazanie miejsc, w których Wallis była i odwzorowanie realiów w tamtych czasach. A były to przecież czasy zupełnie niezwykłe - Republika, warlordzi, Europejczycy łudzący się, że to stulecie też będzie do nich należało... Czytałam z wypiekami na twarzy. 
I teraz łyżka dziegciu: najmniej w tym wszystkim interesowała mnie właśnie Wallis. Hipotezy stworzone przez autora ani mnie ziębiły, ani grzały. Jej losy stały się dla mnie tylko pretekstem do pokazania paru miejsc w Chinach tamtych czasów. I to właśnie jest najcudowniejsza część tej książki - wraz z ewentualną listą lektur dodatkowych, stworzoną na podstawie bardzo bogatej bibliografii.
Książkę zdecydowanie polecam. Nie dla Wallis, choć o niej też można się sporo dowiedzieć, a dla Chin czasów Republiki, cudnie opisanych i jak żywo stających przed oczami.

2025-01-04

kaczki mandarynki czyli kawa z herbatą

Kaczki mandarynki są w Chinach symbolem miłości między kobietą a mężczyzną - bo są od siebie bardzo różni, a także dlatego, że winni (przynajmniej w założeniu) tworzyć parę na całe życie. Jako symbol miłości kaczki te trafiają na komplety pościeli dla nowożeńców, do miłosnych piosenek czy do poezji. Czasem także stają się przyczyną nieporozumień, gdy nagle okazuje się, że są potoczną nazwą rośliny. Jednak w kulinariach korzysta się raczej z drugiej ich właściwości, czyli różnorodności wizualnej, która w kuchni przekładać się powinna na różnorodność smakową. Stąd na przykad przedzielony w połowie gorący kociołek, w którym z jednej strony gotuje się wywar pikantny, a z drugiej łagodny, zowie się właśnie kociołkiem mandarynek 鸳鸯锅
Zupełną nowością były dla mnie jednak mandarynki w... automacie kawowym. Trochę się bałam, że będzie to kawa o smaku drętwo-ostrym 麻辣, ale i tak kupiłam, bo przecież MUSIAŁAM. Nic mnie nie przygotowało na smak - kawy z herbatą. Tfu, ohyda. 
Powinnam była poguglać. Po chińsku nazywana po prostu mandarynkami: 鸳鸯, po angielsku zowie się coffee with tea albo jest transkrypcją kantońskiej wymowy yuenyeung. Zresztą, po chińsku też może mieć różne nazwy, w tym mandarynkowa bawarka 鸳鸯奶茶 lub po prostu kawbata 咖啡茶 (o ileż życie byłoby prostsze!). Jest to napój powstały w Hongkongu (znajduje się nawet na liście niematerialnego dziedzictwa), którego lokalsi nie mogą się wprost nachwalić, choć jego pochodzenie jest raczej skromne. Jedna z legend głosi, że mandarynkowa bawarka to dzieło kulisów pracujących w hongkongijskich portach; potrzebowali czegoś na wzmocnienie i obudzenie, więc gorzka (pierwotnie napój ten nie był słodzony) i mocna kawbata z podwójną dawką kofeiny była jak znalazł; dopiero później napitek powędrował na salony, raczej już nie po to, by dawać "kopa", a z racji (wątpliwych moim zdaniem) walorów smakowych. 
Najczęstsza proporcja kawy i herbaty wynosi 7 części herbaty na 3 części kawy. Do sporządzenia napoju używa się najczęściej cejlońskiej herbaty i mleka skondensowanego, choć z czasem zaczęły być popularne i inne wersje, na przykład z mlekiem skondensowanym słodzonym, które nadaje napojowi słodyczy. Jako, że dzieci nie powinny spożywać kofeiny, powstała też lżejsza wersja dla nieletnich. W nich bawarka wymieszana jest z owaltyną bądź innymi bezalkoholowymi napojami słodowymi. Wtedy zowie się diabelską mandarynką 鬼佬鸳鸯 (鬼鸯) lub czarno-białą mandarynką 黑白鸳鸯 względnie mandarynką dziecięcą 小朋友鸳鸯.
Spróbowałam raz; na razie mi wystarczy. Może przyjdzie kiedyś moment, gdy będę potrzebowała takiej samej dawki kofeiny, jak kulis w porcie Hongkongu. Na razie jednak trzymam się od tego typu mandarynek z daleka.

2024-06-27

Pewnego razu w Chinach 黄飞鸿

Tafuniątko dorosło już do tego, żeby do Totoro, Kung Fu Pandy i innych Moan dołączyć klasyki filmografii dla nieco większych dzieci. Na pierwszy ogień poszły filmy jednego z najwybitniejszych hongkońskich reżyserów (Hark Tsui) opowiadające o jednym z najciekawszych istniejących naprawdę chińskich bohaterów - Żółtej Gęsi Łabędzionosej. Huang Feihongu znaczy. Czyli Wong Fei-hungu
Nawet w polskiej wiki da się znaleźć kilka słów na jego temat, jednak wersja anglojęzyczna da Wam lepsze pojęcie o tej postaci. Jako obrońca uciśnionych, ostatni sprawiedliwy, w dodatku biegły zarówno w sztukach walki, jak i tradycyjnej medycynie, stał się jedną z najczęściej filmowanych postaci całego chińskojęzycznego świata. Jeden z hongkońskich aktorów, Kwan Tak-hing zagrał tę postać w ponad siedemdziesięciu filmach! Przypomnijmy, że taki Roger Moore zagrał Bonda zaledwie siedem razy... 
Dla mnie jednak przygoda z Huang Feihongiem zaczęła się od Jeta Li w Pewnego razu w Chinach, stworzonego właśnie przez Harka Tsui. Trafiony-zatopiony; twarz Huanga to dla mnie twarz Jeta Li i kropka. Filmów w serii powstało sześć czy siedem; nie wszystkie obejrzałam... Tym bardziej więc cieszę się, że będę to mogła nadrobić z Tajfuniątkiem i z ZB. Wreszcie jakieś filmy, które możemy oglądać całą rodziną! 
Serdecznie polecam. Można się pośmiać, popodziwiać sztuki walki i jeszcze można się zakochać w głównym aktorze (Tajfuniątko już doń wzdycha).
A na zachętę jedna ze scen walki z dwójki:
 

PS. Seria po chińsku nazywa się po prostu nazwiskiem i imieniem głównego bohatera; na potrzeby zachodniego widza utworzono nazwę Dawno temu w Chinach. Wyobraźcie sobie, jak trudno się dogadać ZB i mnie - on podaje nazwę filmu, nazwisko głównego aktora i nazwisko reżysera po mandaryńsku: Huáng Fēihóng, Lǐ Liánjié i Xú Kè, a ja znam Once upon a Time in China, aktora Jeta Li i reżysera w kantońskiej wymowie Hark Tsui. Gdyby nie wielka dociekliwość z obu stron, w życiu nie doszlibyśmy do tego, że oboje oglądaliśmy i bardzo lubimy ten sam film.

2024-05-14

Kowloon Tong

Właśnie odłożyłam książkę Theroux. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, bo choć udaje thriller i choć autor udaje, że głównym bohaterem jest tu Bunt, Brytyjczyk urodzony i wychowany w Hongkongu, to tak naprawdę głównym bohaterem jest dusząca atmosfera Hongkongu, który za moment ma "wrócić do macierzy". 
Nie znam dobrze Hongkongu, byłam w nim tylko parę razy, za każdym razem na bardzo krótko. Sporo o nim czytałam, dowiedziałam się niemało w trakcie studiów; rozmawiałam z wieloma ludźmi mieszkającymi w Hongkongu od dziecka i z ludnością napływową. Z Chińczykami, obcokrajowcami, Hongkongijczykami. I powiem jedno: im więcej wiecie o Hongkongu, im lepiej go znacie - tym bardziej ta lektura ma się Wam szansę spodobać. Dodatkowym smaczkiem jest antypatyczny, odstręczający Bunt - centralna postać książki - który jest tak bardzo nie na miejscu, tak wyalienowany, a jednocześnie tak niesamowicie typowy. Nienawidzę typa - a to najlepiej świadczy o tym, jak dobrze został napisany. Tak samo dobrze, jak jego matka, niewykształcona kobiecina, rasistka i tak stereotypowa, że nie wiadomo, czy się złościć, czy śmiać. Kurczę, wszyscy bohaterowie są wstrętni, oślizgli, paskudni. To właśnie ustami tych obrzydluchów mógł Theroux opowiedzieć wstydliwe sekrety i myśli, którymi nie wypada się dzielić. Dla mnie dodatkowym smaczkiem są myśli i uczucia osoby, która nie jest na miejscu, choć jest na miejscu najbardziej, jak tylko może. 

Though the British were glad to have it to talk about and were too loyal to mention that it was shameful and dreary, no one really wanted to go back to Britain. They had been liberatedd by Hong Kong, they had money and a sense of the exotic, they were superior here. Going home meant defeat - snubs and meagerness and middle-class making do. The trouble was that the idea of England was easier to sustain the farther they were from the place. 
Hong Kong was not really home because Hong Kong was always strange to him, and so Bunt never spent a day in the colony without feeling that he was partly inhabiting a dream. [...] It was the only place he had ever lived in, and yet Hong Kong wa not home. 
It was Chinese for dull duty to separate you from pleasure. It was Chinese not to say the thing that was in your heart, Chinese to say "I don't know" when you knew, Chinese to love ins silence, Chinese to reveal nothing of your feelings, especially when they were passionate. 

Wspaniała. Ale tak lepka i ohydna, że nigdy, przenigdy do niej nie wrócę.

2024-05-05

kantońskie herbatki chłodzące 凉茶 Leung cha

Koleżanka - herbaciana nowicjuszka, pełna zapału, wyprowadziwszy się do Shenzhen, dała znać, że na ulicach wszędzie widać herbaciarnie. Trochę dziwne one, bo z wielkimi kotłami i te nazwy herbat też do niczego niepodobne, ale przecież zawsze można spróbować, prawda? 
Nic dziwnego, że te "dziwne herbaciarnie" były dla niej wielką nowością. Choć w Kunmingu też się zdarzają, to region Lingnan (Chiny Południowe, ze szczególnym uwzględnieniem Kantonu i Guangxi) jest ich ojczyzną. Chodzi o coś mniej więcej takiego:
清肝茶 herbatka na oczyszczenie wątroby, 安神茶 herbatka na uspokojenie
便秘茶 herbatka na zatwardzenie, 利咽茶 herbatka na gardło, 祛痘茶 herbatka przeciw pryszczom

Herbaty chłodzące 凉茶, nazywane również herbatami trawiastymi (青草茶) czy nawet po prostu chłodną wodą 凉水 to napoje, z których słynie przede wszystkim Kanton i Hongkong, ale które równie wielką popularnością cieszą się w Makau, na Tajwanie, w Wietnamie czy w Japonii, a także wszędzie, gdzie duża chińska diaspora - np. w Malezji i Singapurze. Chodzi tu o specyficzne, lecznicze herbatki ziołowe, które są dostępne nie w formie DIY czyli do samodzielnego zaparzenia w domu, ale jako gotowe napary są sprzedawane na ulicach wprost z wielkich samowarów. Ze względu na to, jak chętnie są pijane w Kantonie, a także dlatego, że mają... podobny kolor - młodzież czasem mawia o nich prześmiewczo "kawa w stylu kantońskim" 广式咖啡. Napoje te w 2006 roku znalazły się na liście niematerialnego dziedzictwa UNESCO. 
Skąd się wzięły? Legenda głosi, że za czasów Wschodniego Jin (początek IV w.n.e.) słynny lekarz, farmaceuta i alchemik Ge Hong przybył w trakcie podróży do tropikalnych barbarzyńców Lingnanu, gdzie po raz pierwszy zetknął się z malarią i innymi tropikalnymi chorobami. Jako uczony natychmiast zaczął szukać lekarstwa. Z samą malarią poszło mu średnio, ale to jego badania nad lokalną florą i próby pozyskania medykamentów doprowadziły do powstania naszych herbatek. 
Na co pomagają? Jeśli wierzyć słowom herbatkowych farmaceutów - na wszystko. Ilość receptur jest wprost niesłychana, jak i ilość używanych ziół. Niektóre przepisy są od wieków przekazywane z pokolenia na pokolenie. Niektóre są proste - np. popularne herbatki chryzantemowe z dodatkiem kamiennego cukru czy napoje na bazie gruszek na bolące gardło. Najczęściej w nazwie występują podstawowe składniki rzeczonych dekoktów, jednak nawet znając wszystkie składniki, nie zawsze bylibyśmy w stanie odtworzyć procedurę przygotowywania danej herbatki w domu - co kiedy dodać, podgrzać czy gotować, jak długo dany składnik poddawać obróbce termicznej? To wiedza prawdziwie tajemna. Część chłodzących herbatek jest jednak znana w formie znanej nam doskonale w Polsce: w torebkach herbacianych, jako gotowe mieszanki, gotowe do spożycia bezpośrednio po zaparzeniu. 
Zgodnie z tradycją, powinno się je pijać, zanim całkiem wystygną, jednak dziś na rynku znaleźć można i takie nowoczesne wynalazki, jak herbatki chłodzące w puszkach, sprzedawane wprost z lodówek. Te najczęściej spotykane mają działanie przeciwzapalne i wzmacniające, a przy okazji pomagają organizmowi pozbyć się wewnętrznego gorąca (stąd "chłodzenie" w nazwie), choć, jak widać na załączonych zdjęciach, można spotkać naprawdę bardzo różne receptury. Najbardziej popularne stragany z herbatkami cieszą się tak wielką popularnością, że stały się sieciówkami, z których największe potrafią mieć otwartych nawet dwieście lokali. Najstarsze z nich mają ponad półtora wieku! Jedną z najstarszych firm jest Wanglaoji, którego chłodzące herbatki w puszkach są dostępne w całych Chinach i gdyby nie duża zawartość cukru, faktycznie byłyby całkiem przyjemnym napojem.
Właściwie nigdy nie kupuję tych herbatek. Ze zdumieniem jednak odkryłam, że jakoś w międzyczasie przyswoiłam sobie niektóre co prostsze receptury i stosuję je w domu. Boli gardło? Zawsze mam w domu zapas grubego morza, chryzantemy i kwiatów wiciokrzewu. Bóle menstruacyjne wyjątkowo dotkliwe? Zagotujmy trochę imbiru z brązowym cukrem. 
Ciekawe, czego się jeszcze tutaj nauczę?...

PS. Wpis pojawił się oczywiście w związku z dzisiejszym Początkiem Lata 立夏, ponieważ to właśnie gorące, tropikalne lato od zawsze było porą roku, gdy najczęściej się pijało dla zdrowotności nasze chłodzące herbatki.

2020-12-18

Mała Qian 小倩

Pewnego razu Tsui Hark 徐克, tuz hongkońskiej kinematografii, postanowił zrobić film animowany. Żeby jednak nie odejść daleko od głównego nurtu zainteresowań, reżyser stworzył animację dla dorosłych, bardzo, bardzo przerażającą. Zaczytał się po prostu w chińskich opowieściach z dreszczykiem autorstwa Pu Songlinga, choć oczywiście nie przeniósł historii 1:1, a tylko zaispirował się nią. Nie będę opowiadać treści - lepiej po prostu obejrzeć. Podpowiem tylko, że jedną z głównych bohaterek jest tytułowa Mała Qian, która oczywiście nie jest tym, kim się wydaje.

2020-07-30

wężyca 蛇精

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Magiczna wężyca, tak jak lisica, powstaje dzięki długiemu, długiemu życiu. Ponoć czuje ducha niebios i ziemi, wchłania esencję słońca i księżyca - i dlatego jest taka niezwykła. Magiczne węże zazwyczaj są kobietami - i to pięknymi. Dość szybko zaczynają władać silną magiczną mocą i mają niezwykłe umiejętności. Gdy przyjmują postać ludzką, często nie potrafią już wrócić do wężowej, choć na potrzeby filmowe często pokazuje się ich wężową formę, a w kreskówkach miewają po prostu wężowe ciało i piękną kobiecą twarz - tak jest np. u moich ulubionych Tykwowych Braci 葫芦兄弟. Zgodnie z literaturą jednakowoż powinny być po prostu pięknościami, a ich wężowa natura objawiała się tylko po kilku głębszych (działa na nie tylko jeden rodzaj alkoholu - realgarowe wino).
Najsłynniejszymi wężycami w chińskiej kulturze są niewątpliwie Biała i Zielona Wężyca z Legendy o Białym Wężu 白蛇传. Sama opowieść należy do kanonu czterech najważniejszych ludowych podań Chin i była wielokrotnie ekranizowana; jest także tematem wielu oper. Moja ulubiona wersja to oczywiście opaczny i intrygujący film Harka Tsui, który udało mi się dla Was wyszperać na Youtube:

Tutaj poczytacie o japońskim strasznym wężu.

2019-09-21

hongkońskie gofry 雞蛋仔

W latach '50 XX wieku hongkońskim właścicielom spożywczaków znudziło się wyrzucanie rozbitych w transporcie jaj na śmietnik. Masę jajeczną zaczęli więc, na wzór Europejczyków, łączyć z mąką, masłem i odrobiną cukru i tak właśnie powstały nasze gofry. Ktoś jednak wymyślił trochę inny kształt gofrownicy - bardziej zbliżony do patelni do takoyaków niż do naszych nudnych prostokątów. Stąd hongkongijska nazwa gofrów: kurze jajeczka. Zazwyczaj podaje się je na gorąco, zazwyczaj bez dodatków, choć oczywiście można je polać bitą śmietaną czy inną czekoladą. Znacznie popularniejsze są jednak dodatki do samego ciasta - można więc mieć jajeczka o różnych smakach. Na przykład na moim ulubionym straganie są dostępne następujące smaki: oryginalny, sezamowo-kokosowy, zielonoherbaciany, ze słodkim suszonym mięsem, z wodorostami, z kawą, pomarańczowy, taro, truskawkowy, limonkowy, czekoladowy, czerwonofasolowy, z rodzynkami, z żurawiną, z orzechami i z serem. Spory wybór, prawda?
W Hong-kongu jest to jedna z najbardziej popularnych ulicznych przekąsek. W Kunmingu się pojawia, ale straganów wcale nie jest tak dużo. A szkoda! Akurat w Kunmingu gofry te nie są wcale słodkie, a że są pieczone, a nie smażone, wcale nie wydają się tłuste. Przekąska idealna. Oczywiście tylko raz na jakiś czas...
Robi się je tak, że wlewa się ciasto do formy i piecze albo nad węglem albo nad prądem. Forma jest ruchoma; należy obrócić ją do góry dnem tuż po wlaniu ciasta i zamknięciu, żeby gofry zrobiły się z jednej strony chrupiące, a z drugiej miękkie jak gąbka. Gdy już się upieką, można je spożyć bez dodatków albo na przykład z lodami. Ja akurat z lodami nie lubię - wolę goferki na gorąco i bez dodatków. Tajfuniątko też :)

Taki straganik może mieć naprawdę niewielką powierzchnię. Tu akurat właścicielka zaszalała, bo ma wewnątrz nawet miejsce na stolik, przy którym dziecię odrabia lekcje.

2019-03-03

Poselstwo lorda Elgin do Chin i Japonii w latach 1857, 58, 59

James Bruce dostał misję: jechać do Chin i sprawić, by Chińczycy zaczęli przestrzegać tego, do czego się zobowiązali podpisując traktat nankiński, czyli ten po pierwszej wojnie opiumowej. Nie chcieli, stąd druga wojna opiumowa, a wraz z nią akty barbarzyństwa takie jak zbombardowanie Kantonu oraz rabunek i spalenie starego Letniego Pałacu. Rozkazy wydawał właśnie James Bruce, czyli "lord Elgin".
Trafiłam na zapiski sekretarza Jamesa Bruce'a - Laurence'a Oliphanta, pokazujące nie tylko samą wojnę opiumową, ale też dające pojęcie o ówczesnym Hongkongu, Singapurze, Malezji, Indiach itd. Zapiski są fascynujące, a ponieważ nie obowiązują ich prawa autorskie, możecie się nimi nacieszyć tak samo jak ja. Serdecznie polecam przeczytanie całości, a ja, starym zwyczajem, rzucam Wam na pożarcie kilka smacznych kąsków.
Nie chodziło tu już o to, czy słuszną czy niesłuszną była opozycya nasza przeciw władzom chińskim, lecz chodziło już o utrzymanie praw międzynarodowych, którym wszelkie inne względy ustąpić musiały, i która obudziła uczucie dumy i patryotyzmu w piersi każdego Anglika.
***
Gubernator generalny Ye Mingchen za nic w świecie nie chciał pozwolić, żeby uzgodnienia traktatowe weszły w życie; jego rezydencja została więc zbombardowana, a on w zamian wyznaczył wysoką cenę za głowę każdego Anglika.
***
Nawet małe dzieci bezkarnie nam urągały [...] Nasz pobyt w Hongkong nie był wcale ani powabnym, ani bezpiecznym.
***
Obecnie 70000 Chińczyków zamieszkuje Singapore, a ani jeden Europejczyk nie zna ich języka.
***
[...] cała ludność jedną tchnie myślą, jeden ma tylko cel, a tym celem pieniądz. [...] Ludzie tacy są nieocenieni, i warto ich jakim bądź kosztem zjednać dla siebie, staną się oni bowiem niewątpliwą rękojmią pomyślności krajowej.
***
Liście imbiru zbierać można 3 lub 4 razy rocznie, trwałość zaś plantacyi imbiru nie przechodzi lat piętnastu. [pierwsze słyszę o zbieraniu liści imbiru w celach użytkowych...]
***
Siedząc tak jak na wystawie, przypatrywaliśmy się z naszej strony przyrządzaniu przeznaczonego dla nas betelu, i z podziwieniem zauważałem, iż go zaprawiono imbirem. Używany bowiem betel w Ceylonie, obchodzi się bez tego przydatku. Uczyniwszy zadosyć temu koniecznemu obyczajowi, i napełniwszy nasze usta jego czerwonym sokiem, ze skwapliwością zapiliśmy go doskonałą herbatą, podawaną w małych chińskich czarkach, z dodatkiem różnych słodkich przysmaków.
***
Obecnie prowincya Jahora liczy już przeszło 2000 plantacyj, a liczba ich codziennie się zwiększa; wszyscy ci uprawiacze ziemi, są po większej części wychodźcami chińskimi, i żałować mocno należy, iż nie są ich właścicielami. Dopóki bowiem ludzie ci nie osiedlą się stale na jakiej ziemi, ziemia ta nierównie mniej przynosić będzie, niżby przynosiła, będąc własnością tak pracowitej i przemyślnej ludności. [Chodzi pewnie o prowincję Johor, tuż przy granicy z Singapurem]
***
Wszystko zdaje się zapowiadać świetną przyszłość miasta Singapore, wzrost jego jednak szybszy lub wolniejszy, zależyć głównie będzie od wewnętrznej administracyi. Wprawdzie wypadki obecne zły wpływ wywarły na dalszy rozwój jego pomyślności, lecz miejscowe położenie w innym stawia go stosunku od wszystkich miast, będących pod rządem kompanii indyjskiej; napływ albowiem Chińczyków, który zdaje się równoważyć ludność anglo-saksońską, nowego dostarcza żywiołu do pomyślności krajowej. Prawdę powiedziawszy, staranna uprawa tak malajskiego jak i filipińskiego archipelagu, polega głównie na pracowitości Chińczyków. W skutku ich czynnej i ciągłej pracy, wyspy malajskie, filipińskie, siamskie i kochinchińskie, produkują obecnie cukier i ciągną korzyści z kopalni cyny. Cukier na mniejszą uprawiany jest skalę, lecz samej cyny wywożą do 8,000 ton rocznie. Jasnym to jest dowodem, że w Singapore osiadła czynna i pracowita ludność, która umie ciągnąć z ziemi stosowne do swej pracy korzyści, i która potrafi ocenić system rządu, wspierającego przemysł i handel krajowy.
***
Mimo te wszystkie powody niechęci, jakich codziennie doświadczaliśmy na wodach Kantonu, stosunki nasze z mieszkańcami lądu były na stopie wzajemnego zaufania; ludzie ci dostarczali nam codziennie mięsa i jarzyn podostatkiem,i każdy nasz okręt miał własny, że tak powiem, statek, który go zaopatrywał w potrzebną żywność.
***
Miejscowy garnizon, złożony głównie z osady okrętu Raleigh, mimo trudów wojennych, używał także i przyjemności świata cywilizowanego; jakoż w ciągu naszego tamże śniadania, spożywając pasztety sztrasburskie i spijając szampana, przysłuchiwaliśmy się z przyjemnością doskonale wykonanej muzyce, którą odgrywała kapela z fregaty wyżej wymienionej. Przyznać jednak należy, że przy tych rozkoszach cywilizacyi, brakowało nam, w niektórych przynajmniej rzeczach, komfortu europejskiego, i tak: siedzieliśmy na krzesłach improwizowanych z przewróconych pak i pudeł, przy stole, który by każdego miłośnika starożytności zachwycił swą patryarchalną prostotą, był to bowiem prawdopodobnie wierzch kamienny jakiego dawnego ołtarza z przyległej pagody.
***
Jakkolwiek Hong-Kong mało miało dla nas powabów, przykrzej nam przecież było stać na kotwicy i poglądać tylko z daleka na jego mury. [...] Smutno doprawdy pomyśleć, iż Hong-Kong tak bogato uposażone od natury, w tak pięknem znajdujące się położeniu, tak mało innych posiada powabów. Miasto to podobne do pięknej kobiety, co powabną powierzchownością jedna sobie wielbicieli, których jednocześnie odpycha szorstkiem i niemiłem obejściem.
***
Chcąc nieco spocząć po dosyć długiej przechadzce, weszliśmy do chińskiej restauracyi, gdzie po raz pierwszy zapoznałem się z kuchnią krajową, i mimo nowości większej części podanych nam potraw, potrafiłem jako tako głód mój zaspokoić, to jajami, które od roku przynajmniej przechowane były w mule, to obieranemi i gotowanemi rzodkiewkami w gęstej bardzo zupie, to ciastem mieszanem z orzechami, to różnemi morskiemi żyjątkami różnorodnie przyprawionemi, a zawsze z bardzo ostrym sosem, który nam podawano w maluteczkich kubkach. Wprawdzie tak potrawy, jak i półmiski były także niezmiernie małych rozmiarów, a kawałki kwadratowe papieru ciemnego koloru, zastępowały miejsce obrusów. [nie skrzywił się na stuletnie jaja, dzielny człowiek :D]
***
Główniejsze ulice Manilly, są Escolta i Rosario, gdzie najlepsze i najpiękniejsze sklepy zajęte są przez Chińczyków, którzy z wolna usuwają metysów od współzawodnictwa handlowego, nad któremi zresztą niesłychaną mają wyższość, będąc z natury czynnemi i przemyślnemi ludźmi. Chińczyk nie używa wypoczynku w dni nawet świąteczne, nie dba o wygody, żyje on w swoim małym sklepie, zysk tylko mając na celu. Metys zaś w ogóle lubi się stroić i część dnia na to poświęca, nie zamieszkuje nigdy swego sklepu, a nawet w czasie gdy się tam znajduje, mało dba o przedaż swego towaru. Najczęściej w południe zasypia sobie szczęśliwie, i wcale nie rad z tego, jeżeli kto z kupujących przerwie jego spoczynek. Bardzo często widzieć można o tej porze właściciela sklepu, śpiącego w jakim kącie swego zakładu, a pozostawioną w jego miejscu jaką dziewczynę (dla usługi przychodniów) wyciągniętą najswobodniej na stole, z włosami na dół spadającemi, z piersią na pół odkrytą, śpiącą tak słodko, tak spokojnie, iż mało kto ma odwagę wyrwać ją z tego błogiego stanu, i woli raczej udać się do przyległego sklepu dla zakupienia potrzebnego mu towaru. W tym zaś przyległym sklepie spotyka się wcale nie śpiącego Chińczyka, którego bystre sporzenie śledzi każdy krok, każdy ruch przychodniów, z mocnem postanowieniem (jeżeli przypadkiem nie posiada towaru którego tenże żąda) sprzedania mu czego-bądź innego, byle go choć w części z pieniędzy obłowić. Manilla, równie jak Singapore, zawdzięcza w wielkiej części swój wzrost i swoje powodzenie przychodniom chińskim.
***
-Francuzi zachowują się najspokojniej w Kwang-tung, lecz głównem ich zajęciem, oprócz handlu, jest rozszerzanie ich wiary.
-Jaka część ludności skłania się do ich nauki, czy znajdują zwolenników pomiędzy klassą uczonych?
-Znajdują oni głównie zwolenników w prostym ludzie, któremu dowodzą, iż cnotliwem postępowaniem pozyskają szczęście, a nadzieja szczęścia szybko ich nęci. Nie tak łatwa sprawa z ludźmi oświeconemi, oczytanemi i obeznanemi z zasadami filozofii; to też sługa W.C.M. nie słyszał, by jakikolwiek uczony nawrócił się na ich wiarę.
***
Większa część tych magazynów mieściła w sobie składy herbaty, cukru i innych artykułów handlowych, które co najśpieszniej, pod dozorem właścicieli, wyniesione zostały; mimo to jednak nie wszystko tak prędko dało się usunąć, a zasmarowane twarze i lepkie ręce naszych żołnierzy, dowodziły nam, że nie każdy potrafił oprzeć się pokusie pokosztowania pozostałych przysmaków.
***
Na kilka dni wprzódy pan Parkes z niemałem niebezpieczeństwem osobistem zajęty był rozsyłaniem i przylepianiem proklamacyi tak na wyspie Honan, jak wzdłuż brzegu rzeki przytykającego do miasta, w której zawiadamiał mieszkańców, by opuszczali miasto, chroniąc się przed mającem nastąpić bombardowaniem. Lecz obojętność i lekceważenie, z jakiem proklamacye te czytano, zrywając je z murów i rzucając na ziemię, małą czyniły nadzieję, by z jej przestróg chciano korzystać.
***
Przechodząc przez miasto, spostrzegałem na przedmieściach gromady chińskich żołnierzy, zwanych czarną gwardyą, którzy rabowali na pół zniszczone domy; czasami i nasi ludzie pomagali im w tem zajęciu. W jednam miejscu widziałem, jak z nawpół w gruzy rozsypanego jakiegoś składu, przy którym tłumy ludzi były zgromadzone, ci co stali na wierzchu, lub dostali się do wnętrza, wyrzucali na ulicę bogate futra i kosztowne jedwabne wyroby, lecz z powodu pośpiechu w dopełnieniu polecenia lorda Elgin do jenerała Straubenzee, nie byliśmy w możności przeszkodzić tej grabieży; to nas jednak przekonało, że nie tak łatwo przyjdzie nam uporządkować administracyę wewnętrzną miasta liczącego przeszło półtora miliona mieszkańców, nie znając ani obyczajów, ani praw miejscowych, a nadto jeszcze nie rozumiejąc narodowego języka.
***
Kilku ludzi, z któremi p. Wade rozmawiał, powiedziało mu, iż są żołnierza mi tatarskiemi; ludzie ci wydali nam się daleko piękniejszemi od Chińczyków. [hmmm, prawdę powiedziawszy, mnie też swego czasu podobał się taki jeden Mandżur...]
***
Tatarzy osiedli w Kantonie dopiero od lat stu mniej więcej; przybyli oni tu głównie z Kirinu i Mandiuryi, przysłani tam byli dla utrzymania porządku wpośród niespokojnej i wyuzdanej ludności tej prowincyi. [wyuzdanej!!!??? Jaka szkoda, że Laurence nie opisuje tego chińskiego rozpasania :D]
***
Tutaj także znaleźliśmy całe archiwum cesarskiego komissarza, gdzie były bardzo ciekawe i zajmujące korrespondencye pomiędzy Pekinem a Kantonem, szczególniej też we względzie tyczącym się barbarzyńców. Dowodziły one, iż pomimo całowiekowego prawie stosunku handlowego, pomimo uporczywej wojny, zakończonej traktatem handlowym, pomimo nastąpionego ztąd częstego zetknięcia się z wysokiemi urzędnikami pekińskiemi, rząd cesarski równie był niewiadomy naszego położenia i widoków, jak i przedtem. Pomiędzy temi papierami znajdowały się traktaty angielskie, francuzkie i amerykańskie, które może nigdy do wiadomości Cesarza nie doszły.
***
Przedstawia raport, jako barbarzyńcy angielscy niepokojeni wewnątrz i naciskani coraz to silniej zewnątrz od otaczających narodów, są w zupełnej niemożności nacierania na Chiny, że kilkakrotne odbywali narady, w celu otworzenia na nowo handlu, że na wszystkie w tym względzie zgodzą się warunki, i że przywódzca ich nie wróci już do Kantonu [...] - no, przy takich raportach to nic dziwnego, że cesarstwo upadło...
***
Jakoż osiągnęliśmy już przynajmniej jednę korzyść, wpływem naszego zajęcia otrzymaną, a tą było, grzeczniejsze i pełne uszanowania obejście się ludności miejscowej, poprzednio jawną wzgardą i niechęcią nacechowanej; dziś przeciwnie, każdy Chińczyk powstawał z pokorą gdy jaki Europejczyk przechodził, kłaniając mu się czy to spuszczeniem swych długich warkoczy na sposób chiński, czy tśż odkrywając głowę, stosownie do naszych pojęć.
***
Postanowiono zatem przenieść ich do obszerniejszego yamunu, należącego do tatarskiego jenerała, który go jednak dotąd nie zajmował. Mimo swego zniszczenia, nosił on na sobie cechę mieszkania wysokiego urzędnika Niebieskiego Państwa. Pierwszą wskazówką takiego mieszkania, jest długi mur, na którym są pomalowane smoki olbrzymiej wielkości; mur ten często jest w stronie przeciwległej mieszkaniu, tak, że ulica przechodzi pomiędzy nim, a jedną stroną dziedzińca tegoż yamunu. Tuż przy murze stoją dwa wysokie czerwone słupy, konieczny znak mieszkania każdego urzędnika. Obszerny mur kwadratowy opasuje dziedziniec, w którego jednej ścianie jest wchód do wnętrza, gdzie 2ch rzeźbionych lwów na granitowych podstawach, broni wstępu do głównej bramy; obok nich stoi kilku wymalowanych olbrzymów, dziwacznie ubranych, którzy patrzą z pogardą na otaczające ich tłumy, trzymając w lewej ręce ostrze swych dzid. [w ogóle opisy miejsc są świetne w tej książce]
***
Ludność nadbrzeżna, albo lepiej mówiąc, przewoźnicy, najpierwsi pogodzili się z naszą obecnością, i każda łódź okrętowa przybijająca do brzegu, otaczaną była hurmem przez właścicieli sampanów, pomiędzy któremi chęć zysku zgłuszyła widać prędko miłość ojczyzny, jeżeli przypuścimy, iż uczucie to istniało rzeczywiście kiedy pomiędzy temi ludźmi.
***
Zaraz tuż obok zniesionego muru, wznosił się gmach egzaminacyjny, zajmując dosyć wielką przestrzeń; składał się on z szeregów małych komórek po każdej stronie dość szerokiego i brukowanego przejścia; przypominało to nieco wnętrze jakiego ogromnego kościoła. Każda taka komórka miała osobny dach, pokryty dachówką, i podzieloną była na małe przegródki, jedną tylko osobę po mieścić mogące, które w czasie egzaminu zajmować mieli uczniowie; ilość ich dochodziła do 8000. W istocie uczniowie w czasie tych piętnastu dni, które tu przepędzali , byli zupełnie odsunięci od wszelkiego możliwego roztargnienia. Ważkie przejście oddzielało ich od rozrzuconego wału, który stanowił tylną część pewnego szeregu komórek, a grube przegrody dzieliły każdego z nich od najbliższego sąsiada, tak, że żadnej między sobą styczności mieć nie mogli. Każdy co chce być doktoryzowanym, musi przejść przez taki egzamin; jedyny tu wyjątek stanowić tylko może wiek ucznia; i człowiek, który już przeżył lat kopę i jeden jeszcze dziesiątek, czyli mówiąc po prostu, który ma lat 70, ma prawo do tego stopnia, bez poprzedniego już egzaminu. [pierwsze słyszę, by każdy siedemdziesięciolatek stawał się urzędnikiem z racji samego wieku. Za to opis sal egzaminacyjnych świetny]
***
Przenośne kuchnie urządzone także były w pośrodku ulicy, a starannie pokrajane mięsiwa, piekąc się i smażąc na gorących żelaznych patelniach, roznosiły daleko woń drażniącą podniebienia zgłodniałych biedaków. W odkrytych kotłach gotowały się wyborowe mięsiwa, tuż obok zastawione były stoły z różnemi gatunkami ciasta i słodyczy, przy których prezydował krupier, wyrzucający trzciny z pudełka lub toczący gałki, jak to bywa przy grze w ruletę; tak więc biesiadnicy mogli zarazem doświadczać wzruszeń, czyli przyjemności gry, połączonej z pewniejszą rozkoszą ga stronomiczną, o ile ta tajemnie jeszcze podwyższoną była nadzieją, spożycia darmo tych wszystkich łakoci, jeżeli los mu się okaże przychylnym; mniej bowiem szczęśliwy przychodzień mógł tu i pieniądze swe stracić, i głodnym jeszcze odejść od suto zastawionego stołu. [tak, Chińczycy to urodzeni hazardziści :D]
***
[...] słowem, widzieliśmy tu rzeczy nie mające żadnej, przynajmniej dla nas, wartości, otoczone taką troskliwością, ja- kąby Europejczycy zaledwie swe żony i matki otaczać mogli. Prawdę mówiąc, dziwić się tak bardzo nie można obojętności Chińczykow dla kobiet, zwłaszcza przypatrzywszy się z bliska tutejszej żeńskiej ludności, gdy jeszcze do ich naturalnej brzydoty, dodamy kalectwo nóg, i zupełny, choć pozorny wprawdzie, brak rąk; niewiasty bowiem chińskie rzadko bardzo nadziewają rękawy swych sukien. Trudno doprawdy wyobrazić sobie coś mniej powabnego od tej części ludności chińskiej, i po zaspokojeniu pierwszej ciekawości, przechadzka po ulicach w Chinach wcale nie jest powabną. [a to by się zdziwił Laurence, gdyby się dowiedział o tym, jak to Europejczycy teraz chorują na "żółtą gorączkę" i zachwycają się Chinkami. Prawda, że od tego czasu trochę się zmieniło: Chinki noszą ubrania z normalnymi rękawami i nie krępują stóp...]
***
Kończy wreszcie swą odezwę do ludu Kantonu powtórnem przykazaniem, by przy spotkaniu cudzoziemca obchodzili się z nim z wszelką możliwą grzecznością, by nie wykrzykiwali ani Fan-kwei, ani żadnego innego obelżywego wyrazu, i nie rozlepiali na murach żadnych odezw tymże duchem tchnących, bo po tem ostrzeżeniu władz, policya miejscowa przestrzegać będzie ściśle wypełnienia pomienionych rozkazów, i każdy ktoby je przekroczył, surowo karanym będzie.[O Fan-kwei pisałam tutaj, więc się nie będę powtarzać]
***
Howkwa (nazwisko kupca) uraczył nas wyśmienitą herbatą, którą nam podano bez cukru i bez śmietanki; następnie zasiedliśmy do stołu zastawionego owocami i konfiturami, a gospodarz częstował nas z całą uprzejmością i gościnnością europejską. [taaaak, herbata bez cukru i bez śmietanki zawsze tak samo szokuje Anglików, nawet dzisiaj :D]
***
Doprawdy, widząc przemyślność i pracowitość tego ludu, każdy myślący człowiek zapytuje sam siebie mimowolnie, czy wprowadzenie pojęć i obyczajów europejskich okaże się korzystnem dla tych ludzi, którzy pracą i wytrwałością zdobyli sobie byt jakiego używają, i o ile z pozoru przynajmniej sądzić można, zdają się być zupełnie z niego zadowoleni. Wprawdzie zdanie to oparte jest tylko na prostem domniemaniu, trudno albowiem sądzić o tem człowiekowi, który nie zna języka, ani praw miejscowych, gdy ludzie od dawna kraj ten zamieszkujący, 1 zapewne lepiej odemnie mogący zbadać ducha i dążności Chińczyków, przeciwnego są w ogóle zdania. Sądząc jednak według mego osobistego pojęcia, przypuszczam, że tak w Chinach, jak i w Anglii nie można wszystkiego pod jednę i tęż samę podciągać miarę, i że trudno ocenić całość, jednej tylko przypatrując się cząstce. Tak więc błądziłby równie ten, coby według stanu prowincyi Kent, oceniał położenie całego kraju, jak i ten, co brałby usposobienie ludności Kiangsu, za normę uczuć wszystkich Chińczyków.[kocham go za ten akapit!]
***
Co do mnie, zawdzięczałem osobiście panu Moncrieff, memu gospodarzowi z Shanghai, posiadanie bardzo wygodnego statku, i pierwsze me kroki we wnętrzu Niebieskiego Państwa, bardzo przyjemne pozostawiły mi po sobie wrażenia; a gdy obecnie, w skutku zawartego traktatu, kraj ten stanął otworem dla reszty świata, sądzę, że ludy cywilizowane Europy ocenią wartość i dogodność tych wewnętrznych kommunikacyi wodnych, które tak wielce przyłożą się do ułatwienia handlowych tranzakcyi. Rzadko w której wędrówce po nieznanych krajach, można spotkać tyle dogodności i wygody, ile się jej napotyka w Cesarstwie Chińskiem.[och!]
***
Wydatki spowodowane powstaniem znacznej części kraju, nie dozwoliły rządowi łożyć pieniędzy na naprawę tak korzystnego i wspaniałego dzieła. W następstwie tych okoliczności, mnogie i ogromne cesarskie dżonki, używane poprzednio do przewozu zboża, obecnie na wpół już zepsute, zalegają tylko brzegi niepotrzebnie. Budowa ich jest, że tak po wiem, arcydziełem sztuki Chińskiej, są albowiem niesłychanej trwałości i objętości: każda z nich pomieścić może od 200 do 300 tonn ryżu. Dzisiaj marnieją bezużytecznie, gdyż nikt z prywatnych nie może dotknąć własności Cesarskiej. Kosztowny budulec, który je składa, na pół już zgniły, w części pokryty jest zielonym porostem, a w części przez robactwo zjedzonym. [brrr. Pies ogrodnika w najgorszym, bo państwowym, wydaniu...]
***
Zauważyłem także dużo kobiet pomiędzy widzami. Soo-chow sławne jest na całe Chiny pięknością swych kobiet, a te, które widziałem, przekonały mnie o słuszności tego twierdzenia, gdyż nigdzie, w całem Państwie Niebieskiem, nie ujrzałem tak regularnych rysów i tak pięknych kształtów. Kobiety Kantonu przeciwnie słyną swoją brzydotą; w prowincyach północnych są podobno nieco piękniejsze, lecz o tem sądu osobistego mieć nie mogę, bo się starannie kryły przed okiem barbarzyńców. Inaczej się dzieje w Soo-chow, gdzie kobiety lubią i same widzieć, i być nawzajem widziane, w czem zresztą mają zupełną słuszność. Chińskie przysłowie mówi: że aby być szczęśliwym na ziemi, trzeba się urodzić w Soo-chow, żyć w Kantonie, a umrzeć w Liauchau, a to dla następujących powodów: ci co się rodzą w Soo-chow są zwykle obdarzeni pięknością; ci co żyją w Kantonie,są bogaci i mogą używać wszelkich przyjemności życia; ci zaś, co umierają w Liauchau, pochowani są po śmierci w doskonałych trumnach, których dostarczają bliskie i obszerne lasy.
***
Chaou był jednym z najprzyjemniejszych Chińczyków, jakich tylko spotkałem; obejście jego było pełne godności i uprzejmości zarazem, a to w chwili, gdy z tak przykremi walczyć musiał okolicznościami. Ale Chińczycy posiadają wielkie nad sobą panowanie, umieją oni przybrać wyraz wesołości i swobody, gdy w najcięższem znajdują się utrapieniu, i okazywać powierzchowną przychylność tym właśnie osobom, które z przyjemnością na śmierćby zaćwiczyli, gdyby to było w ich możności. Obecnie gospodarz obsypywał nas grzecznościami, napełniał nasze talerze stosami przysmaków, i poił ustawicznie gorącem winem, zmuszając nas za każdym razem do wywracania do góry dnem naszych szklanek, by nikt nie mógł uniknąć nowej kolei.[słynne chińskie opanowanie - jakież musiało być wielkie, skoro imponowało nawet Anglikom! No i - chińska kultura picia w całej krasie...]
***
W końcu zapragnęliśmy pożegnać naszego gospodarza, i w tym celu zaczęliśmy hałaśliwą ceremonię tsing-tsing, która zależy na głośnem ściskaniu rąk własnych przed sobą i na pochylaniu się tak niskiem, iż przychodzi do nieprzyzwoitości; w końcu bowiem głowa niżej się znajduje od innej części ciała.[umarłam ze śmiechu na tę nieprzyzwoitość :D] Jak u nas w Europie przy pożegnaniu ściska się rękę gościa lub przyjaciela, tak tu czynność ta do własnych tylko rąk się ogranicza.
***
W Chinuoh trudniej jak w każdym innym kraju, cudzoziemcowi dokładne od razu mieć pojęcie o rzeczy; wszystko tu jest oparte na pewnych zasadach, wszystko z dawna obrachowane i ocenione, to też dorywczo o niczem sądzić się nie godzi: najmniejszy szczegół, najdrobniejsza okoliczność, ma tu swoje właściwe znaczenie, którego na pierwszy rzut oka dostatecznie ocenić niepodobna. Tutaj o rzeczy tylko z faktów sądzić należy, nie rozbierając sposobów, jakiemi przyszło się do takich rezultatów; tak właśnie, jak patrząc na rój pszczół, podziwiamy skutki tej ogólnej pracy, chociaż szczegóły jej nie mogą być przez nas dostrzeżone, a tem mniej naśladowane.[dobrze, że zdawał sobie sprawę z tego, że widzi, ale nie rozumie. Fajna lekcja pokory dla tych, którzy przyjeżdżają i opisują, choć nie rozumieją.]
***
Przybywszy do Shanghai, pozostawałem wtem mieście całe dziesięć dni, podejmowany od miejscowych magnatów kupieckich, używając swobodnie tak ich gościnności, jak i wzmacniającego i miłego tutejszego zimowego powietrza. Jest to niezawodnie najmilsze miejsce ze wszystkich, jakie w Cesarstwie Chińskiem zasiedli Europejczycy, towarzystwo jest tu równie liczne, jak w Hong-Kong, lecz nierównie swobodniejsze w obejściu, bo nie jest zakłócone miejscowemi i politycznemi wypadkami gdyż jako zgromadzenie napływowe cudzoziemców, zajmuje się tylko sprawami handlowemi i używa większej swobody, niż jakiekolwiek inne miasto. Shanghai szczyci się też ogólnie pozorem dobrobytu i wspaniałości gmachów zamieszkanych przez swych Krezusów, którzy żyją z największą wystawnością.
***
[...] następnie podano nam prawdziwie posilne mięsiwa, jak np. indyka i baraninę, pokrajane na pobliskim stoliku w kawałki małej objętości, które już można było spożywać nie dotykając noża i widelca, z pomocą samego tylko kształtnego kijoka ze słoniowej kości, z zaostrzonym końcem, który jest w ogólnem w Chinach użyciu, i doprawdy że wartoby w tem pójść za przykładem Chińczyków, a gdyśmy już raz przestali przecinać sami stawy drobiu na półmiskach, moglibyśmy i nie krajać więcej mięsa na talerzach. Lecz tutaj zatrzymałbym się w naśladowaniu wykwintnych obyczajów mieszkańców Niebieskiego państwa [...].
***
[...] następnie zaś podają jeszcze herbatę migdałową, czy też herbatę z migdałami, czego już dokładnie nie wiem, ale to wiem, że jest wyśmienitą w smaku.[...] [pożądam wiadomości o tradycyjnej chińskiej herbacie z migdałami!]
***
Niektóre z znajdujących się tu świątyń były w stanie zupełnego upadku, inne były naprawiane ze składek dobrowolnie na ten cel dawanych, i należy oddać sprawiedliwość zgromadzonym Bonzom, iż jeżeli mało dbają o siebie, starannie przecież utrzymują przybytki modlitwy pieczy ich powierzone; chociaż wielu z członków zgromadzenia Poo-too [Putuo] pochodzi ile nam mówiono z zbiegłych zbrodniarzy, którzy szukali schronienia w tych świętych przybytkach i pokutują za swe przeszłe życie, życiem poświęconem próżnowaniu, plugastwu, przesądom i wstrzemięźliwości.
***
W Szanghai jest szkoła założona przez pastorów protenstanckich, do której uczęszcza 400 dzieci, gdzie im wykładają same tylko początkowe nauki według miejscowego pojęcia i zwyczaju, lecz ich nie uczą po Angielsku, bo nauka ta niewielkie zapewniała im korzyści i mało była cenioną tak od samych Chińczyków, jak i od cudzoziemców. W ogóle w Hong-kong osądzono, iż znajomość Angielskiego języka, raczej im jest szkodliwą niż pożyteczną, doświadczenie albowiem przekonało, iż ci co go umieli, mimo wszczepionych wraz z tą nauką zasad moralności, zwykle jednak na złe nauki tej używali. W szkole wszakże założonej przez Missyonarzy Amerykańskich uczą tego języka, szczególniej zaś dziewczynki ćwiczą się w tej mowie, a wiele z nich doszło już do głębokiego jej poznania, i godzi się nawet wnosić, że znajomość ta wyda błogie w przyszłości owoce.[międzykulturowe małżeństwa? :D]
***
Następujący wyciąg z papierów urzędowych, o których dopiero co wspomniałem, a które pan Wade wiernie przetłumaczył, lepiej nam go jeszcze i bliżej dadzą poznać i wyjaśnią powody jego dla nas niechęci, oto są jego słowa: „Twoi niewolnicy Najjaśniejszy Panie otrzymawszy twój rozkaz względem załatwienia interesów z barbarzyńcami, starali się tak tę rzecz ułożyć, aby ciż barbarzyńcy nie ważyli się pod pozorem domagania się odpowiedzi na swe poprzednie odezwy, nowemi odezwami przerywać spokojności Twojej Świętej Osoby. „Barbarzyńcy Angielscy pełni podstępnych zamiarów, są przytem dzikiego umysłu i wielkiej gwałtowności. Amerykanie we wszystkiem ich naśladują. Każdy jednak ruch, początek każdej sprawy, każdego przedsięwzięcia, zawsze głównie Anglikom przypisać należy. Samo odczytanie listy czynionych nam propozycyi najlepiej dowodzi, iż obrażają one wszelkie dotąd przyjęte pojęcia, wszelkie szlachetne uczucia; lecz ludzie ci są tak uparci, a nadto mają pojęcia tak błędne i sprośne, że z trudnością przychodzi im uznać co jest prawe i słuszne.
/Poselstwo lorda Elgin do Chin i Japonii w latach 1857, 58, 59, Laurence Oliphant/
Jak Wam się podoba?

2018-12-13

Ho Cheuk-yin 何卓彥

Poznajcie młodego hongkongijskiego harmonijkowca ustnego. Jego wykonania bronią się same i nie wymagają żadnych dodatkowych opisów:





2018-11-08

笑傲江湖 Swordsman

Zmarł klasyk chińskiej literatury fantastycznej, Jin Yong. Fantastycznej, czyli magia, miecz i, jak na literaturę chińską przystało, sztuki walki takiej, że gały na wierzch wychodzą. Z tej okazji postanowiłam odświeżyć sobie chyba najbardziej znaną powieść. Tutaj można ją sobie poczytać w oryginale. Jednak zaczęłam nie od samego czytania, a od cudownie trącącego myszką serialu:

Jeśli będziecie mieć okazję, obejrzyjcie ekranizację na duży ekran, z 1990 roku. Mój ulubieniec, Jacky Cheung, jest tam jeszcze tak młody! Zwróciłam też uwagę na Fennie Yuen, hongkongijkę, która na ekranie wciela się w przedstawicielkę ludu Miao. Swoją drogą, najbardziej mnie zachwyciły właśnie sceny z pięknie ubranymi Miao, których niezwykła medycyna oraz nietypowy sposób walki został pięknie (choć zabawnie) pokazany. Choć to ramotka, a efekty specjalne wołają o pomstę do nieba, to muszę przyznać, że mam do filmów wuxia wielki sentyment; ileż to godzin przeoglądaliśmy na zajęciach z kina Dalekiego Wschodu! Połączenie walki i miłości, komedii i dramatu - tu jest wszystko! I jeszcze ten eunuch, którego głos podkłada kobieta!
Jeśli macie ochotę na świetne kino klasy B - to to jest idealna propozycja :D

2015-12-20

Podróż na wschód Azyi III

Następny odcinek przygód Pawła księcia Sapiehy. Tym razem wrażenia z Chin, w szczególności z Kantonu i Hongkongu.

Gdy tak stoimy i gapimy się na tego kolosa — budzi nas z ekstazy hałas jakichś drewien rzucanych na kamień. O dziwo! to nasz kelner Chińczyk, z największą powagą i nabożeństwem, stawia Buddzie pytania. Pzykucnął na ziemi, ręce wzniósł po wysokość głowy, dłonią do Buddy obrócone — i oddał najpierw pokłon potrójny (dworski ukłon chiński). Dalej wyciągnął dwa kawałki drzewa, formy rogala, okryte chińskiemi literami; rzucił raz, drugi i trzeci drewniakami o ziemię, za każdą razą uważnie odczytywał napisy, studyował jak się drewienka układały, z czego dowiadywał się, w jakiem obecnie zdrowiu są jego rodzice i krewni, i o innych jeszcze kwestyach, z któremi nie chciał się nam zdradzić. Potem znowu się pokłonił i rozpoczął modlitwę dziękczynną. Wydobył z kieszeni ogromny papier żółtego koloru (wszystko co się do cesarza i bogów odnosi, jest zawsze żółtego koloru). Na papierze widniały wielkie a ponsowe imiona Buddy. Papier zapalił u świętego ognia i wyniósł przed świątynię. Tu znowu zaczął się kłaniać, ale nie długo, bo papier mu w palcach jakoś bardzo prędko się spalał; poczem wsadził go do jakiegoś niby piecyka, naśladującego kształtem wieże chińskie kilkopiętrowe, który stał w przedsionku świątyni. W tej chwili rozległa się  strzelanina, jakby pluton wojska rozpoczął ogień. Narazie zgłupieliśmy, nie wiedząc co się stało, zwłaszcza, że sprawca tego wszystkiego, ów kelner nasz, najspokojniej, wzrokiem dość obojętnym, patrzył na ów piec - armatę, a doczekawszy się ostatniej detonacyi, z pewnem jakby znudzeniem wrócił do swojej łódki, nie obejrzawszy się już nawet za swym Buddą. Dalejże my więc pytać Phya - Smuth'a: what is that? — a Phya szeroko się uśmiecha, i widocznie kontent, że znalazł coś co nas zainteresowało, poczyna tłumaczyć, że Chińczycy na zakończenie modlitw zawsze spalą, według zamożności osobistej, pewną ilość prochu, aby przepłoszyć nieczyste duchy, które jak muchy do miodu, do modlącej się duszy zlatują. Dobrze jest wiedzieć o tym nabożnym a zapewne wielce skutecznym obyczaju, bo jak pełnia nastanie, to w każdem mieście chińskiem z wieczora i późno w noc nieustannie się takie pukaniny słyszy. W obecnych burzliwych czasach możnaby łatwo wziąć te wystrzały za »pierwsze strzały« kontr - europejskiego buntu.
*
Pan domu udaje przez kurtoazyę dla nas, że nie spodziewał się tak dostojnych gości, i niby to zmienia toaletę, by godnie wystąpić. Figura naturalnie nie ciekawa: zbogacony robotnik dzienny, otyły, a choć Chińczyk, przypomina od razu ogólno - światowy, zawsze jednaki typ parweniusza, tylko tu z warkoczem [trafne spostrzeżenie: pewne kategorie ludzi bez względu na rasę wyglądają bardzo podobnie...].
*
Dziwnie też przykre z początku robi wrażenie to jednozgłoskowe chrapliwo - nosowo - gardłowe szczekanie chińskie.[sam szczekasz, pacanie!]
*
Dla każdego marynarza, nazwa: »Morze Chińskie«, równo brzmi z tysiącznemi  niebezpieczeństwami, z nigdy nieustającym wichrem, ze zgubnymi prądami, które bieg jego statku wstrzymują, żeglugę utrudniają, kombinują. Morze Chińskie, to królestwo tajfunu, o którym zdawna wylękniony podróżny nasłuchiwał się od swego kapitana, od innych oficerów, od znających te okolice towarzyszów podróży. Morze Chińskie w wyobraźni każdego podróżnika nierozdzielenie się łączy z pojęciem czegoś złośliwego, złego, wrogiego; mimowoli każdy sobie przypomina owe rzezie chrześcijan w Chinach; morze to takie niegościnne, takie nieprzystępne, jak i ten kraj, od którego nazwisko wzięło; jak w tym kraju tylko z najwyższym wysiłkiem człowiek utrzymać się i wyżyć może, co chwila narażony na jakąś elementarną, nadziemskich zdawałoby się rozmiarów — klęskę, tak i na tem morzu tylko zdwojona, nieustająca uwaga, zimna krew i bystrość marynarza, tym setnym a potężnym wrogom, którzy nań czyhają, oprzeć się, ujść, wyślizgnąć ze szponów może.[Ciekawe, że tak dobrze wie, że kraj niegościnny, choć dopiero jest w drodze do. No i skoro WIE, że niegościnny, to po co się tam pcha?...]
*
Dziś piratów niema, ale w łonie swojem niesie każdy statek gorzej niż piratów, bo powracających do ojczyzny, spanoszonych, z Europejczykiem spoufalonych, nie bojących się go, a całem sercem nienawidzących, zdemoralizowanych do szpiku kości przez niezdrowy, często wieloletni pobyt w wielkich centrach handlowych: coolis'ów, robotników - emigrantów chińskich. Mamy wprawdzie rewolwery, mamy karabiny, ale niech tylko przyjdzie czas burzliwy, zły, niebezpieczny, niech Chińczyki, bojąc się strasznie śmierci na morzu (bo ciało ich jużby w ojczyźnie być nie mogło), spostrzegą się że jest źle, że załoga — choćby tylko chwilowo — daremnie z rozhukanym walczy elementem, a bunt i rzeź białych niedalekie.[Chińczyk SPOUFALONY z białym, a fe!]
*
Życie turysty dla tej to jednak przyczyny tak bardzo nam, Polakom, smakuje, że tak znakomicie naszemu lenistwu dogadza. Niby to zajęci, więc przed własnem sumieniem pokryci, z lubością i konsekwencyą nie robimy nic.[och, wybitne jednostki nie potrzebują od razu do tego podróżować, radzą sobie z konsekwentnym robieniem niczego i w domowych pieleszach :D]
*
Chińczycy między sobą, dzięki nieubłaganie srogiemu prawodawstwu, są w rzeczach handlu nader uczciwi. Szwindel w pojęciu nowo -
europejskiem, ów wynalazek braci naszych semickiego pochodzenia, tutaj jest nader rzadkim objawem, bo go karzą śmiercią.[nie po raz pierwszy tęskno mi za tamtymi czasami. Dobrze by było i u nas karę śmierci za oszustwo i szwindel wprowadzić :P]
*
[Hong Kong] Po sali rozstawionych setki malutkich stoliczków, co dwa stoliczki stoi ciemno - niebiesko ubrany Chińczyk i z posągowym spokojem czeka, by kto przy jego stoliczku usiadł. Ledwoś siadł, już Chińczyk, raptem przemieniając się z posągu w najruchliwszego i najzgrabniejszego kelnera, podaje swój kwitaryusz; tam zapisuje się, co się chce jeść i pić, nazwisko i numer pokoju; Chińczyk to wszystko porywa, znika, i w mgnieniu oka zjawia się z całem śniadaniem, winem, piwem, chasse-café, deserem i t. d. Jedzenie tu już czystej krwi angielskie, wyborne. Gęby rozdziawiałaby ilość pieprzu, papryki, kajenny w każdej potrawie, gdyby te gęby nie były już zaprawione i przyzwyczajone do tych zacnych a siarczystych zapraw.[Po pierwsze: pierwszy raz widzę, żeby Polak chwalił angielską kuchnię. Po drugie: chilli w hongkongijskim jedzeniu? Buahaha! Zapraszamy do Yunnanu :D]
*
[statek do Kantonu] Na najniższem z tych piątr, same coolis chińskie; to wzbogacona czerń chińska, która jedzie do domu. Piętro to z innemi zupełnie komunikacyi nie ma.[bo by się, nie daj Boże, cywilizowany Europejczyk z żółtym plebsem mógł zetknąć...]
*
Jak na wszystkich innych punktach, tak i pod względem reform armii, Chiny nie rzuciły się tak gwałtownie w objęcia cywilizacyi europejskiej, jak Japonia, która zmieniwszy swój dawny kalendarz, strój, alfabet, zarzuca obecnie dawną formę rządu; za jednym zamachem chce się przeistoczyć w państwo, w monarchię parlamentarną. Chiny, Chińczycy, choć wierzą w swą wyższość, przekonali się jednak, że pod niektórymi względami Europa wyżej od nich stoi. W pierwszym rzędzie trzeba było urządzić a raczej stworzyć system celny na sposób europejski, oddać całą administracyę celną w ręce europejskie; na drugiem miejscu stoi armia. Ale tu o reformie całkowitej mowy niema, być nie może; zresztą oni nie tak potrzebują armii, jak ją mają karły europejskie, siedzące jeden na drugiego nagniotkach.[ciekawa koncepcja: oddać administrację celną i armię w ręce wroga dla własnego dobra :D]
*
[Kanton] nareszcie zaczynam drzemać, ukołysany ruchem lektyki, oszołomiony, ogłupiały tym widokiem sklepów, tłumu, szyldów, wystaw sklepowych, krzykiem przechodniów, naszych policyantów, tragarzy, przekupniów! Budzi mnie szczególniejszy smród: to handel delikatesów (Hawełka chiński), koło którego taki ścisk, że musieliśmy stanąć. Na szubieniczkach żelaznych wiszą istotnie smacznie wyglądające, w rycynusie smażone i pieczone głowy świńskie i cielęce, nóżki, móżdżki, ogonki, kopytka; a między tem wszystkiem na honorowem miejscu, aby dobrze go widać było, wisi za ogon głową na dół, jeszcze żywy, przebierający nóżkami, ogromny szczur! Obstupui! — nie chciałem bowiem w te opowiadania o przysmakach chińskich wierzyć. Teraz wierzę; tak ogromnego i tłustego szczura w mojem życiu nie widziałem. Był to szczur tuczony.[wszystko, co ma cztery nogi poza stołem i wszystko, co ma skrzydła poza samolotem...]
*
Na bramie wymalowane ogromne dwie figury: to jak zwykle na zbytek krwi cierpiący bożek wojny, z ceglasto - czerwoną facyatą, a obok bożek nauki i sztuki, identycznie do swego kolegi podobny, tylko z cerą mniej skłonność do apopleksyi zdradzającą; obaj groźni, straszni, w pozach wyprężanych, którychby ich autorom nawet Michał Anioł był pozazdrościł.[domniemana apopleksja boga wojny mnie zabiła :D]
*
Praktyczny zmysł Chińczyków każe im więcej uważać na rzecz, niż na formę; to też pałaców i wspaniałych auli uniwersyteckich nie znają, może rozumiejąc, że zbyt wspaniałe wschody, sale i aule, nadtoby kosztowały i miejsca drogiego zabierały, a przytem myśl uczących się do roztargnienia skłonną czyniły. A chcąc być mandarynem, trzeba całą myśl, całą uwagę módz skupić.[och, Chińczycy też znają przerost formy nad treścią :P]
*
Trudno jednak nie zanotować uwagi cisnącej się do głowy, jak społeczeństwo to — które my, białej rasy synowie, my Galicyanie, barbarzyńskiem nazywamy — jak ono wysoko i pod tym względem stoi, a zwłaszcza stało, zanim z jednej strony Mongołowie, a z  drugiej od nich pod względem etycznym i cywilizacyjnym może gorsi, bladzi kupcy zamorscy, nie przyszli niszczyć i demoralizować tej prastarej, dziś już przerafinowanej i nieco zwiędłej cywilizacyi. W Chinach niema człowieka, któryby nie umiał czytać i pisać, i to nie od lat 50 lub 100, ale od wielu wieków, od czasów, kiedy Europy, w dzisiejszem pojęciu słowa, znaku ani śladu nie było.[ech, nasłucha się głupot, nie zweryfikuje, a analfabetów i dziś w Chinach sporo...]

Na dziś tyle, ale  to jeszcze nie koniec Chin i nie koniec Sapiehy. Lektura mnie doprawdy urzekła i mam głęboką wewnętrzną potrzebę się z Wami podzielić :D

2015-05-19

Bullet in the Head 喋血街頭

Dziś kolejna kongkongijska strzelanka - Kula w łeb. Tym razem ładną buźkę pokazywał Simon Yam (on nawet teraz jest jeszcze niezłym ciachem),
a sam film to klasyk Johna Woo, tego od Better Tomorrow.
Po pierwsze: niby zwykła strzelanka, a prawdziwy dramat. Trochę miłości, trochę fałszywych przyjaciół, zemsta i tak dalej. Może trochę absurdalne, ale pierwsze skojarzenie dotyczyło westernów, więc dla mnie od dziś azjatyckie filmy z tej kategorii wabić się będą easternami.
Po drugie: znam parę amerykańskich filmów osadzonych w wojennym Wietnamie; ciekawie zobaczyć, jak inaczej widzieli ten Wietnam Chińczycy. Jeszcze ciekawiej byłoby zobaczyć na koniec wersję wietnamską, ale to będzie musiało poczekać.
Po trzecie: nie znam dokładnie historii Hong Kongu. Dlatego musiałam doczytać o lewicowych zamieszkach w 1967.
Po czwarte: wzruszyłam się. Wystarczająco często miałam wbity nóż w plecy (na szczęście tylko przenośnie), żeby współczuć jednemu z głównych bohaterów. I żeby z prawdziwą rozkoszą oglądać zemstę.
Po piąte: czy już wspominałam, że facet, który w imię Wielkiej Przyjaźni najpierw porzuca żonę w dniu ślubu, a potem, gdy wraca, idzie się dać zastrzelić, nie jest żadnym bohaterem, tylko tchórzem i egoistą? Ech...

2015-03-09

A better tomorrow 英雄本色

Uwielbiam hongkongijskie kino. Uwielbiam i już. Zwłaszcza to sprzed trzydziestu lat, kiedy ONI WSZYSCY byli jeszcze tacy piękni i młodzi. Znoszę w spokoju ducha naiwne historyjki i efekty (nie)specjalne, by śmiać się z całego serca ze zwariowanego poczucia humoru i by z rosnącym zdumieniem obserwować wspaniałe aktorstwo.
Ostatnio zrobiliśmy sobie z ZB maraton trzech części Byle do jutra. O części trzeciej mogę powiedzieć tylko, że bodaj jedyny punkt warty oglądania to śliczna buźka Tony'ego Leunga 梁家辉.
Pierwsza część natomiast jest świetna, a najjaśniejszą gwiazdą jest wcale nie Chow Yun-fat czy nawet Leslie Cheung, a grający wspaniale Ti Lung. Mimika tego gościa powaliła mnie na kolana i długo trzymała w tej niewygodnej pozycji. Druga część jak to sequel - nie trzyma aż tak w napięciu - chociaż były przebłyski.
Chcecie się wzruszyć i pośmiać? Polecam serdecznie. Tylko ci wrażliwi na duże ilości posoki powinni oglądać poza porami posiłków.
I jeszcze taka mała dygresja: czy Wam też się wydaje, że faceci, którzy zamiast towarzyszyć żonie przy okazji porodu, rzucają się samobójczo do pistoletowego pojedynku, są raczej egoistycznymi tchórzami niż bohaterami?...

2014-12-20

cukierki dzyń dzyń 丁丁糖

Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Chin, fascynowały mnie wszystkie dźwięki, zapachy i smaki. Wszystko tak obce, tak ciekawe! Później zauważyłam, że może nie wszystkie dźwięki, zapachy i smaki sprawiają mi taką samą przyjemność - zapach szaszłyczków jest mi milszy niż całodniowy olej po tofu i rybach, oryginalny smak tutejszych warzyw lepszy jest niż duża ilość chilli z niewielkim tych warzyw dodatkiem, a odgłos charkających z głębi trzewi dziadków mnie nie uśmiecha - w przeciwieństwie do dzwonienia domokrążców z koromysłami. Dużo czasu zajęło mi stwierdzenie, że nie wszyscy sprzedawcy dzwonią tak specyficznie - ding ding dong w septymie, czasem w nonie, z wysokim, przenikliwym ding i głuchym dong gdzieś na dole. Pojęcia nie miałam, o co chodzi; wiedziałam tylko, że dzwoniący sprzedawcy noszą na wyplatanych talerzach wielkie płaty czegoś białego. Dowiedziałam się też, czym dzwonią - takim dłutkiem i młoteczkiem, którym rozbijają wielkie białe płaty na małe kawałki. Razu pewnego nie wytrzymałam z ciekawości i kupiłam trochę tych małych białych cosiów.
I właśnie tak zakochałam się w cukierkach dzyń dzyń. Odtąd specyficzne dzwonienie sprawia, że się ślinię - zawsze tęsknię za tym smakiem. Na początku nie wiedziałam nawet, z czego cukierki są zrobione. Dziwaczne: twardawe, ale po wsadzeniu do ust miękną i kleją mordę. Lekki posmak sezamu i mordoklejenie to atrybuty cukierka idealnego... Najlepsze, że wcale o tym nie wiedząc, odkryłam przypadkiem nazwę tych cukierków, tutaj się bowiem na nie mówi "cukierki dingding", gdzie dingding to właśnie dzwoniąca onomatopeja. Zresztą - i w Hongkongu, z którego słodycz ten ponoć pochodzi, mówi się na nie deuk deuk tong 啄啄糖, gdzie deuk to znów onomatopeja - ale nie tylko. 啄 to bowiem rzeźbić, ciosać dłutem - czyli mamy i onomatopeję, i sposób dzielenia masy na cukierki w jednym. W mandaryńskim ta nazwa nie przetrwała, bo ten sam znak wymawia się "zhuo", a zhuozhuo po prostu nie brzmi jak rąbanie dłutkiem o cukierek...
Wróćmy do cukierków. Zrobione są one z maltozy z dodatkami. Te tradycyjne dodatki to sezam i imbir, ale współcześnie dodaje się i inne: kokos, czekoladę, banany... Do Kunmingu ta moda chyba nie dotarła, bo jeszcze nie trafiłam na niesezamowe.
Maltozę z dodatkami trzeba długo gotować na wolnym ogniu, a zanim zgęstnieje i zastygnie, wyłożyć na coś płaskiego i gładkiego. Następnie uformować dysk - i już! Jak tylko wystygnie, dłutko w dłoń i można podzielić masę na cukierki. Dawniej dźwięk dłutka był najważniejszym dźwiękiem w życiu każdego dziecka. W sklepach nie było słodyczy, a nawet jeśli były - to kto by wydawał pieniądze na jakieś zbytki? Jedynie dla taniutkich cukierków maltozowych rodzice robili wyjątek. Jeśli zaś nie robili - i tak można się było na nie załapać. Wystaczyło zaoszczędzić pieniądze przeznaczone na skorzystanie z publicznej toalety (30 lat temu w kunmińskim starym budownictwie nie było kanalizacji), pobiec z kilkufenową monetą do "pana Dzyń Dzyń" i kupić sobie trochę radości...

2014-11-22

miękkie tofu - kwiat fasolowy 豆花

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam świeżo zrobione, domowe tofu, byłam głęboko wewnętrznie przekonana, że to biały ser albo inna śmietana:
Z dzisiejszej perspektywy oczywiście nie popełniłabym takiej pomyłki, ale wtedy byłam jeszcze młoda, głupia i niedoświadczona kulinarnie :) Nie wiedziałam też, że to, co jest w wiadrach, jada się inaczej niż to, co jest na płótnie, że ma osobną nazwę i że jest przepyszne...
Kwiat fasolowy to dokładne tłumaczenie chińskiej nazwy - i oczywiście dla osoby nieznającej chińskiego to wielka zagadka: jakim cudem biała maziaja może być kwiatem?
Nie jest. Nie jest też "kwiatem tofu" 豆腐花 ani "mózgiem tofu" 豆腐腦, jeśli już przy nazwach jesteśmy. Choć jednak z kwiatami ma tak samo mało wspólnego, jak z mózgiem, wszystkie te nazwy są zarezerwowane dla jednego produktu: jest to po prostu mięciutkie tofu o konsystencji budyniu czy też galaretki i delikatnym smaku. Od zwykłego tofu różni się tak konsystencją jak i zastosowaniem - jest bowiem jedyną znaną mi wersją tofu, która jest jedzona na słodko, właśnie tak jak nasze budynie czy galaretki. Dawniej popularnym zagęstnikiem, używanym do produkcji naszego kwiatu tofu był gips, dziś oczywiście zazwyczaj zagęszcza się je chemicznie. Bojąc się tego, co Chińczycy mogą wsadzać do tofu, by je zagęścić, nie spożywam go zbyt często. Muszę jednak powiedzieć, że przekąski z kwiatem tofu plasują się dość wysoko na mojej prywatnej spożywczej liście przebojów.
Jest kilka legend o powstaniu kwiatu tofu. Zazwyczaj łączą się one z osobą Liu Ana - króla chińskiego i zarazem doradcy cesarza Wu Di. Poszukiwał on leku, który zapewniłby mu długowieczność a nawet nieśmiertelność. Ponoć kwiat tofu był produktem ubocznym w produkcji cynobrowych "tabletek nieśmiertelności". Druga legenda jest bardziej umoralniającą opowiastką o cnocie synowskiej - jak to mama Liu Ana, bezzębna staruszka, chciała pojeść tofu, ale zwykłego, twardego, nie mogła już pogryźć - i właśnie dla niej syn wynalazł miękkie tofu. Oczywiście dla żadnej z tych legend nie ma poparcia w fachowej literaturze; niektórzy przypuszczają, że kwiat tofu został wymyślony przez taoistycznych bądź buddyjskich mnichów, a nasz władca po prostu miał wystarczająco dużo władzy i pieniędzy, żeby je rozpropagować. W każdym razie w biblii chińskiej medycyny stoi, że to Liu An stoi za produkcją tofu, więc tak czy inaczej - zapewne musiał być z naszym kwiatem tofu związany.
Można je jeść na słono, słodko i ostro. Tradycyjnie podział ten jest związany z geografią: północ je na słono, moje okolice na ostro, a południowy wschód wraz z Tajwanem i Hongkongiem - na słodko. Oczywiście nie znaczy to, że nie można na przykład w Kunmingu dostać kwiatu tofu na słodko - można, jak najbardziej - i bardzo je lubię :)
Słodka wersja to najczęściej kwiat tofu z sosem z cukru trzcinowego, surowego bądź karmelizowanego, w lecie jedzony na zimno, a w zimie na ciepło. Oczywiście możliwe są inne dodatki - sok imbirowy, orzeszki ziemne, zielone bądź czerwone fasolki, tapioka, kandyzowane owoce itd. W ostatnich latach można też spotkać wersje czekoladowe czy sezamowe albo z dodatkiem świeżych owoców - nie próbowałam, ale sądzę, że mogą być pyszne. Wersja słodka rozprzestrzeniła się również w całej Azji Południowo-Wschodniej; każdy region ma swoje dodatki, czasem smaczniejsze od chińskich tysiąckrotnie. Powiem szczerze, jadłam niewiele rzeczy pyszniejszych od wietnamskiej wersji kwiatu tofu z mlekiem kokosowym...
Wersji słonych jest jeszcze więcej. Wśród dodatków znajdują się grzyby, cebulka zielona, rozmaite warzywa, imbir itd. z nieodłącznym dodatkiem sosu sojowego. Często dodatki te smaży się z przyprawami i dodaje do nich wcześniej ugotowany mięsny bulion i tak powstały sos dodaje do mózgu tofu - bo tak się na północy nasze tofu nazywa.
Tam, gdzie się lubi ostro przyprawiać, dodaje się chilli z oleju czy inne pasty chilli, wśród całej gamy innych przypraw - czosnek, kolendra, cebula, wszystko, co pachnie :) W Syczuanie kwiat tofu na ostro jest częstą "czapeczką" dla ryżu. U nas zaś, w Kunmingu - oczywiście pojawia się z misienami.
Jak widać - mamy na misienach kwiat tofu, cebulkę i pastę chilli. By spożyć tę tradycyjną kunmińską przekąskę, podeszliśmy do starej misieniarni niedaleko Szmaragdowozielonego Jeziora, która przeniosła się tam po zburzeniu dawnej kulinarnej ulicy kunmińskiej - ulicy Wojskowej (武成路). Choć stare miasto przestało istnieć dwadzieścia lat temu, do dziś istnieją knajpki, które się reklamują, że kontynuują tradycję z ulicy Wojskowej, z ulicy Świątyni Konfucjańskiej (文廟街), z ulicy Szybującego Feniksa (鳳翥街) itd. Skąd wiadomo, że faktycznie bazują na tej tradycji, a nie podstępnie wykorzystują dobre imię, nie dając nic w zamian? Cóż - całe szczęście mam przy boku dawnego mieszkańca ulicy Wojskowej, który ręczy słowem za oryginalność przekąsek :) Dlatego, jeśli chcecie spróbować tradycyjnych misienów z kwiatem tofu - zapraszam do tej knajpki, przeniesionej z ulicy Wojskowej :)
A dla Was wyszperałam przepis na domowe tofu; na własne potrzeby wystarczy je uczynić troszeczkę mniej zwartym, by było idealne do potraw z kwiatem tofu :)

2014-07-08

Sosna Arhatów 羅漢松

Podocarpus macrophyllus, po japońsku zwany również kusamaki/inumaki, to iglak. Nie jest jednak zwykłym iglakiem, a czymś wprost zachwycającym. Spójrzcie na te igły:
I wprawdzie z prawdziwą sosną nie ma za dużo wspólnego, sosna arhatów będzie moim drugim ukochanym drzewem - zaraz po sośnie yunnańskiej, oczywiście :)
Drzewo może osiągnąć nawet 20 metrów wysokości i jest ponoć wiecznie zielone. Występuje w południowych Chinach i na południu Japonii, a ja się z nim spotkałam po raz pierwszy w buddyjskich i taoistycznych ogrodach Chengdu, w dwóch podstawowych formach: zwykłej i zbonsaiowanej. Jego drewno doskonale sprawdza się jako budulec oraz materiał rzeźbiarski, kora jest lekarstwem, ale tak naprawdę najbardziej ceni się sosnę arhatów za jej symbolikę. Z dawien dawna była patronem i opiekuńczym duchem urzędników; miała zapewniać długowieczność i pomyślność - w tym finansową. W Kantonie istnieje zresztą powiedzenie: 家有羅漢松,世世不受窮 (jeśli w rodzinie jest sosna arhatów, nigdy nie zazna ona biedy). Ponoć to jest właśnie powodem, dla którego w Hongkongu i okolicach grasować zaczęli złodzieje tych sosen...

2014-04-27

Nie ma drugiego takiego kraju VII

Niedziela=czytanie. To pewnie dlatego, że w soboty i niedziele ZB jest całymi dniami w pracy. W sobotę robię zakupy, pyszne żarcie, piorę, prasuję, a jeśli mi się bardzo nudzi, to nawet czasem sprzątam. W soboty robiłam lampiony, w soboty nalewkuję, przestawiam sprzęty w mieszkaniu itd. Niedziela to ukochane seriale, filmy, książki i muzyka. I radio. Trójka i jazz, konkretnie. Czasem Dwójka. Książki różne, ale głównie te o Chinach, bo niestety zawsze mam za dużo książek kupionych, stoją i czekają na swoją kolej. Ech... Są też artykuły gazetowe. Niby codziennie mam czas czytać, ale tak na poważnie to czytam tylko w weekendy, na co dzień to tylko wiadomości. No więc niedziela to rozrywki yntelektualne. Jeszcze jakiś czas pomęczę Panią Pastorową, a potem pewnie będę się dzielić innymi inszościami. Dzisiaj będzie o geografii Chin.

TRZY WSPANIAŁE MIASTA

Pekin na północy.
Nankin pośrodku.
Kanton na południu.

Pekin jest największy.
Nankin jest najuczeńszy.
Kanton jest najbogatszy.

W Pekinie znajduje się pałac cesarski. Ogrody są niezmiernie wielkie, są w nich góry i jeziora, i zagajniki wewnątrz murów, a także domy dla krewnych cesarza.
W Nankinie znajduje się chińska wieża. Jest zrobiona z porcelanowych cegieł i składa się z dziewięciu pomieszczeń, jedno nad drugim. Jest wysoka na dwieście stóp, zdumiewająca wysokość. Do czego służy? Do niczego – albo do czegoś gorszego niż nic. To świątynia Buddy, pełna jego podobizn*.
W Kantonie jest tak dużo ludzi, że nie wystarcza dla nich miejsca na ziemi; dlatego tysiące żyją na wodzie, w łódkach. Wielu z nich nigdy nie przespało nocy na brzegu. Dzieci często wypadają za burtę, ale ponieważ mają do szyi przytroczone wydrążone tykwy, dryfują i są szybko wyławiane.
Bardzo długi czas Chińczycy nie pozwalali obcokrajowcom przybywać do ich miast. Wiele zagranicznych statków przypływało do Kantonu, by kupić herbatę i jedwab; ale kupcom zabroniono wchodzić do miasta, żyli więc na małej wysepce w pobliżu i na niej zbudowali miasto zwane Macao. Później chiński cesarz zgodził się, by obcy mogli wpływać do pięciu portów, które nazywają się: Shang-hae, Ning-po, Foo-choo, Amoy i Hong-Kong**. Ten ostatni port, Hong-Kong jest wyspą w pobliżu Kantonu, na której Anglicy wybudowali miasto i nazwali je Wiktoria.

DWIE RZEKI

Jedna nazywa się Yeang-te-sang albo „Syn Oceanu”***. Jest największa w Azji.
Druga to Rzeka Żółta, nazwana tak, gdyż miękka glina zmieszana z wodą nadaje jej żółtą barwę.

JEZIORA

Są tam ogromne jeziora, pokryte łodziami i rybakami. Ale najlepszymi rybakami są tresowane kormorany, które łapią ryby dla swych panów.

DWA WIELKIE CUDA

Wielki Kanał jest cudem. Łączy dwie rzeki, dzięki czemu Chińczycy mogą przebyć wodą drogę z Kantonu do Pekinu.
Wielki Mur jest większym cudem, ale nie aż tak użytecznym jak kanał. Mur został zbudowany na północy Chin, by zatrzymać Mandżurów. Jest długi na 1500 mil, wysoki na 20 stóp i szeroki na 25. Nie było jednak w Chinach wystarczająco dużo żołnierzy, by zatrzymać wrogów na zewnątrz i Mandżurowie przeszli przez mur.
Cesarz jest Mandżurem. Cesarzowa nie ma małych stóp, jak Chinki. To Mandżurowie zmusili Chińczyków do golenia głów, choć zwykli oni związywać włosy w węzeł na czubku głowy. Wielu Chińczyków wolało stracić głowę niż włosy. Czyż to nie okrutne ścinać im głowy tylko dlatego, że nie chcieli ich ogolić? Ale Mandżurowie byli bardzo okrutni wobec Chińczyków****.

Przez długą chwilę nie mogłam sobie z głowy wybić wizji dzieci z wydrążonymi tykwami przymocowanymi do szyi, dryfujących wokół Hongkongu... :D

* chodzi oczywiście o pagodę; choć pani Mortimer nie podaje nazwy „wieży”, mówi rzecz ważną – że została ona zrobiona z porcelany. Musi więc chodzić o sławną w owym czasie, dziś już nieistniejącą, Porcelanową Wieżę w Nankinie.
** kolejno: Szanghaj, Ningbo, Fuzhou, Xiamen i Hongkong.
*** mowa oczywiście o Jangcy, przy czym warto zauważyć, że tłumaczenie „Syn Oceanu”, przytoczone za Matteo Riccim, jest błędne – ach te chińskie homofony, z 揚子江 zrobiono 洋子江 ...
**** W oryginale mowa o „Tartarach”. Jest to pojęcie bardzo szerokie, ponieważ obejmuje swojskich Tatarów, Mongołów, mieszkańców zachodniego Turkiestanu i zachodniej Syberii, aż po Mandżurię. I wprawdzie Mur nie powstał po to, żeby bronić Chiny przed Mandżurami – a w każdym razie nie tylko po to i nie w tym czasie, w którym obrona przed Mandżurami była potrzebna, ale skoro w następnym zdaniu mamy, że cesarz jest Tartarem, pozwoliłam sobie przetłumaczyć nieszczęsnych Tartarów na Mandżurów.

2013-10-11

Gdyby Cię nie było 如果沒有你

Piosenka do nucenia podczas obserwacji baletu deszczu na szybie...

Hey 我真的好想你
Hej, naprawdę bardzo za Tobą tęsknię
現在窗外面又開始下著雨
Za oknem znów zaczęło padać
眼睛乾乾的
mam suche oczy
有想哭的心情
i płaczliwy nastrój
不知道你現在到底在哪裡
nie wiem, gdzie u licha teraz jesteś.

Hey 我真的好想你
Hej, naprawdę bardzo za Tobą tęsknię
太多的情緒 沒適當的表情
zbyt wielu nastrojów nie umiem odpowiednio wyrazić
最想說的話我(應)該從何說起
Od czego powinnam zacząć, mówiąc to, co pragnę powiedzieć?
你是否也像我一樣在想你
Czy tęsknisz tak samo jak ja?

如果沒有你 沒有過去
Gdyby Cię nie było, gdyby nie było tej całej historii
我不會有傷心
nie miałabym złamanego serca
但是有如果 還是要愛你
Ale jest to gdyby, a ja Cię będę kochać
如果沒有你 我在哪裡
Gdyby Cię nie było, gdzie bym się znalazła
又有甚麼可惜
i czego bym żałowała?
反正一切來不及
Zresztą i tak już za późno
反正沒有了自己
Zresztą i tak już straciłam siebie.

Piosenkarkę bardzo lubię. Karen Mok jest, jak przystało na irańsko-niemiecko-walijsko-chińskiego mieszańca, śliczna.
Mówi w tylu językach, że na samą myśl mam zawroty głowy, śpiewa po kantońsku, mandaryńsku, a ostatnio wydała nawet płytę z coverami anglojęzycznych standardów (jest tam nawet cover Beatlesów!). Jest również twarzą marki, z której sklepu wyszedł mój pierścionek zaręczynowy :) Jestem zakochana w bardzo, bardzo wielu piosenkach. Nie żeby była to jakaś wybitna piosenkarka. Po prostu - ona daje piosenkom klimat. Nawet jeśli znam czyściej zaśpiewane, to i tak słucham jej z przyjemnością :)

2012-09-17

Edukacja nacjonalistyczna 國民教育

Kilka ostatnich dni z zainteresowaniem śledziłam rozwój sytuacji jeśli chodzi o istnienie problemu edukacji nacjonalistycznej, która planowano wprowadzić w Hongkongu. Śledziłam przede wszystkim powolne acz nieubłagane kasowanie z chińskich stron artykułów wspierających hongkongijczyków i mówiących o partyjnym praniu mózgu. Obecnie po wpisaniu w gugla i baidu terminu podanego w tytule, otrzymuje się całkiem inne wyniki. w pierwszym wypadku większość linków dotyczy protestów przeciw praniu mózgu, jest link do chińskiej wikipedii no i są oczywiście artykuły o wolności i prawach obywatelskich. W drugim wypadku podawane są wyniki wyszukiwania bez wikipedii, ale za to z artykułami typu "dlaczego kongkongijczycy uważają, że jest to pranie mózgu i dlaczego nie mają racji".
Punkty, które zwróciły moją uwagę:
1) Chińskie Ministerstwo Edukacji jak pijany płotu trzyma się stwierdzenia, że materiały przez nich przygotowane są w pełni obiektywnym przedstawieniem dzisiejszego świata. Przykładowo Partia Komunistyczna została przedstawiona jako jednostka nieegoistyczna, postępowa i zintegrowana (zapewne ku chwale Narodu Chińskiego). Dla kontrastu opisano konflikt między amerykańskimi republikanami i demokratami. Jest on bezlitosny i powoduje cierpienie ludu.
2) To nie był plan wprowadzenia całkiem nowego przedmiotu, tylko zamiany dotychczas istniejącej Edukacji Moralnej i Obywatelskiej (德育及公民教育) na Edukację Moralną i Nacjonalistyczną (德育及國民教育). Jeden znak zmienia jednak cały sens i program realizowany w podstawówkach i liceach.
3) W hongkongijskim prawie nie używa się pojęcia "naród". Ludzie poddani prawu Hongkongu są opisywani albo jako mieszkańcy 居民, albo jako obywatele 公民, nigdy jako naród 国民. Wiąże się to nie tylko z faktem, iż mieszka tam na stałe i od pokoleń wielu obcokrajowców (bo tych "wielu obcokrajowców" to i tak zaledwie 5% populacji), ale i z tym, że już Zhou Enlai podważył przynależność do narodu chińskiego tzw. huaqiao 華僑, czyli ludzi pochodzenia chińskiego, którzy jednakowoż niekoniecznie się identyfikują z Chinami Ludowymi, mieszkali zazwyczaj jakiś czas za granicą i uważają się bardziej za spadkobierców wielkiej tradycji chińskiej niż chińskiej partii komunistycznej. Wtedy, kiedy Zhou Enlai tak stwierdził, w roku 1955, Hongkong wraz ze wszystkimi mieszkańcami nie należał do Chin, więc i ludność tam mieszkająca nie była traktowana jak "czyści" Chińczycy - i to bez względu na przynależność etniczną!
Skoro więc w Hongkongu nie ma idei "narodu" - zresztą Hongkong się tym od zawsze chlubił - jakim cudem mogłaby zostać wprowadzona edukacja narodowa/nacjonalistyczna? Którego narodu? Skoro duża część społeczeństwa to Chińczycy tylko etnicznie, a nie ideowo...

Oprócz tego ludzie tacy jak emerytowany biskup Hongkongu Joseph Zen Ze-kiun ostrzegają, że nacjonalizm nie jest niczym dobrym - pokazując jako przykład nazistów, Japończyków tuż przed wojną czy nawet wypaczonych złą edukacją nacjonalistyczną Chińczyków z czasów Rewolucji Kulturalnej. Podobne skojarzenia ma wielu uczonych i dyplomatów. Ja bym może nie szła aż tak daleko; tym niemniej przypominałoby to "historię", jakiej musieli się uczyć moi Rodzice w szkołach. Wszyscy wiedzieli, że podręczniki kłamią, wszyscy widzieli, jaki to dobrobyt przynieśli komuniści, wszyscy się tego uczyli w szkole, ale to, czy Twój mózg został wyprany czy nie, zależało jednak głównie od tego, jak ta propaganda była komentowana w domach...