Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanton 廣東. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanton 廣東. Pokaż wszystkie posty

2026-10-08

寒鸦戏水 Kawki bawią się w wodzie

Kawki bawią się w wodzie to słynny utwór na guzheng ze szkoły Chaozhou (Kanton). Pierwotnie na zespół tradycyjnych instrumentów ze smyczkami na czele, na guzheng został zaadaptowany przez słynnego wirtuoza guzheng Guo Yinga 郭鹰 w 1930 roku. Tu mała ciekawostka zahaczająca o Yunnan: w latach '30 XX wieku yunnański kompozytor Nie Er pomógł muzykom z Szanghajskiego Stowarzyszenia Chazhou w próbach i rekomendował ich do Szanghajskiej Wytwórni Płytowej Pathé. Pośrednio dzięki niemu w kraju i za granicą rozpropagowano muzykę chaozhou, w tym właśnie nasze Kawki...  
Na koniec małe sprostowanie językowe: w internecie często pojawiają się błędne tłumaczenia tytułu. 寒鸦 to kawka, jednak jeśli te dwa znaki przetłumaczyć osobno, otrzymamy "zimne kruki/wrony". Wśród angielskich tłumaczeń spotkałam się też z zimowymi krukami, zimowymi gęśmi, zimnymi gęśmi, a deepseek podrzuca z niewiadomych przyczyn morskie wróble. Ech, jeszcze wiele wody w Jangcy upłynie zanim jakikolwiek AI będzie cokolwiek poprawnie tłumaczyć... 
Tu wersja na guzheng:
   
I dla porównania awangardowa wersja na erhu z towarzyszeniem tradycyjnego zespołu kameralnego:
   
Muszę przyznać, że choć obie mi się podobają, wersja na erhu absolutnie mnie zawojowała i przysporzyła mi więcej radości. Po prostu widzę przed oczyma duszy mojej figlarne kawki wpadające niby niechcący do kałuży...

2026-09-06

平湖秋月 Jesienny księżyc nad spokojnym jeziorem

Jesienny Księżyc nad Spokojnym Jeziorem to pierwszy ze słynnych dziesięciu widoków Jeziora Zachodniego 西湖 w Hangzhou. Jako punkt widokowy jest znany już od czasów dynastii Song, choć początkowo nie było to jedno ustalone miejsce, a po prostu chodziło o wrażenie podczas wieczornego pływania łodzią po jeziorze jesienią, gdy podziwiano księżyc i wiatr. Innymi słowy: każde miejsce, z którego można było podziwiać księżyc nad jeziorem mogło być tak nazwane. Później wszakże zbudowano pawilon, z którego winno się oglądać księżyc, by widok dał radę sprostać oczekiwaniom.
Oczywiście ten słynny widok często bywał tematem wierszy i kaligrafii, a także rzeźb, drzeworytów, tkanin, haftów i innych dzieł ludzkich rąk. Dziś jednak nie o nich, a o muzyce - bo powstał i utwór, który ma nas przenieść wprost nad Zachodnie Jezioro w spokojną jesienną noc. Ponoć pod koniec lat '20 XX wieku kantoński muzyk Lü Wencheng przybył nad Jezioro Zachodnie w Święto Środka Jesieni i był pod tak ogromnym wrażeniem tego widoku, że skomponował całą suitę nim inspirowaną. W 1930 roku utwór został nagrany i wydany i natychmiast stał się hitem i reprezentatywnym dziełem tradycyjnej muzyki kantońskiej. Utwór jest tak znany i popularny, że powstało wiele wersji, w tym na fortepian. Ku mojemu najszczerszemu zachwytowi, w sieci można znaleźć nagranie utworu w wykonaniu samego kompozytora! 
Wersja na guzheng:
   
Wersja na fortepian:
   
Wersja na gaohu (sopranowe erhu) z akompaniamentem kantońskiego tradycyjnego zespołu w wykonaniu samego kompozytora, Lü Wenchenga:
 

2026-06-02

Listy miłosne do babci 给阿嬷的情书

Miałam pisać o czymś kompletnie innym, jednak w sobotę podczas spotkania z koleżanką usłyszałam o pewnym filmie, a ponieważ do gustu koleżanki mam pewne zaufanie, w niedzielę wybrałam się do kina na film wspomniany w tytule. Oglądałam go w oryginalnej wersji językowej, czyli w teochew, dialekcie języka minnańskiego - w języku, którego nie znam. Było to bardzo potrzebne. W ogóle wolę filmy w oryginalnych językach z napisami niż z dubbingiem; spodziewam się, że gdybym go oglądała po mandaryńsku, wywarłby na mnie mniejsze wrażenie, ponieważ widać byłoby, że postacie co innego mówią, a co innego słychać. Połowa albo i większość ładunku emocjonalnego przepadłaby na zawsze. Nie będę Wam tego filmu streszczać; angielska wiki zrobiła to dość dobrze. Warto jednak oprócz stronki o filmie poczytać jeszcze o przymusowej taifikacji Chińczyków w Tajlandii, o listach z gotówką zwanych qiaopi, o mieście Shantou... To na pewno pomoże Wam zrozumieć tło filmu. 
Parę słów o reżyserze. Nazywa się Lan Hongchun i jest to jego trzeci film w języku teochew; wszystkie opowiadają przede wszystkim o relacjach rodzinnych, ale również o tle kulturowym, nieco odmiennym od sytuacji w reszcie Chin. Co ciekawe, inspiracją do opowiedzenia akurat tej historii był jego własny film dokumentalny dotyczący kuchni regionu, a zahaczający o doświadczenia Chińczyków mieszkających poza ojczyzną. Pewnie z rzeczywistej znajomości tematu wzięła się ta cudna dbałość o szczegóły - zobaczyć możecie na przykład stroje z epoki albo sposób depilacji, dziś już rzadko spotykany. Jednak jeszcze ważniejszy jest autentyzm wynikający z tego, że zdecydowana większość obsady to naturszczyki! Nie mówimy o dwóch czy trzech osobach, a o WIĘKSZOŚCI obsady! Główną rolę kobiecą odtwarza Li Sitong, absolwentka inżynierii finansowej... Kurczę, albo są genialni, albo reżyser naprawdę potrafi kręcić filmy. Albo jedno i drugie - bo według mnie w ogóle nie dawało się odczuć, że to nie byli zawodowi aktorzy. 
Film zaczął powstawać już trzy lata temu, jednak z powodu przekroczenia bardzo skromnego budżetu filmowany był długo, a że do niektórych miejsc nie udało się pojechać całej ekipie po raz wtóry, w ostatecznej wersji filmu pojawiły się też fragmenty nagrywane komórką, które pierwotnie miały tylko służyć za szkic. Całe szczęście Stowarzyszenie Teochew w Tajlandii wsparło projekt, i to nie tylko finansowo! W filmie pojawili się też prawdziwi chińscy seniorzy diaspory Teochew z Tajlandii w małych rólkach. Warto dodać, że w ciągu pierwszego miesiąca na ekranach film zarobił niebotyczne kwoty. Jak dotąd każda zainwestowana złotówka przyniosła ponad trzydziestokrotny zysk. 
Dlaczego? 
Nie jestem krytykiem filmowym; trudno mi mówić za innych. Za siebie jednak powiem: to film o niezwykłym ciężarze emocjonalnym, a jednocześnie niepozbawiony elementów humorystycznych. Jest w nim bolesna więcz szczerość i "zwykłość", która sprawiła, że od mniej więcej połowy z trudem powstrzymywałam szloch. To nie jest historia jakich wiele, a jednak opowiada o emocjach i wyborach tak ludzkich, tak zrozumiałych i tak trudnych, że chyba każdy jest w stanie się w nią wczuć. Przy okazji jest też to cudowny hołd złożony społeczności i więziom międzyludzkim. 
Film został pokazany w Cannes pod angielskim bezsensownym tytułem Dear You. Jeśli będziecie mieć okazję - serdecznie polecam.

2026-05-07

Kanton 廣州

Kolejne wyjątki z Frencha: 
The piles of houses, the swarming river, and docks, instantly gave me a sense of tremendous and baffling energy. Canton was at once, and always will be, too stupendous and too indefinite to be sheathed in words. 
* 
The southern Chinese liked to say that "everything new originates in Canton." That was perhaps not as true in 1924 as it had been previously. Shanghai had emerged to eclipse Canton as the China coast's major trading center and entrepôt port. Still, it was a bustling commercial town, a population of two million in the city and many millions more in the surrounding hinterland. Though it had teeming slums and working-class districts that merged housing with light industry and craftsmen, Canton was in some districts a very wealthy city, by far the wealthiest in southern China. This was thanks in part to the fact that Canton and the surrounding Kwangtung Province was still, as it had for a long time, providing the bulk of immigrants to the Americas (North and South) and throughout Southeast Asia. These migrants sent back ideas and inventions as well as remittance money. They built villas and mansions, and their families opened businesses on the funds remitted. Sun Yat-sen had hatched revolutionary plots and spread modern ideas of republicanism from Canton, and of course, it had become home to his Southern Government after 1911 in opposition to the Northern Government in Peking that was beset by warlord infighting and would-be emperors. By 1925, Canton was well advanced by Chinese urban standards. It had begun to pave its streets, had built an electric tramway system, opened the massive North Railway Station, and eagerly adopted the motorcar, the airplane, and the department store. [...] The city was a center for medicine and modern hospitals and had several highly regarded universities. 
Mieliśmy szczęście mieszkać w dzielnicy Liwan czyli w Zatoce Liczi. To dzielnica świetnie pokazująca architekturę Kantonu doby Republiki. Szczególną uwagę warto zwrócić na historyczne budynki promenady Górnej-i-Dolnej-Dziewiątki Shangxiajiu 上下九 i okolic z ich cudnymi Tong lau 唐樓 czyli budynkami w stylu chińskim.
oczywiście na każdym rogu ziółka sprzedawane pod nazwą "chłodzącej herbaty", wg mnie absolutnie nieakceptowalne smakowo, ale - jak widać - w regionie bardzo popularne
tradycyjne kantońskie zabezpieczenie przeciwwłamaniowe: drzwi były dawniej całą noc otwarte, żeby złapać trochę chłodnej bryzy; wejście było zastawione grubaśnymi drewnianymi prętami
uliczki tak wąskie, że skuter musi nawracać na trzy razy
Zakochałam się w Kantonie. Świetne żarcie, cudny vibe, mili ludzie. Już miałam namawiać ZB na przeprowadzkę, gdy wtem... stanęliśmy w korku i utknęliśmy w nim na dwie godziny. Innymi słowy: nie, jednak nie chciałabym mieszkać w naprawdę dużym mieście. Kanton to obecnie metropolia prawie dwudziestomilionowa, a jeśli liczyć z Deltą Rzeki Perłowej (z którą jest znakomicie skomunikowany), jest jeszcze gorzej. I ci wszyscy ludzie cały czas są w ruchu. Brrr. U nich na co dzień jest tak, jak w Kunmingu z okazji Chińskiego Nowego Roku. Wolę nie myśleć, jak jest u nich z okazji Nowego Roku... 
Tak sobie myślę: niezwykły zaiste przypadek sprawił, że najpierw usłyszałam mandaryński i to w jego miękkiej, tajwańskiej formie. A co gdybym najpierw usłyszała kantoński? Czy wybrałabym Kanton do studiowania tego cudnego języka? Czy teraz pisałabym o tych wąskich brukowanych uliczkach, piosenkach Andy'ego Lau i owocach morza na milion sposobów? Czy pijałabym chłodzące herbatki? Czy nadal nie potrafiłabym sprostać żadnemu daniu z chilli? No i najważniejsze: jak potoczyłoby się moje życie, gdybym nie poznała ZB? Czy w kantojęzycznym świecie istniałaby możliwość spotkania kogoś równie dobrze do mnie pasującego? 
Tak, wiem, gdybanie do niczego nie prowadzi. A jednak lubię sobie przypomnieć, że choć wiele zawdzięczam własnej pracowitości i własnemu pomyślunkowi, to jednak przypadek otworzył przede mną wiele ścieżek, a ja całe szczęście wykazałam się wystarczającą odwagą i spostrzegawczością, by je zauważyć i wybrać. 
Ale do Kantonu na pewno będę wracać. Jeszcze tyle tam do odkrycia!

2026-05-05

nadziewana przepękla 肉釀苦瓜

Tę potrawę wyjątkowo rzadko jem, jednak na upalne lato i drapiące gardło jest jak znalazł. A że dziś właśnie Początek Lata, warto znać ten przepis.

Składniki: 
  • przepękla pokrojona w grube, ukośne plastry i wydrążona - tak, by zostały pierścienie 
  • mielone mięso doprawione solą, pieprzem, imbirem, sosem sojowym, sosem ostrygowym i mąką ziemniaczaną (dla poprawy konsystencji) 
  • dodatki do mięsa: grzyby, krewetki etc. (można pominąć) 
  • sos: niedbale pokrojony czosnek, czarne sfermentowane fasolki douchi, szklanka wody, sos sojowy, sos ostrygowy, kapka alkoholu, odrobina cukru 
  • mąka ziemniaczana 
Wykonanie: 
  1. Pierścienie przepękli obgotować przez minutę w osolonym wrzątku, by pozbawić je części goryczki. Odcedzić i ostudzić. 
  2. Wnętrze przepękli posmarować mąką ziemniaczaną, a następnie nadziać mięsnym farszem i oprószyć z wierzchu mąką ziemniaczaną. 
  3. Obsmażyć na niedużym ogniu z obu stron na złoto, odsączyć z tłuszczu i odstawić na talerz. 
  4. Obsmażyć czosnek i douchi aż zapachną, dodać szklankę wody, alkohol, sos sojowy i ostrygowy i cukier. 
  5. Gdy sos się zagotuje, dodać obsmażoną przepęklę i dusić na dużym ogniu pod przykryciem 3 minuty, a potem bez przykrycia aż do zredukowania sosu. 
  6. Gdy sosu zostało już niewiele, można go zagęścić dodając łyżeczkę mąki ziemniaczanej wcześniej wymieszanej z paroma łyżkami wody.
Tutaj możecie zerknąć, jak to danie przygotowuje Kantończyk.
Przy okazji warto sobie przypomnieć, że po kunmińsku takie nadziewane warzywa nazywają się "rang".

2026-04-23

Shamian 沙面

Zupełnym przypadkiem tuż po skończeniu lektury opisującej chińskie przygody Wallis Simpson mieliśmy okazję wybrać się do Kantonu, a ZB, zdający sobie sprawę z moich inklinacji, zarezerwował dla nas hotel naprzeciwko Piaszczystej Powierzchni 沙面. 

Shamian, dawniej po angielsku romanizowana Shameen zgodnie z kantońską wymową znaków, była kiedyś położoną nad Rzeką Perłową piaszczystą łachą wielkości 30 hektarów. W latach 1859-1943 była podzielona na dwie koncesje: francuską i brytyjską, a dziś pozostaje pamiątką po kolonialnej przeszłości Kantonu. Kolonialnej zabudowy nie wyburzono; wyspa składa się więc głównie z historycznej zabudowy i alej ocienionych starymi drzewami. Obecnie znajdują się tu przede wszystkim hotele, restauracje, kawiarnie i sklepy z pamiątkami, wśród których dumnie prezentuje się... polski konsulat. Jest to zapewne najpiękniej położony polski konsulat na świecie. 

W czasach przedkolonialnych była ważnym portem handlu międzynarodowego; już wówczas mieszkali i prowadzili tu biznesy liczni obcokrajowcy. Wtedy była jeszcze półwyspem; dopiero Francuzi na spółkę z Anglikami wykopali kanał, który zmienił ją w wyspę będącą strategicznym punktem w trakcie wojen opiumowych, a także bezpiecznym schronieniem dla obcokrajowców w niespokojnych latach końca cesarstwa i Republiki. Mosty prowadzące na wyspę zawsze były świetnie strzeżone, a także zamykane na noc; w wyjątkowo niebezpiecznych czasach (jak właśnie w trakcie pobytu Wallis) nikt nie mógł bez oficjalnych rozkazów ani pójść do miasta, ani wejść na wyspę. Oto, co pisze o wyspie French, posiłkując się naocznymi relacjami ówczesnych podróżników: 

When the early foreign China traders returned to Canton after the First Opium War (1839-1842), they found their factories and residences burned down. Under the unequal postwar Treaty of Nanking (Nanjing) between the defeated Qing dynasty and Great Britain, Shameen was forcibly ceded as a place of foreign residence, a so-called treaty port. In reality, it was little more than a sandy mud flat separated from the western suburbs of Canton by a narrow canal. Indeed, Shameen literally means "sandy surface." Occupied by the foreign traders and new consulates, Shameen soon developed. Wooden piles were driven into the river and filled with sand. On these foundations was constructed an embankment of solid granite, which eventually developed into the island's recreation ground with a few streets laid out surrounding it. Tiny Shameen became Canton's only defendable foreign enclave. If times were calm, it was quite a pleasant location of tree-lined shady streets. But when riots and strikes in Canton confined foreigners to the island, it could feel claustrophobic. One-third of the island was controlled by the French and two-thirds by the British. The concessions were really only two main thoroughfares with a half dozen narrower cross streets. There were two pedestrian bridges to the mainland - the English Bridge, and the French Bridge - as well as some open land for a soccer field, which ran down to a sampan landing stage, several tennis courts, and a public recreation park with spreading trees for shade and benches between bright flowerbeds. Shameen's streets were planted with banyan trees to provide shade for the island's residents as they made their way from the small consulates to the customs house, a couple of banks, a police station, and a post office. A number of decent-size merchant residences had been built, often in the Italianate style, with deep, shady verandas. There were some lodging houses for the mostly single foreign men who worked for the local hongs [...]. 

Shameen was car-free and the preserve of pedestrians, rickshaws, bicycles, and the occasional donkey-drawn cart. There had been tense times. In September 1883, a demonstration against a European customs officer suspected of killing a local Chinese man had descended into a full-blown anti-foreign riot. The few foreign troops guarding Shameen proved inadequate against the crowd, who began burning foreign residences. In a few hours, the rioters destroyed one-third of Shameen's private houses. Since then, the foreign powers had beefed up their military presence with regular naval visits as well as a police force made up of British coppers, French flics, and Sikh constables recruited from India. By 1924, at least in shape and form, Shameen hadn't really changed since the Reverend B.C. Henry of the American Presbyterian Church mission in China had visited around 1886 and seen the newly rebuilt structures on the island after the troubles of a few years before: 

Formerly a mere sandbank in the stream, it has been surrounded by a strong wall, and elevated above the reach of the highest tides, and shut off from the native town by a canal spanned by two bridges. Elliptical in shape, and evergreen in its grass and foliage, it presents a perfect ideal of retirement and comfort. Park Avenue runs through the centre from east to west, shaded by rows of noble banyans. The bund [raised waterfront] on the riverside is the favourite promenade, being open to the south, whence it receives the full benefit of the refreshing south-east monsoon through the summer. The consulates, each with its ensign floating, the church with its bell and spire, the merchant houses, spacious, comfortable, and richly furnished, the flower-gardens, tennis-lawns, and shady walks combine their varied interests and charms.

Shameen appeared a natural haven in the midst of this cacophonous, dynamic metropolis [Canton]. Hervey had visited in 1924 during a period when the situation was somewhat calmer. 
From the wharf ... I was rickshawed violently over the bridge and upon Shameen, an island southeast of the old and new cities, where the Europeans live. There I found myself in another world, a pleasant if somewhat conventional sphere of brick houses, sidewalks, and lush camphor-trees and banyans that cast a green dusk. The quiet of Shameen, after the confusion of the riverfront, gave me an opportunity to recover my equilibrium, and by the time I reached the hotel I was in the mood for exploration. 
Just a few weeks later, Wallis arrived by the same route and checked into the same hotel - the island's only one - as Hervey, the Victoria.
mapa Shamian
Nieprawdopodobnie się cieszę, że miałam okazję tam pojechać i nacieszyć się tym miejscem tuż po poznaniu go w lekturze. Tak właśnie powinno się podróżować!