Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hunan 湖南. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hunan 湖南. Pokaż wszystkie posty

2025-08-29

Próbowanie Nowego 尝新节

Próbowanie Nowego 尝新节 zwane również Świętem Jedzenia Nowego 吃新节 jest zwyczajem znanym między innymi w Hunanie, Guizhou, Guangxi i Yunnanie, czyli wszędzie tam, gdzie znajdziemy grupy etniczne Gelao, Miao, Buyi, Bai, Zhuang, Dong, Pumi i wiele innych, bo to właśnie ich tradycyjne święto. Dziś Hanowie (zwłaszcza młodzi i stanu wolnego) obchodzą święto Podwójnej Siódemki czyli "chińskie walentynki",ale w wiejskich obszarach zamieszkanych przez inne grupy etniczne ważne jest to, że właśnie zaczynają się żniwa i nowe zboże trafia na rynek. Trzeba przy tym zauważyć, że choć oficjalna data święta to Podwójna Siódemka, jednak oczywiście w rzeczywistości święto odbyć się może po prostu wtedy, gdy zboża zaczynają dojrzewać - czyli każdego roku i w każdej wiosce może być inaczej - terminy mogą być tak wczesne jak szósty i tak późne jak ósmy miesiąc księżycowy! Również wielkość imprezy może być różna - albo cała wioska obchodzi święto razem, albo obchodzą je osobno pojedyncze rodziny (tak jest np. u Zhuangów). 
Bezpośrednio przed świętem panie domu, wystrojone i zbrojne w słomiane kapelusze (albo z głowami obwiązanymi chustami) i bambusowe kosze wybierają się na pola by zebrać i wymłócić kłosy dojrzałego już ryżu względnie zebrać dojrzałe kolby kukurydzy (jak jest np. u ludu Yao). Całe wioski rozbrzmiewają wówczas perkusją młócki okraszoną pięknymi pieśniami pracy. 
W świąteczny poranek gotują nowy ryż na parze i takim poczęstunkiem wabią na pola starszyznę i dzieciaki, by wspólnie złożyć ofiarę przodkom tudzież odpowiednim bóstwom i zapalić dla nich trociczki lub świeczki (tak jest np. u Lahu). Oczywiście, znane są i inne wariacje, np. uprażony ryż ubity na mączkę z imbirem bądź innymi dodatkami jak w grupie etnicznej Jingpo albo gotowana kukurydza jak u Yao. Później całą rodziną jedzą posiłek dziękczynny - w zależności od regionu i zasobności mogą być to posiłki skromne, w niektórych istnieje ściśle określona ilość potraw (np. bajskie osiem wielkich misek 八大碗, w skład których wchodzą takie delicje jak smażony ser "mleczny wachlarz", kurczak duszony z pigwowcem czy piskorzowa zupa rybna z tofu), ale może się okazać, że trzeba zarżnąć koguta, kozę i świniaka! 
W niektórych regionach praktykuje się podawanie posiłku najpierw psom, a dopiero później ludziom (tu widzimy przenikanie się zwyczajów różnych grup etnicznych - pamiętacie może legendę Pumi o tym, jak to pies zdobył dla ludzi zboże? Oczywiście Pumi również obchodzą to święto, a poza tym wiele innych grup etnicznych również opowiada legendę tego rodzaju z psem w roli głównej). 
Tego dnia nikt nie pracuje, całe wioski się rozmaicie bawią - puszczają fajerwerki, urządzają ceremonię "sprzątania wioski" 扫寨 oraz rozmaite występy artystyczne od operowych po śpiewanie zwykłych piosenek ludowych czy pokazy sztuk walki. Wioskowa starszyzna bądź szaman (w regionach, w których ten zawód przetrwał) wraz z dzieciarnią idą pozbierać jeszcze trochę zbóż, owoców i warzyw i przywiązać je do najstarszego drzewa w wiosce. Później zaś przywiązują do bambusowej tyczki zdobnej czerwonymi papryczkami i zielonymi pędami czosnku czerpak z mięsem kurzym i wieprzowym oraz wódeczką, a następnie wbija tę tyczkę w ziemię uprawną, by pożegnać przodków. Lud Gelao włączył w świąteczne obchody również tradycję darowania życia. Zresztą - łatwo sobie wyobrazić, że skoro Próbowanie Nowego istnieje w wielu regionach i u rozmaitych grup etnicznych, obchody są bardzo zróżnicowane. Niezmienne pozostaje jedno: wdzięczność dla bóstw, przodków czy po prostu natury za to, że w swej łaskawości znów pozwoli nam się wyżywić pracą własnych rąk.

2016-01-04

黃永玉 Huang Yongyu Żółty Wieczny Nefryt

Huang Yongyu to urodzony w 1924 w Powiecie Feniksa (Hunan) reprezentant mniejszości etnicznej Tujia, uznany chiński malarz. Zresztą - mówiąc szczerze - urodziwszy się w tak cudnych okolicznościach przyrody aż ciężko nie zostać malarzem, jeśli tylko ma się po temu zdolności...
A Wieczny Nefryt po temu zdolności ma. Trudnił się rozmaitymi dziedzinami, od drzeworytnictwa, architektury i rzeźbiarstwa począwszy, na projektowaniu znaczków pocztowych kończąc. Najsławniejsze jest jednak jego malarstwo tuszem, obficie czerpiące nie tylko z chińskiej i europejskiej tradycji, ale i z... karykatur. Co ciekawe, gdy zaopatruje kaligrafie w słowa, często nie są to subtelne poematy, tak często połączone z kaligrafią, a zwykłe powiedzonka, słowa czasem bardzo przyziemne, doskonale współgrające z bardzo czasem przyziemnymi obrazkami.

Jego co bardziej tradycyjne kaligrafie bywają ładne. Nie zabrakło też akcentu yunnańskiego - na pewno rozpoznaliście na jednym z obrazów Ashimę, naszą yijską piękność. Jednak najbardziej urzekły mnie obrazki satyryczne - kot wiozący w wózku myszy z podpisem: "nie zastanawiasz się, dlaczego jestem dla Ciebie taki dobry?" po prostu mnie uwiódł. Tak i obraz, pokazujący trzech przyjaciół przy dobrej herbacie - nie są oni dystyngowani i subtelni, a raczej rozwydrzeni nieco... Albo Bóg Pieniędzy, porównany do skaczącej żaby - wspaniałe podsumowanie materializmu :D
Ta właśnie przewrotność, poczucie humoru i intrygująca dosadność malarza sprawiły, że tak mi się spodobał. A Wam?

2015-11-06

Czerwony imbir 紅姜

ZB dostał paczkę. Nie zdziwiło mnie to specjalnie - często dostaje paczki, zazwyczaj wyładowane czekoladą, zazwyczaj od mojej Mamy. Ta paczka jednak była inna. Adres był wypisany ręcznie i cokolwiek błędnie - dobrze, że w ogóle doszła. W środku były dwa opakowania czerwonego imbiru, prosto z Hunanu. 
Jest to młody imbir, zamarynowany z dodatkiem czerwonego cukru; słodki i ostry jednocześnie. Odrywa się z niego pasemka i zajada zamiast słonecznika. Idealnie rozgrzewająca przekąska na zimę!
Tyle, że nadal nie wiedzieliśmy, kto nam to przysłał. 
Zagadka rozwiązała się pół godziny później, kiedy to do drzwi zapukała świekra i od progu pyta czy odebraliśmy już paczkę. Dobrze, że żeśmy odebrali, bo to dla niej :) 
Zastrzygłam uszami i czekam na opowieść.
Pewnego poranka poszłam do pobliskiej knajpki na misieny. Naprzeciw mnie usiadło młode dziewczę i, jedząc, odebrało telefon. Może bym nie zwróciła uwagi, ale usłyszałam, że mówi w hunańskim dialekcie. Wiesz przecież, że pracowałam w Hunanie ładnych parę lat, zanim udało mi się dostać przydział w Kunmingu. Gdy ktoś z drugiej strony zapytał, co ona robi, odparła, że właśnie "qia mian", "qia" a nie "chi", a poza tym nazwała misieny makaronem, od razu widać, że przyjezdna. Gdy skończyła rozmawiać przez telefon, zapytałam ją, czy aby nie jest z Hunanu. Była szalenie zaskoczona, że ktoś w Kunmingu rozpoznał jej dialekt. I tak od słowa do słowa ja jej opowiedziałam, jak to mieszkałam w Hunanie, ona mi o tym, że w związku z pracą jest w rozjazdach między Hunanem a Kunmingiem... Bardzo miło nam się rozmawiało. Gdy miała już iść, zapytała: "Ciociu, a może jest coś z Hunanu, za czym tęsknisz w Kunmingu?". Za nic nie chciałabym jej robić kłopotu, ale ona powiedziała, że tak jej się miło zrobiło, gdy mogła chwilę porozmawiać o rodzinnych stronach, że chciałaby się jakoś odwdzięczyć. No i faktycznie, jest jedna rzecz, za którą tęsknię, więc ją zapytałam, czy w jej stronach nadal produkuje się hong jiang, czerwony imbir. "Heng jiang! Oczywiście, że jest wszędzie do dostania. Woli Ciocia w kawałkach czy w paseczkach?". Ubawiłam się setnie, powiedziała "heng" zamiast "hong", a kawałki zamiast yi tuo yi tuo (一坨一坨) wymawiała yi duo yi duo... Taka była serdeczna, że w końcu podałam Jej Wasz adres, bo my przecież nie mamy skrzynki na listy, a ona powiedziała, że jak wróci do Hunanu, to przyśle. No i właśnie dziś zadzwoniła, że ponoć paczka już dotarła. Chciałam jej oddać za ten imbir pieniądze, ale Mała Wang się strasznie obruszyła, że to przecież drobiazg i że z najwyższą przyjemnością przypomni mi smak Hunanu. 
Świekra otworzyła paczuszkę i, w trakcie opowiadania, skubała czerwony imbir. Nie miałam serca Jej powiedzieć, że na Taobao, chińskim odpowiedniku Allegro, można bez problemu dostać czerwony imbir. Po co psuć tę radość? Nikt tak jak świekra nie potrafi się zaprzyjaźniać z zupełnie losowymi ludźmi w zupełnie zwykłych sytuacjach. Czasami mam wrażenie, że jest po prostu dobrą wróżką...
A swoją drogą, imbir pyszny :)

2014-12-08

praca

ZB poszedł do pracy. On, który ostatnie 5-6 lat przeżył wolny jak ptak, nauczając w weekendy saksofonowy narybek, a bimblując całą resztę tygodnia - nagle musiał wejść w rolę pracownika biurowego, spędzającego dziennie w pracy AŻ trzy godzinny dziennie. Okropne, prawda? TRZY godziny!!! Jak żyć, panie premierze?...
Skargi ZB, jaki to jest zmęczony i jaka ta praca OKROPNIE ciężka, przyjmuję ze zrozumieniem. Też jestem leniwa. Też nie lubię odsiadywania godzin pracy, jeśli niespecjalnie mam w niej co robić. W ogóle, życie byłoby lepsze, gdyby składało się ze spania, pichcenia, zabawy, muzyki i czytania. Dlatego gdy ZB narzeka, kiwam głową ze zrozumieniem, głaszczę czule i mówię, że już niedługo emerytura. Może i z tym "niedługo" trochę przesadzam, ale przecież muszę go jakoś pocieszyć, prawda?
Zdecydowanie mniejszym zrozumieniem wykazali się świekrowie. Razu pewnego przyjechał na kolację tato Najlepszego Z Mężów i palnął umoralniającą mówkę.

Żeby pójść na studia, musiałem wyrzec się ojca. On umierał w komunistycznym więzieniu, a ja, żeby w ogóle rozważyli moją kandydaturę na studiach, musiałem go potępić i nie szukać nigdy kontaktu. Matka nie żyła, a ja miałem na głowie trójkę młodszego rodzeństwa. MUSIAŁEM skończyć studia i kornie pochylić głowę przed władzami. Musiałem zapewnić byt rodzinie. Przecież cały rodzinny majątek został rozkradziony przez dalekich krewnych i bandy komuchów.
Na studiach utrzymywałem się za stypendium - przecież nie było nikogo, kto chciałby na mnie łożyć. Stypendium wystarczało na jedzenie, akademik był darmowy, a raz do roku dostawaliśmy bony na buty i spodnie. Wprawdzie buty były tekturowe, a spodnie z najpodlejszego materiału, ale można się było przynajmniej raz do roku zaopatrzyć w garderobę. Jedyną moją troską było utrzymanie stypendium - bez niego bym sobie nie poradził.
Gdy skończyłem studia, partia wysłała mnie do pracy do Shandongu*. Wiodło mi się nieźle, nabywałem doświadczenia w budowie hut, moje projekty cieszyły się dobrą opinią. Raz do roku wracałem do Kunmingu zobaczyć się z młodszym rodzeństwem; wracało się ładnych parę dni pociągiem; zaoszczędzone pieniądze na utrzymanie dzieciaków zaszywałem w majtkach, żeby mi ich nikt w czasie podróży nie ukradł. Podczas któregoś powrotu zostałem wyswatany z Twoją Mamą, niedługo potem wzięliśmy ślub i... okazało się, że nie ma możliwości przeniesienia Mamy do mnie, do Shandongu - musi zostać w Hunanie. Pojawiłeś się Ty - Twojej Mamie było bardzo ciężko samej. Nie przyszła góra do Mahometa, poszedł Mahomet do góry - poprosiłem o przeniesienie. Dostałem wyśmienite referencje i tuż po przyjeździe zgłosiłem się do zarządu, prosząc o przydzielenie mi jakiejś inżynierskiej roboty.
Szef zarządu, Hunańczyk z krwi i kości, z traktowania ludzi podobny do Starego Mao**, spojrzał na mnie z góry, powiedział coś w dialekcie. Nie zrozumiałem, więc powtórzył swoją wersją mandaryńskiego: przyjechał wielki pan inżynier, co? Powinien poznać pracę harującego w pocie czoła ludu. Będzie nosił cegły do budowy pieców hutniczych. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. W ręku trzymałem wyśmienite referencje od poprzednich przełożonych, uwielbiałem swoją pracę i nigdy bym jej nie porzucił, gdyby nie żona pół kraju dalej, z małym dzieckiem u piersi. Przyjechałem i okazało się, że mimo braku przewinień zostaję poddany swoistej wersji reedukacji przez pracę. Dlaczego?
Od następnego dnia mogłem się nad tym zastanawiać do woli. Każdego dnia musieliśmy z kolegą przetransportować dziesięć ton cegieł, tych takich ciężkich, wytrzymujących wysokie temperatury. Nie była to praca wymagająca intelektualnie, więc miałem dużo czasu na myślenie. Pierwszego dnia myślałem, że zwariuję. Ważyłem 45 kilo, mam 160 cm wzrostu, a jeszcze wyżywienie było racjonowane. Jakim cudem miałem dać radę?
Z czasem wyrobiłem sobie mięśnie; choć żywność była racjonowana, pracownikom fizycznym przysługiwały większe ilości mięsa. Z dnia na dzień lepiej rozplanowywałem pracę i czasami udawało się nawet wyrobić normę przed czasem. Nie sądziłem, że do tego dojdzie, ale polubiłem tę prostą robotę. Nie trzeba się było zastanawiać, wystarczyło polegać na swoich mięśniach, żadnej wielkiej odpowiedzialności, żadnej możliwości pomyłki. Tylko jedno podkopywało we mnie ducha: każdego dnia przed pracą i po pracy było zebranie. Przed pracą - motywacyjne, mówiące, jaka na dziś jest norma. Po pracy - krytyka. Każdemu się dostawało, nikt nie był idealny, każdy mógł pracować jeszcze ciężej. Wyciągano wszystkie nasze wielkie przewinienia - towarzysz X był pięć razy w ubikacji, powinien ograniczyć sikanie - i oczywiście samokrytyka towarzysza X. Towarzysz Y się uśmiechał - czyżby go coś niewłaściwego bawiło? Praca to poważna sprawa! I samokrytyka. Po tych spotkaniach byłem bardziej zmęczony niż po ośmiu godzinach fizycznej harówy.
Przepracowałem tak rok. Pewnego dnia przyszli pracownicy innego działu, że muszą wdrożyć projekt oczyszczania siarki, wydobywanej przy okazji kopania cynku i że mnie potrzebują. Nie zwróciłem na nich uwagi. Bałem się, że to podpucha, że jeśli z nimi pójdę, to przewodniczący mnie odwoła i będzie krytykował fakt, że wolę pracę biurową od harówki ludu robotniczego. Trzy dni później przewodniczący tamtego działu opieprzył mojego przewodniczącego: dlaczego twój inżynier nie przyszedł do nas, jak żeśmy po niego posłali? Przewodniczący poczerwieniał i chciał zrzucić na mnie odpowiedzialność. Ze stoickim spokojem powiedziałem, że nie dostałem od swojego przełożonego wytycznych, kiedy i gdzie powinienem pójść, więc nie mogłem zaniedbywać swoich służbowych obowiązków. Ten drugi przewodniczący pokiwał głową i tego samego dnia zabrał mnie do swojego działu. Dokładnie trzy dni później pojechałem w pierwszą delegację, przywrócony na stanowisko inżyniera.
Synu, zanim zaczniesz mówić, jaka Twoja praca jest niewdzięczna i męcząca, przypomnij sobie, gdzie i na jakich zasadach pracował Twój własny ojciec - inżynier.


*to trochę tak, jakby wysłać kogoś z Warszawy do Hiszpanii.
**czyli Mao Zedonga.

2014-06-17

Hunan 湖南

Poniższą historię usłyszałam od teściowej, gdy bezskutecznie szukaliśmy aktu urodzenia ZB albo jakiegokolwiek dokumentu, który mógłby ów akt zastąpić.
Niedługo po skończeniu studiów wzięliśmy ślub, a zaraz później przydzielono nam pracę. Mój stary został wysłany do Shandongu, a ja do Hunanu. To dlatego Zwykła Belka i jego siostra przyszli na świat właśnie w Hunanie. Oczywiście w tamtych czasach nikt nawet nie słyszał o aktach urodzenia i tym podobnych, bo przecież prawie wszystkie dzieci się rodziły w domach.
Oboje byliśmy inżynierami, oboje też mieszkaliśmy na głębokiej wsi, która miała zostać unowocześniona. Wysyłano nas tam, gdzie nie było dróg, byśmy budowali drogi; tam, gdzie nie było mostów, byśmy budowali mosty. Nikt się nie przejmował rozdzielaniem małżeństw czy dzieci i rodziców. Prywata musiała ustąpić budowaniu kraju. Mój mąż przyjeżdżał do mnie raz do roku - brał urlop dla wracających do rodziny i dzięki temu mógł z nami spędzić nie tydzień, a nawet miesiąc. Wówczas droga z Shandongu do Hunanu była długa i niebezpieczna; pamiętam, jak kiedyś został okradziony. Zawsze, gdy przyjeżdżał, przywoził zaoszczędzone pieniądze, które wszywał w ukryte kieszonki. Dzięki temu, że pieniądze były porozdzielane, nigdy nie został okradziony ze wszystkiego, co miał, ale i tak w tamtych czasach była to wielka strata.
Tak więc mieszkałam na wsi, w Hunanie. Zaraz po urodzeniu ZB wróciłam oczywiście do pracy, a jego zostawiałam rodzinie, mieszkającej parę kilometrów dalej. Nie było przecież przedszkoli, a tylko oni się zgodzili go przyjąć. Spędzał z nimi całe dnie; płaciłam oczywiście za wyżywienie i opiekę; niby mogłam wysłać dziecko do Kunmingu, do moich krewnych, ale serce mi się kroiło na myśl, że będę tak daleko od dziecka. Po jakimś czasie odkryłam, że dzieciak zaczął mówić. Sęk w tym, że nie rozumiałam ani słowa! Uczył się przecież mówić od hunańskich chłopek, hunańskim dialektem!
I tak to trwało. Było dziecko, które musiało całymi dniami być u obcych ludzi, był mąż, który za daleko mieszkał, byłam ja, pracująca od świtu do nocy. A potem pojawiła się jeszcze córeczka. Wtedy zaczęło być naprawdę ciężko. Rodzina, która opiekowała ZB, nie zgodziła się jej wziąć pod swój dach. Po jakimś czasie udało mi się znaleźć inną rodzinę, mieszkającą parę kilometrów dalej. Tak więc codziennie było tak: wstawałam wcześnie i po śniadaniu najpierw odprowadzałam córeczkę do opiekunów, potem ZB w zupełnie inną stronę, a dopiero potem szłam do pracy. W południe pożerałam szybko lunch stołówkowy i szłam nakarmić córeczkę, bo wtedy jeszcze była karmiona piersią. Wieczorem najpierw szłam po córeczkę, która już znowu była głodna, a potem po synka. Kładłam ich spać i robiłam wszystko, co trzeba było zrobić w domu. Jakiś czas później wreszcie udało mi się kupić rower - zbierałam na niego cały rok! Dzięki rowerowi życie było znośniejsze, mogłam rano dłużej pospać i szybciej po pracy odebrać dzieci. Jednak nadal byłam sama. Choć miałam męża, na co dzień nie było to odczuwalne - bo przecież wszystko było na mojej głowie, a kilka listów w ciągu roku i parę tygodni wspólnego urlopu naprawdę niewiele zmieniały. Dlatego w pierwszy chiński nowy rok po urodzeniu córeczki wróciłam do Kunmingu. Chodziłam po wszystkich fabrykach, ale pracowników mieli na pęczki. W końcu w jednej z fabryk zapytali, czy potrafię coś jeszcze poza wyuczonym fachem. Miałam szczęście - uzupełniali skład przyzakładowego zespołu pieśni i tańca, a ja akurat do obu tych rzeczy miałam smykałkę. I tak wróciliśmy do Kunmingu...
Mam zbyt bogatą wyobraźnię. Wyobrażenie dwójki dzieci, które się codziennie zostawia obcym, a potem zapinkala na piechotę do miejsca pracy, wiedząc, że pies z kulawą nogą się o Ciebie nie zatroszczy, bo rodzina jest na jednym krańcu Chin, mąż na drugim, a Ty pośrodku...

2013-10-18

Hubejskie piece 湖北烤火爐

Tytuł jest zdradliwy. Po pierwsze takie piece istnieją nie tylko w Hubei; popularne są też na przykład w Hunanie. Po drugie tak naprawdę to nie są piece, tylko piecostoły. Umieszczone na środku pokoju, wyładowane po brzegi węglem bądź butlą z gazem, z normalnym blatem z fajerkami, współcześnie połączone z aluminiowym kominem - dawniej były to kurne chaty, przy czym wywietrzniki znajdowały się nie w dachu, a w górnych częściach ścian (do dziś w tutejszych kamiennych chatach widać otwory, choć tylko z zewnątrz; od środka pokoje są uszczelnione).
W tej części Hubei jest zimno i wilgotno. Piec taki nie służy tylko do gotowania i utrzymywania ciepła w chacie, ale i do suszenia prania, butów czy... papryczek chilli. Zazwyczaj duży ogień płonie tylko w trakcie posiłków bądź w razie trzaskającego mrozu. Między posiłkami zazwyczaj korzysta się z żaru - blat stołu jest wystarczająco ciepły, żeby delikatnie podgrzewać ubrania czy kubek z herbatą, a na fajerkach można suszyć liście tytoniu czy strączki chilli. Już nie mówiąc o tym, jak miło jest przy takim stole odrabiać zadania domowe...
Powiem Wam, że jeśli miałabym kiedyś introdukować w Yunnanie hubejską kulturę, zaczęłabym właśnie od piecostołu. Ba, zastanawiałam się nawet czy czegoś takiego nie zabrać do Polski...

2013-08-01

ostre dziewczę 辣妹子

Znacie ten upiorny moment, kiedy przyczepi się do Was nie wiadomo skąd jakaś idiotyczna piosenka i usta same ją wyśpiewują, chociaż umysł nienawidzi bzdurnych słów i jeszcze gorszej muzyki? Ostre dziewczę męczyło mnie czas jakiś, dopóki solidna przeróbka tekstu nie stała się Zwykłobelkowym i moim antidotum. Gdy już byłam w stanie, zwijając się ze śmiechu, dosłuchać piosenkę do końca, stwierdziłam, że muszę się dowiedzieć, dlaczego jest aż taka zła.
Przyczyn jest kilka.
Po pierwsze: powstała w latach '90.
No dobrze, żartuję. Choć sądzę, że dyskotekowość tej wersji folku może mieć źródło w naczelnym stylu obowiązującym w tamtych latach.
Napisał ją Powolny Obfity Wschód (wiem, zgubi mnie kiedyś mania tłumaczenia imion i nazwisk...) czyli Xu Peidong 徐沛東. To jest bezpośredni powód, dla którego piosenka jest czystym hałasem. Pochodzący z Dalianu ekhm kompozytor miał mocno ciekawą przeszłość muzyczną. Urodzony w 1954 roku Xu, gdy skończył 16 lat, wstąpił do Wojskowego Zespołu Pieśni i Tańca Prowincji Fujian jako czołowy wiolonczelista. Zaledwie sześć lat później jednostka wysłała go na studia - od razu na kompozycję, choć chłopak dysponował zerową wiedzą o muzyce. Został przyjęty. Trzy lata później skończył studia i wrócił do swojego zespołu pieśni i tańca na stanowisko... dyrygenta. Tak. Żeby zrozumieć, skąd taki awans, a także wszystkie późniejsze awanse: dość wcześnie został zastępcą przewodniczącego związku muzyków chińskich, a także sekretarzem lokalnego oddziału partii. Żeby zrozumieć, jak wielka jest władza sekretarza wystarczy Wam wiedzieć, że na moim byłym uniwerku, Yunnan Normal University, pani sekretarz zmieniała dziekanów, jeśli jej się nie podobali. Wracając do Xu: odkąd się wykształcił na kompozytora, pisze sieczkę ku chwale narodu. Jego kompozycje pojawiają się regularnie na największej imprezie chińskiej telewizji: wieczorze chińskosylwestrowym, czyli wieczorze poprzedzającym chiński nowy rok. To pewnie na jednym z takich wieczorów Xu poznał piosenkarkę, która pasuje idealnie do jego kompozycji, czyli Song Zuying 宋祖英. Pani Song Dzielny Przodek, z mniejszości Miao żyjącej w Hunanie, to jeden z podstawowych powodów hunańskiej dumy. Jest nieprawdopodobnie popularna, mówi się o niej jako o cesarzowej chińskiego folku, a Ostre dziewczę, które specjalnie dla niej napisał Xu, stało się jej największym przebojem, śpiewanym przy każdej nadarzającej się okazji. Chińczycy są z niej nieprawdopodobnie dumni między innymi dlatego, że występowała w wiedeńskiej Złotej Sali, a to przecież wielki zaszczyt.
Wracając do piosenki: słowa są proste. Idiotycznie proste nawet. Zwłaszcza refren, który mnie osobiście zawsze doprowadzał do torsji.
Refren brzmi:
辣妹子辣辣妹子辣
Ostre dziewczę, ostre ostre dziewczę ostre
辣妹子辣妹子辣辣辣
ostre dziewczę, ostre dziewczę, ostre, ostre, ostre
Zazwyczaj jest powtarzany kilkukrotnie, co potęguje głupotę...
Oto piosenka:

wraz z resztą tekstu:
辣妹子从小辣不怕
Ostre dziewczę od małego się nie boi ostrego
辣妹子长大不怕辣
Ostre dziewczę gdy dorosło nie boi się ostrego
辣妹子嫁人怕不辣
Ostre dziewczę wyszedłszy za mąż bało się, że nieostro [karmią]
吊一串辣椒碰嘴巴
Zawiesiło więc pęk chilli, by uderzał on o usta.
辣妹子从来辣不怕
Ostre dziewczę nigdy nie bało się ostrego
辣妹子生性不怕辣
Ostre dziewczę z natury nie boi się ostrego
辣妹子出门怕不辣
Ostre dziewczę opuszczając dom boi się, że nieostro [karmią]
抓一把辣椒 会说话
Łapie więc pęk chilli, który potrafi mówić
ref.
辣出汗来汗也辣呀汗也辣
Nawet pot jest ostry, pot jest ostry
辣出泪来泪也辣呀泪也辣
Nawet łzy są ostre, łzy są ostre
辣出火来火也辣呀火也辣
Nawet ogień jest ostry, ogień jest ostry
辣出歌来歌也辣 歌也辣
Nawet pieśń jest ostra, pieśń jest ostra
辣妹子说话泼辣辣
Ostre dziewczę mówi ostro
辣妹子做事泼辣辣
Ostre dziewczę czyni ostro
辣妹子待人热辣辣
Ostre dziewczę ostro traktuje ludzi
辣椒帮她走天下
Chilli pomaga jej iść przez świat.

Piosenka ta stała się hymnem Hunanu. Przede wszystkim dlatego, że oni naprawdę słyną z pikantnego żarcia. Mają tam nawet firmę, która się nazwała Ostre dziewczę, a której podstawowym produktem jest najostrzejszy na świecie sos chilli, czerwony jak krew i ostry jak piekło, bez którego Hunańczycy nie ruszają się z domów.

Ponieważ piosenka jest rytmiczna i łatwa, często tańczą do niej staruszki w parkach. Wyobraźcie sobie przyjemny letni wieczór, ptaszki ćwierkają, dzieci się śmieją, a tu nagle całe osiedle brzmi tą piosenką, puszczaną na mocno głośnym sprzęcie – żeby wszyscy słyszeli, oczywiście. Grrrr...
Parafraza nasunęła się sama. Po prostu 辣妹子 lameizi czyli ostrą dziewczynę zmieniliśmy na 拉肚子 laduzi czyli biegunkę...

2013-05-13

Stuletnie jaja 皮蛋

Ponieważ informacje o tym, jak powstają, można znaleźć nawet na wiki, nie będę powtarzać. Kiedy zaczynałam przygodę z Azją na Tajwanie, przekąska ta mi śmierdziała i nie chciałam spróbować, zwłaszcza, że wszyscy znajomi Tajwańczycy twierdzili, że "to nie dla białych", "biali tego nie jedzą".
Dziś jestem koneserką. Wiem, że najlepsze są takie, w których białko zdążyło się zrobić przezroczyste, a żółtko dzieli się na stwardniałą zielono-czarną oraz półpłynną żółtoszarą masę. Uwielbiam te jajka! W Kunmingu podaje się je najczęściej na zimno, jako przystawkę, w ostrym sosie:
Popularna jest również wersja na ciepło, ze stuletnimi jajami w kleiku ryżowym.
Jeśli mielibyście kaprys spróbować, to szukajcie na targach i w sklepach czegoś, co wygląda tak:
A skąd się w ogóle taki przysmak wziął?
Jedna z legend mówi, że sześćset lat temu, za czasów dynastii Ming, w Hunanie, żył sobie facet, całkiem zwyczajny, który dnia pewnego w dole pełnym gaszonego wapna (resztki zaprawy murarskiej) pozostałym po ukończonej dwa miesiące wcześniej budowie domu, znalazł jajka. Gdy spróbował, stwierdził, że gdyby dodać trochę soli, byłby to hit kuchenny i zaczął je produkować na wielką skalę.
Tak naprawdę do dziś receptura nie bardzo się zmieniła - nadal trzeba wsadzić osolone jajka do wapna zmieszanego z gliną. Choć istnieją bardziej nowoczesne metody, prawdziwi koneserzy wolą jajka przygotowane tradycyjnie :)
W naszej diecie jajka pojawiają się regularnie - oboje lubimy. Nie dla białych, terefere. Nawet moi Rodzice polubili. Inna rzecz, że zazwyczaj zamawiamy w knajpie, bo żeby samemu je odpowiednio doprawić, trzeba się trochę namęczyć...

2013-04-19

藠頭 chińska szalotka

O jednej z najbardziej tradycyjnych przekąsek, bakłażanowych "dża", już kiedyś pisałam. Czas na drugi kunmiński hit wszechczasów. Jest to marynowany czosnek chiński. I nie mówię tu o trującym czosnku z Chin, wypierającym rodzimą produkcję, o którym pisały autorytety typu Fakt. Mówię o czymś, co wabi się po łacinie "Allium chinense", czyli właśnie chiński czosnek, który jest bliskim kuzynem czosnku askalońskiego, czyli szalotki. Różnie go w anglojęzycznym światku nazywają: chińska cebula, chińska szalotka, japońska szalotka, orientalna cebula. Zawsze jednak chodzi o tę samą roślinę - jadalną dziką cebulkę o delikatnym smaku czosnku. Mnie najbardziej do gustu przypadła nazwa "chińska szalotka" i jej też będę używać.
Pochodząca z południowych Chin szalotka zawojowała wiele innych państw azjatyckich - jest szalenie popularna w Kambodży, Wietnamie, Japonii, Indonezji, Korei, Laosie, Malezji, Birmie, Singapurze i Tajlandii. Ba! Dotarła nawet na Kubę i Hawaje... Nie dziwię się wcale. Jest delikatna i chrupiąca, a przede wszystkim idealnie nadaje się zarówno na przyprawę, pikle, jak i na przystawkę. W Wietnamie miałam ją okazję spożywać z okazji Nowego Roku, w Japonii podaje się ją podobno m.in. do sushi i curry, jednak moim zdecydowanym faworytem jest ta yunnańska, marynowana w paprykowym sosie. Yunnańczycy jedzą ją chętnie - nie tylko ze względu na konsystencję i smak, ale również na poprawę trawienia, krążenia i innych takich. Jest bardzo zdrowa, pod warunkiem, że nie łączymy jej z wołowiną. Nie należy jej także spożywać w razie gorączki - podobno jest zbyt ciepła wewnętrznie...
Marynować ją można na kilka sposobów - na kwaśno, na słodko, na ostro. W Yunnanie raczej na ostro - z pastą chilli bądź po prostu z posiekanym i zasolonym chilli. Często na jednym straganie znajdziemy dwie wersje: czysto pikantną i słodko-ostrą.

Składniki:
  • szalotki chińskie
  • sól
  • olej sezamowy
  • olej o smaku pieprzu syczuańskiego bądź sam pieprz
  • sos sojowy jasny
  • chilli w dowolnej postaci
  • cukier
Wykonanie:
  1. Z szalotki usunąć pędy i łodygi (te można na przykład wykorzystać do przyprawienia mięsa mielonego), zostawiając same cebulki. Umyć.
  2. Pokroić, albo i zostawić w całości.
  3. Solidnie posolić i zostawić na minimum pół godziny.
  4. Umyć przegotowaną wodą, osuszyć.
  5. W miseczce wymieszać składniki marynaty. Wypaćkać w niej szalotki z każdej strony.
  6. Gotowe można spożywać od razu bądź przechowywać w lodówce nawet kilka miesięcy.
Tak jedzą m.in. w Guizhou, Hunanie i Yunnanie. Ściśle yunnańska jest inna wersja, nazywana "chilli o smaku szalotki". Dla kunmińczyków najważniejsza jest w tym papryka, ale ja wolę samą szalotkę.

Składniki:
  • chilli, posiekane drobno, wraz z pestkami
  • szalotka, posiekana równie drobno, jeśli chcemy uzyskać pastę, albo w całości, jeśli po prostu chcemy zamarynować szalotkę.
  • mączka sojowa albo kukurydziana
  • ewentualnie można dodać grzyby (w Kunmingu dodawana jest chropiatka)
  • dowolne dodatki - np. olej sezamowy, sos sojowy
Wykonanie:
Po wymieszaniu składników wsadzić do kamionkowego gara, żeby się kisiło.

Kiedy się ukisi, jest idealnym dodatkiem do ostrych sosów, mięsa. Można taką pastą przyprawić mięso, można wykorzystać w dipach, a można, jak ja, wyżerać samą szalotkę, paprykę zostawiając Panu i Władcy.
To wersja pierwsza: szalotki w całości, w słodkawym sosie chilli

2013-01-27

Jestem piosenkarzem 我是歌手

Nienawidzę teledurniejów. Kochałam tylko "Jeden z dziesięciu", bo pogłębiał moją wiedzę. Reszta może nie istnieć. Te azjatyckie są jeszcze gorsze niż nasze. Głupie, prymitywne, napompowane, tfu, ohyda!
Od ostatniego piątku stałam się fanką teleturnieju. Nie przegapię (mam nadzieję) ani odcinka. Teleturniej nazywa się tak, jak w tytule, jest chińską wersją koreańskiego pierwowzoru. Tak, jest to kolejny teleturniej, w którym ludzie próbują swych sił na scenie. Nie są to jednakowoż kwiczące panienki i chrypiący wieśniacy, jak to zazwyczaj bywa, a uznani wokaliści, z kilku(nasto, dziesięcio)płytowym dorobkiem, którzy stwierdzili, że nie boją się stracić twarzy, porównując się na scenie z kolegami po fachu. W pierwszym odcinku śpiewali swoje własne piosenki. W drugim mieli za zadanie zaśpiewać dowolnie wybraną cudzą piosenkę. No i się zakochałam. Romantyk tajwańskiej sceny Qi Qin 齊秦 przerobił na swój delikatny styl kawał ostrego rocka, Simon&Garfunkel chińskiej sceny, czyli Yu Quan 羽泉 zagrali wyciskacz łez wszechczasów, czyli piosenkę o mamie. Ale na samym początku wyszła brzydka kobita, której w dodatku nie znam i zrobiła mi gęsią skórkę na rękach. Proszę państwa, oto Huang Qishan 黃綺珊 w piosence "Nie odejdę od Ciebie", którą zaśpiewała jakiś tryliard razy lepiej od oryginału...
 
Jeśli jesteście w Chinach - każdy piątek o 22.00, pierwszy program telewizji hunańskiej.