Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 宽窄巷子 ulica Szerokowąska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 宽窄巷子 ulica Szerokowąska. Pokaż wszystkie posty

2016-04-29

Chengduńska kultura w pigułce

Podczas wizyty w Chengdu miałam okazję obejrzeć przedstawienie, składające się z najpopularniejszych ludowych syczuańskich sztuk. Oczywiście były tradycyjne instrumenty
(choć z mało tradycyjnymi aranżacjami), oczywiście był pokaz parzenia herbaty przy pomocy czajnika z długim dzióbkiem, była Zmiana Twarzy, teatrzyk cieni,
a potem był komiczno-akrobatyczny skecz. Typowe chengduńskie "ucho od grabi" jest dręczone przez żonę, a przy okazji musi łazić z kagankiem na głowie, przełazić z nim pod ławkami, a na koniec zdmuchnąć świeczkę; oczywiście, wszystko jest okraszone soczystym dialektem syczuańskim.
Ta część przedstawienia trwała zaledwie parę minut, ale faktycznie urzekała i poczuciem humoru, i pokazaniem stereotypowego syczuańskiego małżeństwa - i niesłychaną koordynacją "ucha od grabi" ;)
To była bardzo przyjemna godzinka. I choć tego typu przedstawienia są trochę jak lizanie cukierka przez szybę, to - jeśli jest się w jakimś miejscu zaledwie parę dni, zawsze lepiej zobaczyć coś niż nic...

PS. Takie przedstawienia odbywają się codziennie na Jinli oraz Pokątnej.

2016-04-28

czyszczenie uszu 掏耳朵

W Polsce większość ludzi używa patyczków do czyszczenia. Brrr... wciskają woskowinę jeszcze głębiej... Jeśli jest już naprawdę źle, idzie się do laryngologa, a ten bierze wielką strzykawę i przepłukuje nam uszy dużą ilością wody. Są jeszcze krople do uszu i zwykła parafina. Nie ma za to czyścicieli uszu, tak powszechnych w Chinach.
Dawniej wędrowali od herbaciarni do herbaciarni, od knajpy do knajpy i oferowali swe usługi. Dziś częściej można ich spotkać na targowiskach w maleńkich wioskach i przy deptakach w dużych miastach. Ustawiają siedziska, przygotowują sprzęt i czekają na klientów. A tych jest niemało! Ja bym wprawdzie nie zaryzykowała głuchoty - a oddanie uszu w ręce kogoś obcego i to nie medyka zdecydowanie mnie przerasta, ale dla Chińczyka, który nie dysponuje normalną, miękką woskowiną, a sypkim "usznym brudem" czyszczenie uszu jest absolutną koniecznością. Do czyściciela uszu ma Chińczyk takie samo zaufanie, jak Europejczyk do golibrody; przez myśl mu nie przejdzie, że usługa może zakończyć się głuchotą - tak jak Europejczyk nie obawia się, że golibroda poderżnie mu gardło...
W Kunmingu się z czyścicielami nie spotkałam. Za to w Chengdu było ich pełno! Ten konkretny stragan mieścił się przy ulicy Pokątnej :)

2016-04-27

Zmiana Twarzy 變臉

To, co dla niewprawnego europejskiego ucha jest dręczeniem kota operą pekińską, tak naprawdę wcale niekoniecznie musi być akurat pekińskie. Oper ci w Chinach jak mrówków. Każda prowincja, ba, każdy większy region ma jakąś swoją, w dodatku w wielu odmianach. Mimo pewnych elementów wspólnych, dla znawców różnice są słyszalne i widzialne dokładnie tak, jak dla nas różnica między barokiem a romantyzmem.
Kiedyś nie mogłam znieść żadnego typu. Raził mnie przerysowany, sztuczny śpiew, drażnił akompaniament, nudził brak scenografii. Ale powolutku zaczęłam coś kumać. Kiedyś ku własnemu zdumieniu zaczęłam nucić jakąś arię, szczególnie w Kunmingu popularną. A potem poszłam na to przedstawienie i w ogóle się zakochałam. Jednakowoż nawet, gdybym miała do końca życia nie znosić chińskich oper, i tak pokochałabym syczuańską Zmianę Twarzy.
Zmiana Twarzy to sztuczka, która występuje w syczuańskiej operze - a z czasem stała się osobnym typem tej opery. Pstrokato ubrani aktorzy, popełniający rozmaite akrobacje, noszą maski reprezentujące znanych bohaterów i potrafią w okamgnieniu te maski zmieniać. Widzisz ruch wachlarza i pach! - inna twarz. Dostrzegasz lekkie machnięcie dłonią i pach! - twarz znów inna. Albo nawet nie widzisz ruchu ręką: aktor potrząsa głową. Pierwszy raz - nic się nie dzieje, to tylko element choreografii, drugi raz - to samo, a za trzecim nagle spogląda na Ciebie inny bohater! Ponoć umiejętność zmiany twarzy jest pilnie strzeżoną tajemnicą, przekazywaną w aktorskich rodzinach z pokolenia na pokolenie. Osobom spoza klanu po prostu się odmawia, jeśli proszą o korepetycje ze zmiany twarzy. Jeden z moich ulubieńców, Andy Lau, oferował ponoć półtora miliona złotych specjaliście od zmiany twarzy w zamian za nauki; oczywiście oficjalnie i on, i jego nauczyciel zaprzeczają, ale... Skoro to taka tajemnica, to może faktycznie trzeba słono zapłacić, żeby się tej sztuki nauczyć?
Poszczególne maski są w chińskich operach silnie skodyfikowane. Ich kolory i szczególny "makijaż" symbolizują różne postacie i emocje. Dzięki Zmianie Twarzy jeden aktor może w sekundę zmienić gniew w radość, kobietę w mężczyznę, bohatera w oszusta.
Podczas wizyty na chengduńskiej Pokątnej, miałam okazję obejrzeć aktora, który w ciągu paru minut Zmienił Twarz chyba z dziesięć razy. Za każdym razem było to dla mnie tak samo niesamowite. Robił to bowiem tak szybko, że nie miałam najmniejszej szansy dostrzec, JAK to się właściwie odbywa. Niby znam teorię - a i tak był to dla mnie szok.
Niestety, nie udało mi się nakręcić filmiku ze Zmianą Twarzy. Całe szczęście, w dzisiejszych czasach można w internetach znaleźć już prawie wszystko:

Na deser mam dla Was dwie foty z zaplecza: główny aktor właśnie robi sobie zaczepisty operowy makijaż :)
No. To teraz już wiecie, dlaczego chengduńscy bogowie drzwi zmieniają twarz :)

2016-04-26

bóstwa drzwi 門神

W dawnych czasach by obronić domostwo/świątynię/sklep przed złymi duchami, na drzwiach wieszano groźne wizerunki ludzi lub zwierząt. Tradycja ta jest bardzo głęboko zakorzeniona; choć i buddyści, i taoiści roszczą sobie prawo pierwszeństwa, najprawdopodobniej tradycja pochodzi z czasów jeszcze dawniejszych niż te religie. Początkowo na drzwiach wieszano drobiazgi wykonane z brzoskwiniowego drewna - ponoć brzoskwinia chroni przed złem. Później papier zastąpił rzeźby, ale papier nie jest jedynym używanym współcześnie nośnikiem. Wizerunki mogą być malowane lub rzeźbione bezpośrednio na drzwiach; mogą to też być rzeźby stojące po obu stronach drzwi. Postaci, które mogą się w te bóstwa wcielić, jest cała masa - rozmaici bogowie taoistyczni i buddyjscy, postacie historyczne (oczywiście grrrrrroźne), a nawet postacie z legend i podań. Żeby było jeszcze trudniej, inne wizerunki pojawiają się na drzwiach pojedynczych, a inne na podwójnych. W dodatku zwyczaj wyemigrował do Japonii, Korei i Wietnamu - a tam zapewne twórcy posiłkują się własnym panteonem.
Niestety, w czasach galopującego komunizmu zwyczaj ozdabiania drzwi wizerunkami ochronnych bóstw został niemal wytępiony. W miastach coraz rzadziej zdarzają się tak ozdobione drzwi. Na wsi jest nieco lepiej, ale tam dominują dość ohydne, upstrzone złotkiem, niedbale wydrukowane wizerunki bóstw.
Pewnie właśnie dlatego z takim zachwytem zagapiłam się na pięknie rzeźbioną bramę na chenguńskiej Pokątnej czyli Ulicy Szerokowąskiej:
Warto zwrócić uwagę na to, że twarze bóstw są... ruchome. Wiecie dlaczego? :)

2014-09-09

Chengduńscy Mandżurowie 成都的满族

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak to Chińczycy są okropnie dumni z własnych podbojów, które nie były własne i z własnych dynastii, które jednoczyły kraj, a które nie były chińskie. Ot, taki Yunnan: został włączony do Chin przez Mongołów, którzy owe Chiny i parę innych miejsc podbili. W dodatku pierwszym gubernatorem podległego Chinom Yunnanu był muzułmanin. Ale o tym innym razem...
Taką samą dumą otaczają teraz Chińczycy Mandżurów, czyli kolejnych barbarzyńców z północy, którym udało się podbić Chiny. To pewnie dlatego współcześni Chińczycy taką atencją obdarzają Osiem Chorągwi - że tak wspaniale zorganizowane i w ogóle. To trochę tak, jakby Polacy chwalili się, bo ja wiem, wspaniałością wojska pruskiego...
Wracając do Mandżurów: podbili Chiny, a potem po pierwsze musieli tego ogromnego państwa pilnować - ludność lokalna nie poddała się im bez walki. Porozsyłano więc dawnych żołnierzy po chińskich miastach, by zwalczali rebelie i protesty w zarodku, a także dano im ziemię. Nie no, sami sobie rączek nie brudzili - byli w końcu elytą - ale odnajmowali ziemię chłopom i się bogacili, czas spędzając na hazardzie, łażeniu po burdelach i hodowli ptaków. A, no tak, przepraszam, jeszcze na tłumieniu rebelii.
Nie inaczej wyglądało życie Mandżurów, którzy w latach 1718-1721 osiedlili się w Chengdu. Poprosił o ich towarzystwo i pomoc w zdobyciu Qinghai ówczesny gubernator Syczuanu - Nian Gengyao. Zresztą nie tylko o Qinghai chodziło; Mandżurowie, w liczbie około 2000*, walczyli też z Dżungarami, Tybetańczykami i innymi tubylcami okołosyczuańskich terenów. W nagrodę otrzymali kawał ziemi w zachodniej części... chciałam napisać w zachodniej części Chengdu, ale wówczas to w zasadzie jeszcze nie była część miasta - raczej przedmieścia. Początkowo były to koszary; wkrótce powstało "Mandżatown": najpierw wybudowano mandżurskie domy, później do żołnierzy dołączyły ich rodziny. Koło domów wyrosły jak grzyby po deszczu knajpki. Chwilę później było to już prawie miasteczko - z nieregularnymi ulicami, budowanymi bez planu, według widzimisię mieszkańców: jedna szeroka, jedna wąska, jedna prosta, jedna krzywa. Tak właśnie powstały tzw. Uliczki Szerokowąskie 寬窄巷子 (przez Piekielną Fantazję i przeze mnie pieszczotliwie zwane chengduńską Pokątną), pierwszy stricte konsumencki dystrykt Chengdu. Po jakimś czasie Mandżurowie wrośli w krajobraz; poczuli się bardziej chengduńczykami niż ludnością napływową. Nic dziwnego, przecież mieszkali tam prawie dwieście lat, zanim z upadkiem cesarstwa zlikwidowano chorągwie. W dodatku, choć ich rolą teoretycznie było wspieranie militarne władz danego dystryktu, to po rozbiciu w pył iluś tam grup rebeliantów, po prostu nie mieli co ze sobą zrobić. Oczywiście poza hazardem, chlaniem i chodzeniem na dziwki...
Będąc w Chengdu, wybrałam się chętnie na Pokątną. Potem się wybrałam znowu. A gdy pojadę raz jeszcze do Chengdu - powtórzę ten wypad. Właściwie mogłabym tam zamieszkać. Niezliczone knajpki z lokalnym i nielokalnym żarciem przetykane barami, herbaciarniami, kawiarniami. Znalazło się miejsce i na sklep z pandami, i na księgarnię z bogatym wyborem książek o Syczuanie. Można połazić wśród ładnie, choć mocno nowocześnie zrekonstruowanych domów, przysiąść z dala od zgiełku, ciesząc się czarką herbaty, obejrzeć przedstawienie, poczytać książkę... Przede wszystkim można zaś nacieszyć się śladami historii: dziś w Chengdu nadal mieszka około 2000 Mandżurów; ci najstarsi znają jeszcze język i chętnie dają młodym Mandżurom darmowe lekcje języka i historii. Istnieją fora internetowe, przez które potomkowie dawnych elit szukają swych korzeni, starych mandżurskich nazwisk, ksiąg rodzinnych. Choć po Ośmiu Chorągwiach mało kto już pamięta, w Chengdu nadal można spotkać potomków dawnych mandżurskich żołnierzy, starających się odnaleźć i zachować szczątki dawnej kultury.
Gdy pierwszy raz dreptałam tymi uliczkami, o historii Ośmiu Chorągwi i o obecności Mandżurów w Chengdu miałam pojęcie dość kiepskie; dziś chodziłabym tamtędy, przed oczyma mając coś zupełnie innego niż beton, Starbucksa i tłumy turystów. Ale nawet wtedy Pokątna mnie urzekła - chińskim pokojem zatopionym w ścianie budynku, uchem od grabi, resztką siheyuanu, tymi wszystkimi drobiazgami, które wpłynęły na wyjątkowość miejsca. Za czasów mandżurskich do tego "małomiasteczka" 少城 w zasadzie nie wolno było wchodzić etnicznym Chińczykom - nawet najwyżsi rangą dostojnicy musieli się trzymać z daleka. Zasada zresztą działała w obie strony: żołnierzom również nie wolno było opuszczać mandżatown bez oficjalnego pozwolenia. Żadnego handelku, żadnej pracy zarobkowej - dostawali przecież cesarski żołd, odpowiednią ilość jedzenia itd. Uliczki nie były zakorkowane, bo przecież przemieszczała się po nich "szlachta" w lektykach bądź wierzchem, a nie pospólstwo. Z pospólstwa tylko drobni uliczni sprzedawcy, zaopatrujący dzielnicę we wszystkie niezbędne produkty, byli tolerowani. Na pamiątkę jeżdżących wierzchem Mandżurów, zostawiono w murach uchwyty do przywiązywania koni.
Zdziwić może mieszanka europeizmów z chińszczyzną. Cóż, taki chengduński styl - tutejsze hutongi zmieniły się w chengduńskie; tutejsza "architektura europejska" też wchłonęła chengduńskie budowlane nawyczki. Mamy więc pseudoeuropejskie portale, bo któryś z dawnych mieszkańców Pokątnej był w Europie i chciał to pokazać całemu światu, a obok mamy drzwi zaopiekowane przez bogów.
Straszna szkoda, że gdy z upadkiem cesarstwa rozpirzono Osiem Chorągwi na cztery wiatry, przy okazji zburzono prawie całe mandżatown. Ostało się ledwie kilka ulic - Szeroka, Wąska, Studzienna... Niechęć do cesarstwa przekładała się wprost na niechęć do Mandżurów. Początkowo przydatni żołnierze mnożyli się niepowstrzymanie; dla synów mandżurskich oficerów w zasadzie jedyną ścieżką kariery było pójście w ślady ojca. Z paru tysięcy obrońców regionu zrobiło się przez tych dwieście lat dwadzieścia tysięcy próżniaków, którzy żyli o żołdzie i próżniaczyli. Nie dość, że trzeba ich było utrzymywać, to jeszcze się szarogęsili. W tym świetle nie dziwią hasła, którymi się karmiła nienawiść do nich: wygnać Mandżurów! (驱除鞑虏; 排满). Na tle tego, co robiono z Mandżurami w innych regionach, Chengdu do pozbycia się ich i tak podeszło dość pokojowo. Odebrano im wprawdzie przywileje i musieli się wziąć do roboty; dostali na pocieszenie trzymiesięczne zapasy pożywienia, zorganizowano także "pomoc społeczną" dla byłych chorągwian. Mandżatown zostało otwarte dla Chińczyków, a Mandżurowie z konieczności musieli się w nich wmieszać. Bali się - po prostu się bali. Wielka była nienawiść Chińczyków do najeźdźców, którzy w dodatku się bawili na ich koszt; jedli ich ryż, pili ich alkohol sami nic nie robiąc. W tamtych czasach wielu Mandżurów zmieniło nazwiska na chińskie i ukrywało tożsamość. Niby Sun Yat-sen mówił o równości pięciu wielkich chińskich grup etnicznych, ale w praktyce wyglądało to różnie. Mandżurskiej szlachcie nie w smak było, że sprowadzono ich do roli zwykłych obywateli, w dodatku nie mających żadnych pożytecznych umiejętności. Mandżurskich chłopów wpieniało, że patrzy się na nich przez pryzmat żołnierzy - czyli jak na próżniaków. A przecież szybko się próżniacy nauczyli, by nie mówić, że są Mandżurami i zaczęli zarabiać na ryż ich powszedni. Z potomków żołnierzy zmienili się w rowerowych taksówkarzy, mięśniaków od przeprowadzek, sprzedawali herbatę, owoce czy papierosy. Wreszcie, po dwustu latach trwania w zawieszeniu, stali się chengduńczykami.
Na jednym z chengduńskich blogów (swoją drogą, warto tam zajrzeć dla zdjęć) znalazłam wspaniałe zdanie, mówiące o staronowych, współczesnodawnych Starowąskich uliczkach: Jest to nowa wizytówka starego Chengdu i jednocześnie stary salon nowego Chengdu. Tak, to właśnie o to chodzi: historia i nowoczesność na jednym talerzyku deserowym.


*łącznie żołnierzy chorągwianych było 3000, ale ponoć trzecia chorągiew była złożona z Mongołów. Trzeba jednak pamiętać, że później ich liczba znacznie wzrosła, niektóre źródła mówią o 20 tysiącach (!) Mandżurów w Chengdu.

2014-07-16

ucho od grabi 耙耳朵

Choć jestem kunminką całym sercem (no dobra, nie całym, jest jeszcze Tajpej, Xishuangbanna, Jezioro Kocioł i, jak już mi bardzo melancholijnie, Kraków...), zakochałam się byłam w ulicy Pokątnej. Nie tej londyńskiej, skądże. W chengduńskiej Pokątnej - czyli w uliczkach Szerokowąskich, bo tak należałoby przetłumaczyć 宽窄巷子. O tej części Chengdu jeszcze opowiem, bo po pierwsze mi się bardzo podoba, po drugie bardzo mi się podoba, a po trzecie jest to jedna z niewielu rzeczy, których chengduńczykom naprawdę zazdroszczę. Dziś jednak opowiem o jednym tylko elemencie chengduńskiej kultury, który poznałam właśnie dzięki tej ulicy. Tam właśnie po raz pierwszy dowiedziałam się, że grabie mają uszy.
Zdziwieni, co? :) Mnie też zdziwiło, że chongqińsko-chengduńska nazwa roweru z przyczepą pasażerską to właśnie pa erduo - ucho od grabi. Po prostu musiałam sobie w takim grabiowym uchu zrobić słit focię na fejsa.
(oczywiście ZB na mnie nakrzyczał, że się mizdrzę do innego faceta...)
Początkowo myślałam, że to taka milsza forma taksówki. Dowiedziałam się jednak, że w sumie dość rzadko jeździło się nimi za pieniądze; najczęściej służyły do transportu... żon. Tak, moi drodzy. Żaden dobry mąż nie mógłby pozwolić małżonce na przemieszczanie się po mieście o własnych siłach. Syczuańscy mężczyźni to skrajni pantoflarze, słuchają swoich żon i potakują. No a w czasach, gdy jeszcze rower był podstawą transportu, obowiązkowa była przyczepka dla żony. Właśnie z tego powodu pantoflarza nazywa się w Syczuanie "uchem od grabi" - na pamiątkę facetów, którzy dla swoich żon byli co najwyżej rowerowymi taksówkarzami...
Jest też druga teoria na temat tego, skąd się wzięło "grabiowe ucho" w sensie pantoflarza. Syczuańscy analfabeci twierdzą, że pa erduo można tłumaczyć jako "miękkie ucho" - że niby chengdunki i chongqinki po ślubie znęcają się nad mężami, wykręcając im uszy za najdrobniejsze przewinienie. Owszem, to ma sens, ale tu właśnie wyłazi na wierzch analfabetyzm syczuańczyków. Choć w brzmieniu takie same, "grabie" i "miękki" to w chińskim dwa różne znaki. Pierwsze, wykorzystywane w pantoflarzu to 耙. Składa się ten znak z dwóch części, semantycznej i fonetycznej. Semantyczna to 耒 - radło (czyli chodzi o narzędzie rolnicze), fonetyczna to 巴 ba (ba i pa faktycznie brzmią podobnie). Natomiast miękki, choć też wymawia się pa, piszemy tak:
I znów cząstka znaczeniowa plus fonetyczna. Znaczenie niesie nam ogień 火 dlatego, że pa to nie jest po prostu miękki. Pa to dokładnie "ugotowany do miękkości" albo nawet "rozgotowany", przy czym to ostatnie nie jest pejoratywne. Można na przykład ugotować ryż na bardzo miękko czy mięso tak, że da się je pokroić łyżką - to właśnie jest pa. Dlatego pa erduo zapisane jako miękkie ucho budziłoby skojarzenia przede wszystkim kulinarne. Czyli jednak musimy obalić teorię, iż ucho od grabi może być miękkim uchem.
A o samym znaku ugotowania do miękkości jeszcze opowiem, bo to ciekawe :)