Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guizhou 貴州. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guizhou 貴州. Pokaż wszystkie posty

2025-08-29

Próbowanie Nowego 尝新节

Próbowanie Nowego 尝新节 zwane również Świętem Jedzenia Nowego 吃新节 jest zwyczajem znanym między innymi w Hunanie, Guizhou, Guangxi i Yunnanie, czyli wszędzie tam, gdzie znajdziemy grupy etniczne Gelao, Miao, Buyi, Bai, Zhuang, Dong, Pumi i wiele innych, bo to właśnie ich tradycyjne święto. Dziś Hanowie (zwłaszcza młodzi i stanu wolnego) obchodzą święto Podwójnej Siódemki czyli "chińskie walentynki",ale w wiejskich obszarach zamieszkanych przez inne grupy etniczne ważne jest to, że właśnie zaczynają się żniwa i nowe zboże trafia na rynek. Trzeba przy tym zauważyć, że choć oficjalna data święta to Podwójna Siódemka, jednak oczywiście w rzeczywistości święto odbyć się może po prostu wtedy, gdy zboża zaczynają dojrzewać - czyli każdego roku i w każdej wiosce może być inaczej - terminy mogą być tak wczesne jak szósty i tak późne jak ósmy miesiąc księżycowy! Również wielkość imprezy może być różna - albo cała wioska obchodzi święto razem, albo obchodzą je osobno pojedyncze rodziny (tak jest np. u Zhuangów). 
Bezpośrednio przed świętem panie domu, wystrojone i zbrojne w słomiane kapelusze (albo z głowami obwiązanymi chustami) i bambusowe kosze wybierają się na pola by zebrać i wymłócić kłosy dojrzałego już ryżu względnie zebrać dojrzałe kolby kukurydzy (jak jest np. u ludu Yao). Całe wioski rozbrzmiewają wówczas perkusją młócki okraszoną pięknymi pieśniami pracy. 
W świąteczny poranek gotują nowy ryż na parze i takim poczęstunkiem wabią na pola starszyznę i dzieciaki, by wspólnie złożyć ofiarę przodkom tudzież odpowiednim bóstwom i zapalić dla nich trociczki lub świeczki (tak jest np. u Lahu). Oczywiście, znane są i inne wariacje, np. uprażony ryż ubity na mączkę z imbirem bądź innymi dodatkami jak w grupie etnicznej Jingpo albo gotowana kukurydza jak u Yao. Później całą rodziną jedzą posiłek dziękczynny - w zależności od regionu i zasobności mogą być to posiłki skromne, w niektórych istnieje ściśle określona ilość potraw (np. bajskie osiem wielkich misek 八大碗, w skład których wchodzą takie delicje jak smażony ser "mleczny wachlarz", kurczak duszony z pigwowcem czy piskorzowa zupa rybna z tofu), ale może się okazać, że trzeba zarżnąć koguta, kozę i świniaka! 
W niektórych regionach praktykuje się podawanie posiłku najpierw psom, a dopiero później ludziom (tu widzimy przenikanie się zwyczajów różnych grup etnicznych - pamiętacie może legendę Pumi o tym, jak to pies zdobył dla ludzi zboże? Oczywiście Pumi również obchodzą to święto, a poza tym wiele innych grup etnicznych również opowiada legendę tego rodzaju z psem w roli głównej). 
Tego dnia nikt nie pracuje, całe wioski się rozmaicie bawią - puszczają fajerwerki, urządzają ceremonię "sprzątania wioski" 扫寨 oraz rozmaite występy artystyczne od operowych po śpiewanie zwykłych piosenek ludowych czy pokazy sztuk walki. Wioskowa starszyzna bądź szaman (w regionach, w których ten zawód przetrwał) wraz z dzieciarnią idą pozbierać jeszcze trochę zbóż, owoców i warzyw i przywiązać je do najstarszego drzewa w wiosce. Później zaś przywiązują do bambusowej tyczki zdobnej czerwonymi papryczkami i zielonymi pędami czosnku czerpak z mięsem kurzym i wieprzowym oraz wódeczką, a następnie wbija tę tyczkę w ziemię uprawną, by pożegnać przodków. Lud Gelao włączył w świąteczne obchody również tradycję darowania życia. Zresztą - łatwo sobie wyobrazić, że skoro Próbowanie Nowego istnieje w wielu regionach i u rozmaitych grup etnicznych, obchody są bardzo zróżnicowane. Niezmienne pozostaje jedno: wdzięczność dla bóstw, przodków czy po prostu natury za to, że w swej łaskawości znów pozwoli nam się wyżywić pracą własnych rąk.

2025-05-05

Święto Krowiej Duszy 牛魂节

Znanych jest wiele ludów, które obchodzą Krowie Urodziny czy też Święto Krowiej Duszy: Buyi, Zhuangowie, Dongowie, Mulao, Gelao, jednak wiele ludów żyjących od Guizhou i Yunnanu aż po Zhejiang przyswoiło część zwyczajów z dniem tym związanych. Najczęściej święto przypada ósmego dnia czwartego miesiąca księżycowego - w bieżącym roku ten dzień wypada właśnie dzisiaj - ale znane są też obchody ósmego dnia szóstego miesiąca bądź ósmego dnia ósmego miesiąca. Zawsze wtedy właściciele dają odpocząć swemu bydłu, a sami naprawiają bydlęce zagrody czy obory. Z samego rana rodzice przestrzegają pastuszków - czyli wioskowe dzieciaki - aby tego dnia nie ważyły się smagnąć krówska batem; niech bydlątka nacieszą się swoimi urodzinami! Wioskowa starszyzna organizuje dla bydła swoisty "konkurs piękności" - trzeba omówić, który byczek najpostawniejszy, która jałówka dobrze rokuje, które cielę najlepiej przybiera. Jednocześnie seniorzy pouczają właścicieli, że swoje bydło trzeba kochać i szanować, i się nim odpowiednio opiekować. Nie dość na tym! Tego dnia w każdym domu gotuje się czarny ryż (乌饭) barwiony liśćmi smokrzynu, który następnie owija się w liście nieśplika i podaje bydłu*. W niektórych miejscach tradycyjnie zastawia się stoły dobrem wszelakim - od mięs i alkoholi po warzywa i owoce, po czym senior-człowiek prowadzi seniora-byka lub seniorkę-krowę wokół stołu, by się częstowały, a jednocześnie nie ustaje w werbalnych, a czasem nawet śpiewnych pochwałach. W niektórych regionach przetrwał zwyczaj pojenia bydła alkoholem zmieszanym z surowymi jajami. Dopiero gdy krowa się posili, ludzkim członkom rodziny wolno zasiąść do stołów. Jednak to nie koniec obchodów! W niektórych regionach urządza się bydłu kąpiel, pławiąc je w pobliskich rzekach przy wtórze bębnów; w innych organizuje się dla stadka kąpiel w wodzie aromatyzowanej liśćmi ambrowca. Co bardziej pracowici i troskliwi właściciele tego właśnie dnia wyczesują stadko z kołtunów i insektów, a drobne ranki czy ślady ukąszeń smarują maściami. Po tych ablucjach częstokroć przystraja się krowie rogi. Na koniec dnia tradycyjnie cała rodzina powinna pogłaskać swoją krowę po grzbiecie, by życzyć jej szczęścia. 
W dawnych czasach cześć oddawana przy tej okazji krowom równała się czci boskiej, a obchody były wzbogacone o podziękowania dla Boga Bydła (敬牛神), które odbywały się w Świątyniach Króla Byczego Demona 牛魔王庙, jednak wraz z nadejściem nowego porządku stare wierzenia wyblakły, a świątynie poznikały. Samo święto jednak przetrwało, razem z kładzeniem nacisku na to, by wszyscy cenili sobie te pracowite i pożyteczne zwierzęta. 
Skąd jednak wziął się ten niecodzienny zwyczaj? Mówi o tym wiele legend. Pierwsza jest taka: Dawno, dawno temu w straszliwych czasach, gdy pomór bydła zabierał większość stad, ludność północnego Guizhou postanowiła zbierać się ósmego dnia czwartego miesiąca, by modlić się i próbować przebłagać bogów, by raczyli otoczyć opieką ich stada. Razu pewnego słysząc te modły na ziemię zstąpiło krowie bóstwo - Byczy Król 牛王 - by osobiście dopilnować tego, by bydłu nie działa się krzywda. Na pamiątkę tego wydarzenia ludzie ustanowili ten dzień świętem Byczego Króla. 
Ale inni twierdzą, że było inaczej. Otóż dawno dawno temu było sobie małżeństwo. Mąż był zaradnym, pracowitym gospodarzem o gołębim sercu, za to jego żona była leniwym łakomczuchem. Kiedy tylko mąż ruszał rano w pole, ona chowała się w domu, by pomaszkiecić. Pewnego dnia, a było to właśnie ósmego dnia czwartego miesiąca, mąż jak zwykle ruszył w pole, by orać w pocie czoła, choć żona zaspała i nawet dlań nie przyrządziła prostego śniadania. Dzień był tak gorący, a chłop tak osłabiony, że wkrótce zemdlał. Bawół, z którego pomocą chłop orał swe poletko, współczuł mu bardzo, a gdy nieszczęśnik się wreszcie przebudził, odezwał się doń tymi słowy: "Ta twoja żona nie dość, że jest wygodna i leniwa, to jeszcze za twoimi plecami objada się smakołykami, tobie każąc głodować. Teraz właśnie gotuje na parze kleisty ryż, bo ma chrapkę na słodką wódkę. Wracaj prędko do domu!". Chłop nie do końca dowierzał bawołowi, jednak wrócił do domu, a jako osoba prostolinijna powiedział żonie o wszystkim, co rzekł mu bawół. Żonce aż para z uszu buchnęła ze złości, a za karę napchała bawołowi gorącego ryżu do pyska. Odtąd krowy nie potrafią mówić i nie mogą zdradzać mężom żoninych sekretów. Jednak wieść o tym zdarzeniu stugębną plotką rozniosła się po okolicy; żona stała się pośmiewiskiem. A na pamiątkę wydarzenia i w podzięce za dobroć, pracowitość i współczucie bydła co roku stadka krów są karmione kleistym ryżem, oczywiście już nie gorącym, a krowy mogą tego dnia odpocząć od codziennego znoju. 
Wróćmy na chwilę do czarnego ryżu. Tak przyrządzony ryż jest popularny w południowych Chinach, nie tylko wśród mniejszości etnicznych, ale i wśród Hanów. W niektórych miejscach jest tradycyjnym pożywieniem na Święto Czyste i Jasne bądź Święto Zimnego Jedzenia, w innych jada się go tylko przy okazji Krowiego Święta. Tradycyjnie ryż bawiło się w każdym domostwie, jednak dziś można taki kupić i w sklepach - nie tylko przy okazji rozmaitych świąt, ale też jako opcję śniadaniową bądź deser. Najczęściej jest jadany na zimno, posypany białym lub brązowym cukrem. 

*W innych miejscach podaje się wielobarwny ryż.

2024-10-03

吃新米 jedzenie nowego ryżu

Dziś pierwszy dzień dziewiątego miesiąca księżycowego, dlatego pozwolę sobie podzielić się z Wami pewną tradycją ludu Jingpo. Oni bowiem od dziewiątego do dwunastego miesiąca księżycowego świętują (nie pełne trzy miesiące, tylko na przestrzeni tych trzech miesięcy w rozmaitych wioskach w różnym terminie). W ramach świętowania ubija się świnie i kury, pokazuje zebrane owoce i warzywa, śpiewa i tańczy w ramach swego rodzaju dożynek. Najważniejszą jednak częścią świętowania jest "jedzenie nowego ryżu", ponieważ w języku oryginalnym święto zowie się właśnie Świętem Jedzenia Nowego Ryżu. 
Zgodnie z legendą, dobre zbiory zawdzięczamy psom. Otóż swego czasu Duch Zbóż opuścił pola Jingpo i wstąpił na niebiosa, przez co zboża rosły marne. Jednak psy swym wyciem przyzwały go z powrotem - i odtąd zboża rosną pełne i jędrne. Jako boski dar, zboża są traktowane inaczej niż inne plony, dlatego po żniwach należy uczcić zaopatrzenie ludzkości w tak znakomite pożywienie. Wystawia się więc suto zastawione stoły, opowiada legendę o psich zasługach, a potem pies dostaje pierwszą miskę jedzenia, a ludzie mogą zacząć ucztę dopiero po nim*. 
Pierwotnie każda rodzina świętowała osobno, jednak później zaczęto świętować całymi wioskami. Ponoć ma to związek z faktem, że po zakończeniu żniw zbiory bywają tak obfite, że zastawione wszelakim dobrem stoły zaczęły służyć jako stragany - po pierwsze pokażmy sąsiadom, jacyśmy bogaci, a po drugie - może uda się sprzedać naddatek? Siłą rzeczy, obchody wioskowe zdarzają się w tłuste lata, jeśli zaś dokuczyła susza i zbiory są licheńkie, wraca się do obchodów indywidualnych.
Święto Jedzenia Nowego Ryżu obchodzone jest nie tylko w Yunnanie i nie tylko przez Jingpo. Tutaj na przykład możecie pooglądać analogiczne święto w wioskach Miao i Zhuangów z Guizhou:
 
*swoją drogą, u wielu yunnańskich grup etnicznych pojawiają się legendy wiążące w rozmaity sposób psy z dobrobytem ludzi.

2019-05-18

Ciotunia 老干妈

Gdy zapytać przeciętnego Chińczyka, z czym mu się kojarzy miano Tao Huabi, zazwyczaj ma pustkę w głowie. Wystarczy jednak wtedy powiedzieć - Ciotunia - Lao Ganma, by każdy się uśmiechnął ze zrozumieniem. Większości zacznie również cieknąć ślinka. Tao Huabi jest bowiem twórczynią jednej z najbardziej rozpoznawalnych marek na chińskim rynku kulinarnym - właśnie marki "Ciotunia", reprezentującej smaki charakterystyczne dla Guizhou.
Tłumaczę sobie na polski Lao Ganma jako ciotunia, jednak jest to trochę bardziej skomplikowane. Gan 干 to słowo o wielu znaczeniach, żeby wspomnieć tylko niektóre: suchy, czysty, daremny, robić, ignorować, uprawiać seks, suszone jedzenie, adopcyjny. Ganma 干妈 byłaby więc matką adopcyjną - i faktycznie, tak się również mawia. Ale jest też drugie dno. Niekoniecznie chodzi o matkę, która formalnie kogoś adoptowała. Często chodzi po prostu o osobę, która się danym dzieckiem chętnie i z sercem opiekuje, nie będąc krewną - bo jeśli jest krewną, to oczywiste, że się opiekuje. W takim sensie w polszczyźnie najbliższe byłyby matka chrzestna albo - chcąc uniknąć przełożenia religijnego, który w chińskim nie występuje - przyszywana ciocia. Nie wiem, jak Wy, ale ja całe dzieciństwo miałam mnóstwo "przyszywanych" cioć, czyli takich, które nie były prawdziwymi ciociami, ale które często widywałam, lubiłam się z nimi i które były mi bliższe niż rzadziej widywana "prawdziwa" rodzina. Nasza córeczka na przykład tak nazywa przyjaciółkę ZB, szefową pielęgniarek na oddziale położniczym w szpitalu, w którym Tajfuniątko przyszło na świat. Ta konkretna ciocia troszczy się o nasze dziecko od urodzenia - a nawet wcześniej - więc nosi wdzięczne miano ganma. Dla mnie Lao Ganma, gdzie lao oznacza serdeczność, jest właśnie taką Przyszywaną Ciotunią, której obecność rozprasza wszelkie smutki. Od kilkudziesięciu lat pikantne i aromatyczne przysmaki marki Lao Ganma rozpraszają bowiem smutki milionów Chińczyków, których na przykład wywiało daleko od domu. Pierwsze produkty powstały już w 1984 roku, jednak dopiero w 1996 zaczęła się masowa produkcja i kolportaż na terenie całego kraju. Ponoć produkty Lao Ganma to najlepiej sprzedające się pikantne przyprawy w całych Chinach.
Co produkuje Ciotunia?
Sufu, douchi w ostrym sosie, płatki chilli w oleju, sos douchi 水豆豉, różne wersje chilli - posiekane, w oleju, na sucho, w kurzym smalcu, w postaci pasty i tak dalej. W tej chwili lista produktów jest już dość długa, jednak największą sławą cieszą się fermentowane fasolki douchi w ostrym sosie, a także pyszne sufu i przyprawy do ogniowego kociołka. Produkty cieszą się też sporą sławą poza granicami Chin, przy czym oczywiście najłatwiej je dostać tam, gdzie mieszka chińska diaspora. Jeśli chcecie o marce poczytać więcej, zapraszam na ich anglojęzyczną stronę.
A ja tymczasem podzielę się z Wami pewną anegdotką, opowiedzianą mi przez znajomą Chinkę, która pojechała na dwa lata na studia do Stanów.
Pytanie: Kiedy wiadomo, że znalazłeś się naprawdę daleko od domu, że jesteś tam już długo i bardzo tęsknisz?
Odpowiedź: Kiedy patrzysz na Przyszywaną Ciotunię (老干妈) tak serdecznie, jakby to była Twoja rodzona matka (亲妈)...

2018-11-26

Yuan Xiaocen 袁晓岑

Yuan Xiaocen to chyba najbardziej znany artysta Kunmingu. Malował kaligrafie, nie całkiem tradycyjne, za to przepiękne, a także rzeźbił w brązie. Urodził się w 1915 roku w maleńkiej wiosce w Guizhou, ale mając lat 23 poszedł na Uniwersytet Yunnański i to tutaj się nauczył malować, a po utworzeniu ChRL został dziekanem jednego z wydziałów w Yunnańskiej ASP, a później wicerektorem. Dzięki dorastaniu na wsi umiał obserwować zwierzęta, dlatego ich wizerunki są bodaj najlepszymi jego dziełami. Choć można powiedzieć, że całe życie służył reżimowi, do partii wstąpił dopiero jako ukształtowany już artysta o dobrze ugruntowanej pozycji - w 1979 roku. Zdecydował się na ten krok, choć tak wiele stracił w trakcie Rewolucji Kulturalnej - spłonęło wiele jego dzieł. Już jako całkiem dojrzały malarz przestał malować tradycyjne żurawie i poświęcił się pawiom, tak na płótnie, jak i w brązie. Ważną częścią jego twórczości były też dzieła przedstawiające yunnańskie grupy etniczne oraz życie Yunnanu. Na potrzeby parku Expo stworzył w 1999 roku Pawia, którego można nadal podziwiać w tym ogrodzie. Wiele jego rzeźb jest rozsianych po całych Chinach.
W 2004 roku, jeszcze za życia artysty, stworzono muzeum, w którym nie tylko znajduje się część jego dzieł, ale często odbywają się wystawy sztuki współczesnej. Ogród Sztuki Yuan Xiaocena 袁晓岑艺术园 jest położony przy ulicy Czerwonej Pagody w jej zachodnim odcinku 红塔西路 26, z widokiem na Zachodnie Góry i tuż obok Jeziora Dian. Można się tu dostać autobusami 183, 94, A1, 24, 44, 73, 184 i 233. Pewnego pięknego dnia wybrałam się tu na wycieczkę, chcąc przy okazji zobaczyć wystawę sztuki współczesnej.
takiego Fucka mogłabym może nawet polubić ;)
"Szlak Końsko-Herbaciany"
Piękne miejsce, dobrze opisane rzeźby rozsypane po ogrodzie. Trochę raziły propagandówki typu "wieśniak dziękujący żołnierzowi ALW za wyzwolenie kraju", ale były też perełki - poeta na ośle jest przepiękny, takoż i kilka innych rzeźb. Wewnątrz zaś oczy cieszyły przede wszystkim pawie.
Oprócz tego były w środku dwie wystawy: chińsko-niemiecka wystawa współczesnych obrazów i rzeźb, w tym inspirowanych Yunnanem:
Bambusowa Świątynia - ci arhaci naprawdę wyglądają właśnie tak przerażająco...

była też obfita reprezentacja cokolwiek zmienionych yunnańskich glinianych kotów...
widok na miasteczko Miaoling
Oraz wystawa fotografii Latających Tygrysów, pokazujących Yunnan, a przede wszystkim Kunming, z czasów II wojny światowej. O niej jednak innym razem :)
Obie wystawy były wspaniałe. Na deser kupiłam sobie pocztówki z pawiami mistrza Yuana.
Ech, żeby to było chociaż odrobinę bliżej domu!...

2016-09-10

kwiaty czosnku bulwiastego 韭菜花

O czosnku bulwiastym już kiedyś wspominałam. Nie mówiłam za to, że jadalne są nie tylko jego łodyżki, ale również kwiaty i korzenie. Dziś pora na kwiaty. Ładne są, białe. Jednak kiedy zaczną być białe i ładne, z kulinarnego punktu widzenia robią się bezużyteczne. Użyteczne są wtedy, kiedy jeszcze nie rozkwitną i wyglądają jak małe, guzowate trójkąciki 3D. Kisi się je wówczas i używa jako ostrej i mocno aromatycznej przyprawy w Yunnanie, Syczuanie i Guizhou. Z yunnańskich najsłynniejsza jest wersja rodem z Qujingu. Choć w tutejszych sklepach można dostać jej niewielkie opakowania, na wsiach nadal kisi się je w wielkich tanzi z drobno posiekanym chilli, imbirem, wódką, cukrem i solą; czasem z dodatkiem grzybów. Po ukiszeniu są kwiaty niemal nieśmiertelne - właściwie nie mogą się zepsuć. Po ukiszeniu zaś - podaje się do potraw na zaostrzenie apetytu i poprawę trawienia. Jednak w Yunnanie, kochającym kartofle, jednym z najpopularniejszych sposobów podania naszej kiszonki są

ziemniaki smażone z kwiatami czosnku bulwiastego 韭菜花炒洋芋丝

Składniki:
  • łyżka marynowanych kwiatów czosnku
  • bardzo duży ziemniak, pokrojony pracowicie w paseczki albo starty na tarce o grubych oczkach
  • olej
  • sól (ewentualnie)
  • (ewentualnie, głównie dla koloru, kolorowa papryka pokrojona w cieniutkie paseczki)

Wykonanie:
  1. Rozgrzać olej.
  2. Dodać łyżkę kwiatów czosnku.
  3. Gdy zapachnie, dorzucić ziemniaki i smażyć je na sporym ogniu, aż będą usmażone, pachnące i pyszne.
  4. Ja soli nie dodaję, bo marynata jest już słona, ale można doprawić do woli.

2015-05-01

Pan Wu i Pani Zhen

Mam wspaniałą świekrę. Pogodna, chorobliwie optymistyczna, łatwo nawiązująca kontakty z ludźmi każdego rodzaju. Bardzo ją lubię, więc gdy wylądowała w szpitalu, odwiedzałam ją codziennie, przynosząc dietetyczne żarcie. Karmiłam, pomagałam skorzystać z toalety - każdy, kto opiekował się kimś w szpitalu na pewno rozumie.
Świekra mieszkała w czteroosobowym pokoju, współlokatorki w wieku 28-45 bardzo ją polubiły. Tak się wszystkie zżyły, że obiecały sobie nie stracić kontaktu po wyjściu ze szpitala. Ja je oczywiście również poznałam; wysłuchałam wielu historii, poćwiczyłam dialekt...
Jedna dziewczyna to dwudziestoośmiolatka, dzieciata, cicha dziewczyna. Miała być na restrykcyjnej diecie, więc jadła maocai, bo przecież gotowany.
Jedna ma lat 31, kobieta sukcesu, więc niezamężna, bo nie chce jakiegoś barana, co z kolei jest powodem do rozpaczy jej mamy, która zrobi wszystko, by jej córka nie była kobietą-resztką.
No i najstarsza z nich, Pani Zhen, współwłaścicielka dużej firmy. Mąż jest od "kontaktów", a ona od roboty. Poza tym również wykonuje wszystkie prace domowe, stara się (dość bezskutecznie niestety) wychowywać trzynastoletnią córkę i jest wcieleniem skromności. Oboje z mężem pochodzą z Guizhou; choć mieszkają w Kunmingu od lat, nigdy tego miasta nie polubili.
To właśnie pani Zhen najbardziej polubiła moją świekrę. Było tak: pani Zhen powiedziała mojej świekrze, że w szpitalu czuje się jak na wakacjach, bo wreszcie nie musi nic robić, a jej mąż to wałkoń, który niczego nie tknie nawet palcem. Kiedy więc Pan Wu - mąż - przyszedł, moja świekra pyta go prosto z mostu: lubisz swoją żonę? No lubię. Kochasz? Kocham. To dlaczego nie pomagasz jej w niczym w domu? Mój stary nie umie gotować ani sprzątać, ale sam sobie pierze, robi zakupy "do domu" i spożywcze, a nawet pomaga mi przygotować warzywa: myje, kroi, doprawia... Kochasz swoją żonę, to jej to okaż.
Pan Wu pokiwał głową, zaśmiał się dwa razy i potakiwał gorliwie. Dziś jednak na zaproszenie Pani Zhen pojechaliśmy do nich na obiad i - nic się nie zmieniło. Mąż jest wałkoniem. Co zresztą było do przewidzenia. Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Czym skorupka. I tak dalej.
A swoją drogą, wizyta przeciekawa. Pozwolę sobie przedstawić "myśli nieuczesane" z tymi ludźmi i naszą wizytą związane.
***
Zaproszeni zostaliśmy (my, czyli świekr, świekra i ja) dlatego, że w szpitalu wywiązała się dyskusja na temat jedzenia i Pani Zhen oświadczyła, że w szpitalu to najbardziej tęskni za guizhouskim żarciem, bo w Kunmingu wszystko jest ohydne, a już najgorsze są te misieny. Jak to ohydztwo w ogóle można jeść! A żarcie w ogóle niedoprawione itp., itd... Powiedziała, że jak już wszyscy będą zdrowi, to nas zaprosi na guizhouski obiad.
Jeśli uznać, że Pani Zhen faktycznie gotuje po guizhousku, znaczyłoby to, że dania tradycyjne tej kuchni MUSZĄ zawierać chilli i glutaminian sodu. W każdej potrawie była solidna garść suszonego chilli i solidna łyżeczka glutaminianu. Wyszłam niepojedzona...
A, przepraszam. Było jedno danie bez glutaminianu: bakłażan ugotowany na parze. Nie zawierał też żadnych innych przypraw, ale za to podano do niego sos. Złożony z chilli, sosu sojowego i glutaminianu...
Jedyną kulinarną korzyścią, jaką odniosłam, było dostanie na wynos jednej ze specjalności Guizhou, w Kunmingu nie do dostania. No i przypatrywanie się, jak Pani Zhen gotuje; jeśli ominę glutaminian, ze dwie czy trzy potrawy powinny mi wyjść przepyszne.
***
Pan Wu przyjechał po nas na przystanek metra Land Roverem. Każdy bogaty Chińczyk ma Land Rovera, bo tylko bogatych Chińczyków na niego stać i dzięki temu nie muszą się nawzajem obwąchiwać pod ogonem, tylko od razu to bogactwo widzą. Świekra się grzecznie zachwyciła: jakie wygodne auto! Pewnie drogie? Pan Wu odparł: tanie jak barszcz.
***
Pan Wu przyjechał po nas wprawdzie Land Roverem, ale ubrany w piżamę. Gdy przyszliśmy do domu, Pani Zhen zapytała, czy nie miałby się ochoty przebrać. Spojrzał na nią z mieszaniną pogardy i obrzydzenia i rzekł, że przecież jest u siebie w domu. Inna rzecz, że Pani Zhen też była w piżamie, ale wyjściowej - z koronkami i kołnierzykiem. A na tym fartuszek, bo przecież robiła obiad...
I kiedy już myślałam, że piżama, gdy do domu po raz pierwszy przychodzą do Ciebie goście, to taki guizhouski zwyczaj, przyszedł kolega Pana Wu. Pan Wu w parę minut zdążył się przebrać w garnitur. Poplamiony, ale jednak garnitur...
***
Po odebraniu nas z przystanku, Pan Wu podjechał pod supermarket, żeby odebrać córeczkę, która robiła zakupy. Córeczka przyszła, weszła do auta, ani be ani me, podjechaliśmy na parking, zaprowadziła nas (nadal bez słowa przywitania) do domu. Pani Zhen zapytała, czy córcia już się przywitała ze wszystkimi, a ze mną w szczególności (ukrytym motywem zaproszenia mnie na obiad była próba zrobienia ze mnie nauczycielki tego leniwca). Córcia się zaśmiała i nadal milczy. Pani Zhen mówi, że jej się to nie podoba. Córka jakby nagle mowę straciła. I słuch. I wzrok. Ale nie, nie straciła! Po chwili zadzwoniła jej komórka i poszła, ignorując matkę tak samo jak nas.
***
Pierwszym meblem zauważalnym po wejściu do mieszkania był stół do madżonga. Były też marmury, przepiękny stół herbaciany, rzeźbiona niska komoda, na której spoczywał milionowocalowy telewizor. Skórzane kanapy, dużo drewna. M.in. wyrzeźbiona z jednego kawałka drewna, a postawiona na honorowym miejscu statuetka Mao...
A dalej - wielka na prawie całą ścianę biblioteczka, wypełniona butelkami drogich chińskich alkoholi.
Piękne pokoje, urządzone jak na nuworyszy przystało. Serio: dwieście metrów kwadratowych i ani jednej książki poza pokojem nastolatki. Tam podręczniki i lektury. W całym domu również ani jednej płyty kompaktowej. Za to dużo alkoholowych butelek i, ku mojemu zdumieniu, herbaty.
***
Zaraz na początku została nam zaparzona pu-er. Pan Wu z dumą powiedział, że to herbata produkowana przez jego firmę. Nie, nie jest to firma herbaciana. To trochę jakby DHL był dumny z, bo ja wiem, wyrobu firmowych pasztetów. Nie zdziwiło mnie, że herbata była ohydna w smaku - nawet gdyby rzeczony DHL był w stanie wyprodukować dobrą herbatę, sposób zaparzenia wykluczył dobry smak.
Gospodarz zorientował się, że gościom nie bardzo smakuje, więc wyciągnął hicior: guizhouską herbatę z pędów herbacianych: Duyun maojian 都匀毛尖*, delikatną, pachnącą, pyszną. Po czym wyciągnął papierowe kubeczki, wsypał po łyżce herbaty do każdego i zalał wrzątkiem. OMG... Nie muszę chyba mówić, że ta "herbata" w smaku przypominała rozgotowany piołun...
***
Pan Wu ma ogoloną głowę; gdy się odwrócił, zauważyliśmy wielką bliznę z tyłu głowy. Świekra pyta, co to takiego i czy już jest zdrowy. Pan Wu odpowiada: stare dzieje, to blizna wojenna. Wracaliśmy w przeszpiegów i zostałem ugodzony w tył głowy przez nieprzyjaciela. Gdyby nie towarzysz wycieczki, nie byłoby mnie dzisiaj między żywymi...
Ponieważ świekra ma dobre serce i jest dobrze wychowana, pokiwała głową i rozczuliła się nad wojennymi przyjaźniami. Pani Zhen zrobiło się głupio za męża i wytłumaczyła, że on tylko żartował, że nigdy nie był żołnierzem, że blizna to pamiątka po chuligańskich wybrykach młodości.
Jak na kogoś, kto "tylko żartował", pan Wu był dość zezłoszczony, że żona ośmieliła się powiedzieć prawdę...
***
Pan Wu opowiada o samochodzie. Że są pewne koszta stałe wliczone w posiadanie Land Rovera. Poza spalaniem dużej ilości paliwa i częstymi naprawami jest to dodatkowe 7000 yuanów miesięcznie (ok. 3500 zł) na mandaty. Bo przecież nie po to się ma takie auto, żeby nie daj buddo jeździć zgodnie z przepisami...
***
Pani Zhen narzeka, że córka nie ma zainteresowań. Cóż, pewnie też bym nie miała, gdybym mieszkała w domu składającym się z madżonga (nie dla dzieci, bo Chińczycy grają w zasadzie wyłącznie na pieniądze), herbaty (dzieciom nie wolno pić, bo teina) i alkoholu (...). Ale Pani Zhen niezmordowanie mówi, jak to ona sama nie miała szansy, by się uczyć, bo byli biedni i dlatego ona sama nie ma wykształcenia ani kultury, ale bardzo chciałaby, żeby jej córka otrzymała wszystko, czego ona sama nie miała. Pan Wu na to: kultura, na co komu kultura? Ważne, żeby odniosła taki sam sukces, jak my!
***
Obiad podano. Panu domu nie przeszkadzało, że goście, czyli 55-letnia mama 31-letniej kobiety sukcesu i ja, podawałyśmy do stołu. To, że córce nie wpadło do głowy pomóc, jest oczywiste. Siadamy, pan domu bez pytania nalewa wszystkim 50%owej wódki i się zaczyna: przesoliłaś wieprzowinę. Wołowina źle pokrojona. Pan domu nie miał litości dla kucharskich kompetencji żony. Litości nie miała też córka: kurczak jest niedobry i w ogóle jak mogłaś dodać tyle chilli do sałatki z sałacianego bambusa? Przecież wiesz, że nie lubię!
Innym smakowało. Ja się nie wtrącałam, choć dla mnie jedynym przewinieniem pani domu był ten nieszczęsny glutaminian sodu...
Dziecko się nażarło, otarło ryj, wstało od stołu i chciało pójść; ani dziękuję, ani pocałuj mnie w d... Pani Zhen próbowała zwrócić uwagę - wstajesz od stołu i wychodzisz, może pożegnaj się z gośćmi? Dziecko mruknęło "dobra", ale nie pożegnało się i wyszło. Szkoda, że jeszcze drzwiami nie trzasnęła.
***
Pan Wu pyta, czy mi smakuje. Odpowiadam, że oczywiście. Wtrąca się siostrzeniec pani domu: bo chińska kuchnia jest przepyszna i wszystkim smakuje, nie to, co na przykład kuchnia indyjska. Tydzień byłem w delegacji w Indiach, a już po 2 dniach mi się tym curry chciało rzygać. Pominęłam milczeniem, ale Pan Wu stwierdził, że temat jest interesujący i pociągnął jak kura ze spluwaczki: bo my w Chinach mamy wszystko, a na Zachodzie to jak nie chleb, to pizza. Nic dziwnego, że biali przyjeżdżają tłumnie do Chin, przecież tam u nich nic nie ma...
***
Siostrzeniec prowadzi własny biznes: hodowlę psów i świń. Sprzedają pięć ras psów, w tym beagle, owczarki niemieckie itd. Wszystkie sprowadzane do hodowli z Europy, bo "chińskie rasy są niesmaczne". Tak, tak. Starannie selekcjonuje psy; te, które pozdają egzaminy na węch itd. idą do policji i wojska, a reszta... cóż. Specjalnie w tym celu "udoskonalił" wzorzec owczarka niemieckiego: wyplenił podpalaną kufę i pierś, żeby psy były prawie całkiem czarne. Czarne psy się lepiej sprzedają na mięso**.
"A w ogóle to cieszę się, że za rodziną przyjechałem do Yunnanu. Jestem świetny w tym co robię, a Yunnańczycy w ogóle nie potrafią zarabiać".
***
Pan Wu przepija do wszystkich naraz. Potem do wszystkich po kolei. Choć nienawidzę tego zwyczaju, nie będę gospodarza upominać; po każdym toaście maczam usta w ohydnej cieczy. Pan domu zauważył, że mi niewiele z kieliszka ubywa i postanowił się ze mną rozprawić: przepił do mnie mówiąc 白老师, 干! Nauczycielko Biała, sucho! Że niby mam opróżnić kielich do dna i zostawić go suchym. Umoczyłam usta i odpowiadam: 昆明确实很干. Kunming zaprawdę jest bardzo suchy. Nawiązuję do suchego klimatu Kunmingu, udając, że nie zrozumiałam, co mi nakazuje Pan Wu. Na chwilę zapomniałam, że jest to źle wychowany matoł; wśród dobrze wychowanych Chińczyków nie istnieje zwyczaj chamskiego zmuszania kogokolwiek do picia. Można zastąpić toast alkoholowy herbatą, można zamiast 干杯 do sucha pić 随意 czyli po własnym uważaniu. Kiedy ZB wznosi toast, sam pije do dna, bo taki zwyczaj, ale zawsze dodaje: 我干,您随意. Czyli ja piję do dna, ale Pan/Pani niech nie czuje się przymuszana. Nigdy mu się nie zdarzyło zmuszać kogoś do picia. Czymś zupełnie absolutnie niestosownym jest zmuszanie kogoś do picia wbrew jego woli, a czymś jeszcze gorszym - robienie czegoś takiego własnemu gościowi.
Jak mówiłam, zapomniałam, że mam do czynienia z prostakiem. Na moją próbę wykręcenia się od picia, gospodarz powtórzył głośno i wyraźnie, na wszelki wypadek gdybym nie zrozumiała: ja nie mówię o kunmińskiej pogodzie, tylko o Twoim kieliszku, powinnaś wypić do dna. Uśmiechnęłam się, spojrzałam mu w oczy i odstawiłam kieliszek na stół, ignorując go kompletnie. Pani Zhen pociągnęła go za rękaw i zmitygowała. Gdyby nie ona, on by nadal próbował mnie zmusić, a ja musiałabym opuścić jego dom w trybie natychmiastowym. Już dawno przysięgłam sobie, że nigdy nikt nie będzie już mnie zmuszał do marnowania własnego zdrowia wbrew mojej woli...
***
Pan Wu poszedł, zanim skończyliśmy posiłek; reszta jeszcze posiedziała przy stole. Kiedy już wszyscy odłożyli na dobre pałeczki, Pani Zhen zaczęła zbierać naczynia. Wszyscy zaczęli pomagać, m.in. jej siostrzeniec. Bardzo mi się to spodobało. Niestety, nie było mu dane pomóc. Mama kobiety sukcesu wyjęła mu miseczki z dłoni i powiedziała: to sprawa kobieca, Ty idź zapalić i odpocząć.
I ona się dziwi, że jej córka nie zamierza wyjść za mąż...
***
Ich mieszkanie znajduje się na osiedlu 世纪城, osiedlu nowobogackich. Zostało one zbudowane w miejscu wyznaczonym przez specjalistę od fengshui; plan osiedla przypomina cielsko smoka. Jak wielu innych biznesmenów czy szefów firm, Pan Wu i Pani Zhen wybrali mieszkanie w "głowie smoka". To właśnie dlatego tak dobrze im się powodzi. Popatrz: ledwo się przeprowadzili, a ich firma dwukrotnie zwiększyła obroty!

Przez całą wizytę ani raz nie zdjęłam z twarzy uśmiechu. Za bardzo lubię moich świekrów, by im sprawić przykrość. Ale jeśli jeszcze kiedyś zostanę przez tych ludzi zaproszona, nie pójdę. Niby po co? I nie, nie zostanę nauczycielką tej trzynastoletniej księżniczki, bez względu na to, ile by mi chcieli zapłacić.

*nazywana jest także Herbatą Pawi Języczek albo Herbatą Haczyków Na Ryby - wszystko dlatego, że nierozwinięte, delikatne pędy herbaciane przypominają kształtem właśnie ptasie języczki albo haczyki.
**o klasyfikacji kolorystycznej psiny pisałam już tutaj.

2015-01-17

ryż z miedzianego garnka 铜锅饭

Pamiętam, jak byłam na Węgrzech. Miałam wówczas 14 lat, byłam zakochana po raz pierwszy w życiu, ale nawet to zakochanie nie pozwoliło mi przymknąć oczu na ohydne stołówkowe żarcie, którym nas tam karmiono. Wiem, że stołówkowe żarcie nijak się nie ma do prawdziwej kuchni węgierskiej, ale muszę powiedzieć, że parę potraw pamiętam do dziś; były dla mnie synonimem obrzydlistwa. Np. makaron podany z saszetką dżemu brzoskwiniowego, mięso w galaretce wiśniowej no i oczywiście ryż z ziemniakami. Cóż to było za paskudztwo! To jak kanapka chleb plus ziemniaki, tylko chyba jeszcze gorsza.
Przypomniałam sobie o tym daniu w Yunnanie, bo okazało się, że tutaj też się to danie jada. Nazywa się po prostu ryż z pyrami 洋芋饭* albo ryż z miedzianego gara 铜锅饭 i jest zupełnie absolutnie przepyszne.
Jeśli macie w domu miedziany garnek - spróbujcie go zrobić. Jeśli nie macie - zróbcie w garze kamionkowym albo jakimś innym z grubym dnem. Nie będzie aż tak smaczny, ale można próbować oszukać swój żołądek.
Składniki:
*ryż
*ziemniaki
*szynka pokrojona w słupki; najlepiej yunnańska albo inna słona
*ewentualnie inne warzywa: groszek, kukurydza, marchewka drobno pokrojona itd.
Wykonanie:
1)Podgotować ryż, żeby był półsurowy. Ja robię to tak, że dodaję połowę mniej wody niż zwykle, więc kiedy ryż wchłonie całą wodę, nadal jest półtwardy.
2)Ziemniaki pokroić w dużą kostkę i obsmażyć w garze razem z szynką i innymi warzywami; gdy zmienią kolor na złotawy, dodać półsurowy ryż, solidnie wymieszać z ryżem, obsmażyć jeszcze chwilę, dodać wody - tyle, żeby ryż miał się szansę dogotować - i przykryć.
3)Na dużym ogniu doprowadzić wodę do wrzenia, a później skręcić na najmniejszy ogień, by sobie powolutku wszystko pyrkało; jeśli szynka nie była bardzo słona, trzeba dodać trochę soli. Co jaki czas zamieszać.
4)Gdy ryż jest już miękki - potrawa nadaje się do jedzenia.

Właściwie potrawa jest gotowa. Jednak gdy się idzie do yunnańskich** knajp, specjalizujących się w takim ryżu, jest on tylko dodatkiem. Przede wszystkim idzie się bowiem na to:
czyli na warzywa i mięsa ugotowane w ostrej zupie.
Instrukcja obsługi jest taka: bierzesz miseczkę, wsadzasz do niej te składniki, które wydają Ci się kuszące (ja uwielbiam tak zrobione kiełbasy, kalafiory i pędy bambusa), a potem podajesz sprzedawcy. On waży miskę i mówi, ile ona kosztuje; w czasie, gdy uiszczasz w kasie należność, on sieka produkty na kawałki, miesza je z sosem i podaje wraz z miską ryżu.
Jest to jeden z najwspanialszych posiłków świata :)

*zwróćcie uwagę, że w nazwie nie występują dwie typowe nazwy ziemniaka: książkowe 马铃薯 ani potoczne 土豆, a yunnański lokalny 洋芋 (zachodnie taro). 
**Zazwyczaj jest na nich napisane, że potrawa pochodzi z Guizhou. Jest to prawda, ale po przeniesieniu ich na yunnańską ziemię przeszły dość konkretną transformację...

2014-06-29

Kuchnia chińska wg Katarzyny Pospieszyńskiej

To było dawno temu, jeszcze w czasach siermiężnego PRLu, gdy nawet dań kuchni polskiej nie dało się normalnie przygotować, bo nie było składników. Właśnie wtedy, chyba na złość Polakom, wydawano książki kucharskie, prezentujące kuchnie egzotyczne. Kiedy w moje ręce trafiła książka pani Pospieszyńskiej, wiedziałam, że jest to raczej ciekawostka przyrodnicza, niż rzeczywisty zbiór przepisów; autorka zapewne nigdy nie była w Chinach, a już na pewno nie jeździła po całym kraju, szukając prawdziwych przepisów. Zapewne nie znała też chińskiego, więc z konieczności musiała się opierać na sprawozdaniach z drugiej czy trzeciej ręki. Jednak nawet trzydzieści lat temu, wydając książkę o kuchni chińskiej, powinna była się chociaż trochę o tej kuchni dowiedzieć, prawda?
O innych daniach na razie nie będę się wypowiadać, bo muszę więcej poszperać. Ale to, co nawypisywała o kuchni yunnańskiej, mnie przyprawiło o spazmy śmiechu, a ZB o ataki wściekłości przetykane soczystymi wiązankami. Serio - mój Pan i Władca, niespotykanie spokojny człowiek, klął gorzej niż podczas jazdy samochodem...
Autorka podzieliła całokształt chińskiej kuchni na dziesięć grup; przed przepisami każdej grupy umieściła wstęp, pobieżnie przedstawiający specyfikę kuchni regionu/grupy etnicznej. Oto wstęp do rozdziału "Chiny Południowo-Zachodnie":
Obszar południowo-zachodnich Chin obejmuje trzy prowincje: Junnan, Kuejczou, Kuangsi. Udzieliły one gościny uciekinierom chroniącym się tutaj przed inwazją Japończyków.Przybysze ze wschodu i północy na nowo odkryli dla Świata południowy zachód Państwa Środka, pogrążony dotąd w izolacji i niepamięci. Obszar ten, przecięty masywem górskim i rzekami płynącymi wzdłuż południków, zachował swą odrębność przez wiele następnych lat. Do czasów chińskiej rewolucji kulturalnej prowincją rządzili feudalni lordowie, nie podporządkowujący się władzy centralnej.
Lordom właśnie zawdzięczać możemy wykwintną kuchnię, umiejętnie wykorzystującą miejscowe zasoby naturalne, a przede wszystkim ryby i inne dary obficie płynących wód. Na południowym zachodzie nie ma jednak rozwiniętej ludowej odmiany sztuki kulinarnej. Toteż mieszkańcy Kuangsi czy Kuejczou korzystają niejednokrotnie z dorobku kulinarnego sąsiednich prowincji - Syczuanu i Kantonu. Czynią to jednak dyskretnie, nie chwaląc się zależnością od bardziej rozwiniętych prowincji Chin.
Czym mogą zaimponować mieszkańcy południowego zachodu? Czy istnieją jakieś dziedziny godne osobnego podkreślenia? Tak, oczywiście! Po pierwsze - niezwykły krajobraz ze strzelającymi w niebo wierzchołkami gór. Po drugie - najlepszy w Chinach klimat. Jeśli idzie o przyjemności bardziej przyziemne, to wymienić trzeba dwie bardzo oryginalne potrawy, specjalność regionu: łapy niedźwiedzia i kunsztownie przyrządzone wróble.
Już pominę to, że autorka połączyła kuchnię Guangxi z kuchniami Yunnanu i Guizhou (wiem, że ze względu na uzus językowy powinnam stosować stary zapis; nie lubię starego zapisu i uważam pinyin za lepszą i czytelniejszą wersję). Tylko mała część Guangxi żywi się podobnie do Yunnanu i Guizhou; część korzysta z tradycji kantońskiej, część z hunańskiej; Chińczycy łączą kuchnię Yunnanu z kuchnią Guizhou, mówiąc nań YunGuicai 雲貴菜, o Guangxi w ogóle nie wspominając. Sami Yunnańczycy i Guizhouczycy bardzo zdecydowanie oddzielają swe kuchnie: kuchnia yunnańska to 滇菜 Diancai, a kuchnia Guizhou to 黔菜 Qiancai. Znowu, na żarcie z Guangxi nie ma tu miejsca.
Następny akapit mnie ukłuł w oczy. Zwłaszcza to zdanie:
Na południowym zachodzie nie ma jednak rozwiniętej ludowej odmiany sztuki kulinarnej.
Kuźwa, to nie jest pomyłka, to jest ignorancja posunięta do granic debilizmu. Autorka pisze przecież o izolacji regionu, o bogactwach naturalnych itd. Jakim cudem zamiast wysnuć wniosek, że tutejsza kuchnia rozwijała się zupełnie inną drogą niż kuchnia innych prowincji, w dodatku zamiast kuchni wielkomiejskiej są tu głównie kuchnie ludowe - twierdzi, że tej kuchni NIE MA! Ba, autorka w ogóle nie wspomina o tym, że Yunnan jest najciekawszą etnicznie prowincją Chin, w związku z czym tutejsze kulinaria LUDOWE są dużo ciekawsze i bogatsze niż gdziekolwiek indziej! Żeby nie sięgać daleko - mamy tutaj sery mniejszości Bai, dania ze świeżych liści herbaty mniejszości Jinuo, tatar wieprzowy z regionu Baoshan, smażone owady i setki innych dań, występujących tylko tutaj, albo przynajmniej tu mających swe korzenie.
I o ile smażone/pieczone wróble faktycznie są miłą przekąską, a łapy niedźwiedzie były dawno, dawno temu, jednym z wystawnych yunnańskich dań, to kompletny brak pojęcia autorki o prawdziwej kuchni Yunnanu bije po oczach.
Swoją drogą, być może niesłusznie mam pretensje do samej autorki. Być może zapytała ona o kuchnię chińską jakiegoś Chińczyka - i stąd ta niewiedza. Reszta Chin ma bowiem dość mgliste pojęcie o naszej kuchni; słyszeli może o dwóch-trzech daniach, wcale zresztą nie tych najsmaczniejszych. Czas jakiś temu, gdy Piekielna Fantazja miała przyjechać po raz pierwszy do Kunmingu, pytała znajomych Syczuańczyków, co dobrego można zjeść w Yunnanie. I choć Syczuan to nasz sąsiad, powiedzieli oni z ogromnym przekonaniem, że w Yunnanie nie ma dobrego jedzenia. Dziwnym trafem Piekielna Fantazja spędziła u nas już dwa urlopy i jeszcze nie dobrnęliśmy nawet do połowy listy "must eat"...
W książce tej są z kuchni yunnańskiej dwa przepisy: na kluski przechodzące przez most i na kurczaka z garnka parowego. Tak, te dwa hity faktycznie nie bardzo mogą pokazać bogactwo kuchni yunnańskiej...

2014-06-20

雲南陸軍講武堂 Yunnańska Akademia Wojskowa

Podczas spacerków brzegiem Szmaragdowozielonego Jeziora, ciągle wpadam na jakieś małe cudeńka. A to jakiś zapomniany stary budynek, wciśnięty w kąt między blokami, a to jakiś prześliczny ogródek, a to kolejna krzywa uliczka ostro pod górę, ukazująca nietypowość tego miasta. Jednym z miejsc, do których wracam przy dobrej pogodzie, by nacieszyć się kolorami i klimatem, jest niewątpliwie Yunnańska Akademia Wojskowa. Kiedyś przyprowadziłam tu dwie Polki, które orzekły, że to kawałek Toskanii w Kunmingu. W Toskanii nie byłam, ale jeśli faktycznie jest podobna temu stylowi, to chyba muszę się kiedyś tam wybrać...
Akademia powstała u schyłku dynastii Qing, w 1909 roku, jako odpowiedź na palącą potrzebę dogorywającego cesarstwa: potrzebni byli nowocześni wojskowi, wiedzący wszystko o współczesnym uzbrojeniu i zdobyczach zachodniej cywilizacji w zakresie mordowania. W chińskich kręgach jest przynajmniej tak znana, jak słynna Akademia Whampoa, której komendantem był swego czasu Chang Kaj-Szek, jednak na Zachodzie mało kto wie, że takie cudo istniało i że było ważne strategicznie. Ba! Mało kto wie, że w Kunmingu można obejrzeć to, co zostało z tej szkoły - czyli parę budynków i plac apelowy/wybieg dla koni. Cóż, Lonely Planet milczy o tym zabytku...
W 1907 najwyższa władza w Yunnanie, czyli Wang Wenshao - Gubernator Generalny prowincji Yunnan i Guizhou, zdecydował, że pozwoli na wybudowanie Akademii Wojskowej. Prawie osiemdziesięcioletni staruszek był już jedną nogą w grobie (zmarł zaledwie rok później), ale - jak widać - miał nosa do interesujących ludzi. Szkołę polecił bowiem wybudować Hu Jingyi. Tak, mnie też to nazwisko niewiele mówiło, pozwolę więc sobie streścić, czego się o nim dowiedziałam.
Hu, Syczuańczyk, syn producenta soli, mając 23 lata został kopnięty nie lada zaszczytem: dostał rządowe stypendium na studia w Cesarskiej Japońskiej Akademii Wojskowej. Uczył się, jednocześnie pilnie obserwując sytuację w kraju: należał do antyrosyjskiej organizacji. Wrócił na krótko do Syczuanu, by szybko przenieść się do Kunmingu - i tu właśnie założył naszą Akademię Wojskową, nad którą ochronne ramię rozłożył i następny gubernator, osadzony w 1909 roku Li Jingxi. Szkoła działała w latach 1909-1935, wydając 22 klasy absolwentów. Pełny kurs trwał półtora roku do dwóch lat. Początkowo studenci byli podzieleni na cztery klasy: piechotę, kawalerię, artylerię i inżynierię wojskową; później dodano logistykę i lotnictwo. Później szkoła zmieniała nazwy, zmieniał się także profil i nauczane przedmioty, dlatego bardzo wyraźnie odcina się ją od późniejszych wersji, ze współczesną Kunmińską Akademią Wojskową (昆明陆军学院) na czele. Wśród studentów obecni byli nie tylko Chińczycy, ale i Wietnamczycy oraz Koreańczycy.
Kogo szkoła kształciła? Najprościej mówiąc - rewolucjonistów. Nauczyciele to byli głównie ludzie, którzy podczas studiów w Japonii stwierdzili, że republika będzie lepsza od cesarstwa, m.in. członkowie Ligi Związkowej. Pierwsze roczniki były więc szkolone, by służyć rewolucji. Ponoć szkoła ta dostarczyła rewolucji około 600 dobrze wyszkolonych żołnierzy. Ba! Mawia się nawet, że to akademia była jądrem rewolucji w Yunnanie i punktem koordynacji rewolucyjnych działań. Następne zaś... cóż. Też. Tyle, że tym razem absolwenci stwierdzali, że republika nie jest aż tak fajna jak republika ludowa. Ze szkoły tej wywodzą się bowiem również późniejsi generałowie Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.
W 1988 roku budynki naszej akademii znalazły się na liście zabytków chronionych przez państwo. Skutek? Dość marny. Podobno docelowo dawne budynki Akademii mają się zmienić w muzeum. Chwilowo w środku mamy sklep, sprzedający okołoyunnańskie pamiątki i... remont. Remont trwa już długo - zaczął się jeszcze przed moim przyjazdem do Kunmingu, a końca nie widać. W środku winny się znajdować artefakty - stare mundury czy inne karabiny. Cóż, mnie jak dotąd się nie udało trafić na ekspozycję w tym na wieki wieków remontowanym obiekcie.
Wchodzimy więc przez bramę główną do środka. W środku plac apelowy. Budynki z gliny, kamienia i drewna, faktycznie europejskie w stylu. Największy z nich był ponoć czymś w rodzaju auli. I... tyle.
Czekam z niecierpliwością na otwarcie muzeum, teoretycznie działającego od początku lat '90 XX w...
 
PS. W końcu otwarli muzeum!

2014-02-25

Jesteś wielkim hamburgerem! 你是個大憨包!

W języku chińskim trzeba uważać na tony. Wie to każdy, nawet bardzo początkujący. Zwłaszcza, gdy gdy pyta o drogę czy godzinę i z miejsca dostaje w pysk, bo zamiast uprzejmie zapytać 請問, prosi o buziaka 請吻. Gdy zamiast "telewizor" 電視 mówi "gówno na prąd" 電屎. I tak dalej...
Dziś będzie o hamburgerze.
Hamburger to po chińsku 漢堡 hàn​bǎo. Te same zgłoski, acz na innych tonach i opatrzone innymi krzakami to pąk kwiatu 含苞 hán​bāo. Długi jednak czas nie mogłam zrozumieć, dlaczego ludzie się z siebie naśmiewają, przezywając... no właśnie. Hamburgerem? Bez sensu. Pąkiem? Jeszcze bardziej bez sensu.
W Guizhou, Syczuanie i Yunnanie jest jeszcze jeden hanbao: 憨包 hānbāo. Dosłownie: głupia torba. W wolnym tłumaczeniu: głuptasek. Dlaczego głuptasek, a nie kretyn czy idiota? Bo widzicie - w tutejszych dialektach słowo to służy głównie do przekomarzania się ze znajomymi i do końskich zalotów. Wiecie, takich z ciągnięciem za warkoczyk i łaskotkami. W takich mało skomplikowanych relacjach męsko-damskich powiedzenie do kogoś "hanbao" doskonale się sprawdza. Kto się czubi, ten się lubi i w ogóle.
Za to jeśli ktoś zajeżdża nam drogę, wpycha się do kolejki, względnie charka nam na buty, kjutaśne hanbao nie wystarcza, trzeba, z mocnym kunmińskim akcentem, zakląć: handing 憨丁!Było to moje pierwsze słowo w kunmińskim dialekcie, ZB potrafi je powtórzyć piętnaście razy w trakcie półgodzinnej wycieczki samochodowej. Inna rzecz, że kierowcy w Chinach naprawdę prowadzą jak ostatnie... no, handingi ;)

2013-12-15

曇華寺 Świątynia Magnoliowa

O tym, że w Kunmingu zimą zakwita magnolia, już pisałam. Z racji tej magnolianej niecierpliwości, zwiemy ją tutaj nie "jadeitową orchideą", jak wszędzie indziej, a "kwiatem wyczekującym wiosny" 望春花. I właśnie w ten pachnący wiosną, słoneczny, grudniowy poranek, obwieściłam ZB, że mam zamiar wybrać się oglądać magnolie do specjalnego magnoliowego parku przyświątynnego. Słyszałam o nim od świekrów już tyle razy, że po prostu nie mogłam odpuścić. ZB stwierdził, że jakoś przeżyje. Biedak. Nie wiedział jeszcze, że po pierwsze wybierzemy się tam na rowerach, czyli godzina w jedną stronę, a po drugie że spędzę tam ładnych parę godzin, wgapiając się w magiczne, śnieżnobiałe płatki na tle błękitnego nieba...
Tak właśnie trafiłam po raz pierwszy do Świątyni Magnoliowej - Tanhua si. O tym, dlaczego znak "曇" - ciemne chmury - należy w tym wypadku tłumaczyć jako magnolię - za chwilę. Na razie skupię się na samej wycieczce.
Gdy dotarliśmy do muru, wiedziałam już, że polubię to miejsce. Otoczone jest bowiem moimi ukochanymi eukaliptusami, w Kunmingu źle się kojarzącymi, a tak przecież cudnymi!
Obecność eukaliptusów jest ważna. Po pierwsze znaczy, że będzie tu dużo wody. Po drugie - że miejsce nie jest zbudowane niedawno - od bardzo wielu lat nie sadzi się już bowiem w Kunmingu eukaliptusów.
Czyli nawet jeśli świątynia jest przebudowana, to przynajmniej park jest stary. Dobra nasza.
Świątynia Magnoliowa położona jest we wschodniej części Kunmingu, u stóp Wzgórza Złotego Konia 金馬山, tuż przy Rzece Złotosokowej 金汁河, a otacza ją ośmiohektarowy park. Świątynię zbudowano w pierwszej połowie XVII wieku, a w przyświątynnym ogrodzie, jak to u buddystów bywa, posadzono magnolię... Nie, ta historia wygląda trochę inaczej, ale o tym za chwilę. Najstarsza magnolia, jaka do dziś kwitnie w ogrodzie przy Magnoliowej Świątyni ma już ponad 300 lat. Od niej też wzięła świątynia swą obecną nazwę, a na murze można przeczytać, że "magnolia zwiastuje pomyślność". Wszystko zaczęło się jednak znacznie wcześniej, już za czasów dynastii Ming, kiedy to w pewnej odległości od miasta, właśnie tutaj, rezydencję zbudował sobie słynny lekarz, o wdzięcznym imieniu Podarował Kamienny Most. Jego prawnuk, o równie wspaniałym mianie Zachować Spokój, podarował rezydencję mnichom i w ten sposób położył podwaliny pod dzisiejszą świątynię. Która zresztą być może zbudowana była inaczej - ciężko to stwierdzić, bo nie wiadomo, jak ją potraktowało trzęsienie ziemi na początku XIX wieku i podpalenie przez bezrozumnych żołnierzy w drugiej jego połowie. Wiadomo za to, że trzęsienie ziemi i pożogę przetrwała przybyła z Indii magnolia, która rosła na podwórzu rezydencji i trafiła w ręce mnichów wraz z domem. Nie wyrwali jej z korzeniami, bo jest znanym buddyjskim symbolem. Zaopiekowali się nią tak dobrze, że dotrwała do dzisiaj. I to mimo zdemolowania Świątyni w trakcie Rewolucji Kulturalnej!
Świątynka jest mała, niepozorna, w trakcie remontu, który zapewne zniszczy resztki stylu. Rozmiarami podobna do Świątyni Yuantong, ale zbudowana tak skromnie, że wydaje się maleńka w porównaniu z pyszną Yuantong. Za to park! Och, żeby wszystkie parki w Kunmingu były tak duże i wszystkomieszczące - matki z wózkami, staruszków z madżongiem, orkiestry erhu i bambusowych fletów i drzewa pokryte kwieciem! W latach '80tych został pierwotny park przyświątynny rozbudowany o właściwie dwa następne parki - jeden utrzymany w starym stylu, z tymi wszystkimi pawilonikami, bambusami itd. oraz drugi, współczesny - z alejkami, jeziorkiem i neoklasyczną Pagodą Pomyślnej Odpowiedzi 瑞應塔. Jasne, beton mnie trochę przeraża, ale park jest naprawdę uroczy, a bagatelna dwumetrowa czareczka herbaty z dziewięcioma smokami, która stoi przed pagodą, nie ustępuje najlepszym dawnym wzorom. W dodatku pierwotny park jest z następnymi dwoma połączony czym? Jaskinią! Znaczy, dwa późniejsze parki są po przeciwnej stronie ulicy, ale można przejść podziemnym korytarzem :)
Pozwiedzaliśmy park, porobiliśmy zdjęcia magnoliom nagim, wspięliśmy się na szczyt pagody w poszukiwaniu ładnych widoków, ale zobaczyliśmy głównie obwodnicę i góry przysłonięte wieżowcami. Im dłużej jednak szukaliśmy, tym bardziej tam nie było żadnej trzywiekowej magnolii. W dodatku ZB zaczął marudzić, że 曇 w nazwie świątyni to taka roślina, która kwitnie tylko raz w roku, i to w nocy. Kwiat paproci po prostu. I że to oczywiste, że jej nie znaleźliśmy, bo przecież nie ma jeszcze nocy, a park zamykają o szesnastej i w ogóle...
Stwierdziłam, że to wszystko to jakaś kosmiczna draka i muszę się dowiedzieć, o co chodzi. Niech żyją wyszukiwarki internetowe!
Słówko 曇 tan, choć nie wszyscy o tym wiedzą, zostało użyte w nazwach dwóch roślin, przy czym tylko w jednej oficjalnie i słownikowo, a w drugiej - tak ot. Pierwsza roślina to słynna Królowa Nocy - epifyllum ostropłatkowe, które faktycznie kwitnie tylko jedną noc w roku - po chińsku zwane 曇花 tanhua. Druga roślina to... oczywiście, magnolia! Jednak nie taka sobie zwykła magnolia naga. 優曇 youtan to nazwa zarezerwowana dla magnolii opisanej przez mojego ukochanego Delavaya, czyli magnolii delavayi - chińskiej magnolii wiecznie zielonej. To nasza, tutejsza, południowochińska magnolia, występująca tylko w Guizhou, Syczuanie i Yunnanie, w dodatku tylko na 1500-2800 m.n.p.m. W dodatku w zasadzie nazywa się po chińsku magnolią górską (山玉蘭), a w yunnańskich dialektach w ogóle się na to-to mówi "górski ananas" (山波羅)... I tutaj pojawia się problem: niestety, pokryta dziewięciopłatkowymi, kremoworóżowymi kwiatami magnolia Delavaya kwitnie tylko w lecie...
Wszystko więc się zgadza: trzeba przyjść do Świątyni Magnolii żeby pooglądać emerytowaną magnolię. Tyle tylko, że nie w magnoliowym sezonie, czyli w zimie, a w lecie. I wyglądać nie bezlistnej magnolii nagiej, a wiecznie zielonej magnolii Delavaya...
Całe to magnoliowe pomylenie nie zepsuło mi wszakże popołudnia; park jest przemiły, słońce stało wysoko, a orzeźwiający zapach magnolii nagiej wynagrodził mi wszystko, łącznie z wizją powrotu do szaroburobłotnej Ojczyzny...