Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lushi 鲁史古镇. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lushi 鲁史古镇. Pokaż wszystkie posty

2025-12-06

Most Błękitnego Smoka 青龙桥

W trakcie wycieczki do przepięknego Lushi szukałam Mostu Błękitnego Smoka. Nawet gdybym nie przeprowadziła kwerendy, dzięki której wiedziałam, czego szukać, to przecież opis tego zabytku był wymalowany na ścianie jednego z budynków w miasteczku:
Szukałam więc wytrwale, póki tubylcy nie powiedzieli, że tego mostu już tu nie ma i żebym poszukała w Fengqingu. Trochę mnie to zdumiało, ale spotkana w Fengqingu Lushinianka wytłumaczyła nam, o co chodzi. Otóż w 2004 roku stary most deska po desce został przeniesiony z wiosek po dwóch stronach Mekongu (należąca do Lushi 金马村 i należąca do Xiaowan 正义村). Przestał pełnić funkcję użytkową, więc zdecydowano, że zostanie przeprowadzony w inne malownicze miejsce o podobnej odległości między brzegami. Trafiło na przedmieścia Fengqingu i tam właśnie należało się wybrać, by go sobie obejrzeć. Dlatego też przybywszy do Fengqingu i posiliwszy się przepysznymi krokietami z plackami wzięliśmy taksówkę i podjechaliśmy zobaczyć cud qingowskiej inżynierii. Niby to tylko sześć kilometrów, ale chcieliśmy zdążyć, gdy było jeszcze dobre światło, a potem kombinować dalej. 
Most Błękitnego Smoka zbudowano w 1761 roku, a w qingowskich kronikach zachowały się wzmianki o dwóch poważnych remontach (1814 i 1844 rok), i dziesięciu pomniejszych. Nigdy jednak te remonty nie zaburzały pierwotnej konstrukcji, dzięki czemu można dziś zobaczyć i dotknąć prawdziwego, zabytkowego mostu południowo-zachodniego Yunnanu. Ma prawie sto metrów długości, trzy metry szerokości i jest zawieszony ponad 15 metrów nad korytem rzeki. My zwiedzaliśmy Fengqing w trakcie pory suchej, przez co tak solidna konstrukcja i wysokość mostu wydają się przesadzone i niepotrzebne. Widziałam jednak zdjęcia z czasu pory deszczowej i powiem szczerze - most nie wisi ani odrobinę za wysoko. 
Most wzmacnia 16 żelaznych łańcuchów ręcznie kutych, które w swej pierwotnej lokalizacji były bardzo niekonwencjonalnie przymocowano do brzegu: otóż wykuto w skale jaskinie w kształcie zwanym "byczym nosem", o których "przegrody nosowe" zahaczono łańcuchy - czternaście na dole, a dwa na górze. Kamienne filary umożliwiały przerzucenie mostu nad rzeką. Po obu stronach most zwieńczony jest sporymi pawilonami, które same w sobie są ciekawe - łatwo sobie wyobrazić, że w dawnych czasach pełniły rolę strażnic i rogatek jednocześnie. Tu wartownicy mieli swoje kwatery; most zamykano z nastaniem nocy i otwierano dopiero o świcie. Ze względu na długość mostu, wysokie brzegi i oczywiście znakomitą obsadę wież strażniczych, w razie ataku nieprzyjaciela nawet bardzo niewielka liczba wartowników mogła długo "trzymać fort". Podsumowując: za Qingów była to bodaj najbardziej imponująca budowla Fengqingu i okolic. 
Skąd jego jakże poetyczna nazwa? Ponoć do budowy zaproszono cieśli i kamieniarzy z Jianchuanu. Jeden z nich, Cai Dengran, uchodził za najlepszego w Yunnanie. Wyobraźcie sobie, że spędził on pół roku badając okolice pod względem hydrologicznym i geologicznym i nadal nie potrafił wybrać odpowiedniego miejsca na most. Pewnego ranka, wstawszy bladym świtem, ujrzał on nad powierzchnią Mekongu poranną mgłę, zasnuwającą najwęższe i najbardziej strome miejsce. Uznał to za znak nieba i postanowił wybudować most właśnie w tym miejscu. Ponoć wykucie jaskiń "byczy nos", a potem nawleczenie na nie łańcuchów zajęło mu pełnych pięć lat! Kiedy właśnie miał zostać zapięty ostatni z łańcuchów, syn mistrza Cai nieopatrznie poślizgnął się i runął w kanion. W tej właśnie chwili znad Mekongu uniosła się gęsta chmura mgły i otuliła go troskliwie, nie pozwalając, by doznał uszczerbku. Okoliczna ludność mawiała potem, że najwidoczniej most został wzniesiony na smoczych żyłach i sam Błękitny Smok ocalił chłopca. Tak właśnie narodziła się nazwa naszego mostu. 
Brzegi długiego na 4880 km Mekongu spina wiele mostów: bambusowe, plecione, żelazne, stalowe, betonowe - ten jednak wydaje się być wyjątkowy przynajmniej w skali Lincangu, ponieważ jest tu najstarszym zachowanym mostem (pomińmy fakt, że został przeniesiony). Ilekroć część zostawała zniszczona, tylekroć odbudowywano go według dawnego wzoru - stanowi więc wizytówkę dawnego Szlaku Końsko-Herbacianego. Musiała po nim przejść każda karawana i każdy kupiec, podróżujący do lub z Lincangu, każdy oddział wojsk, każdy podróżnik. Wiemy już, że Fengqing herbatą stał i stoi. Jednak z racji trudnego położenia i braku sensownych dróg, cały Lincang był terenem niedostępnym i nieznanym. Lincańska przepyszna herbata miała małe szanse podbić świat, skoro nikt o niej nie wiedział, a jej transport był tak skomplikowany. Radę na to znalazł prefekt Shunningu (ówczesna nazwa Fengqingu) Liu Jing 刘靖, który osobiście nadzorował budowę naszego mostu; chciał, by jego miasto zostało w końcu połączone sensownym szlakiem komunikacyjnym z resztą Chin. I tak się stało: budowa mostu wyznacza historyczne połącznie regionu Dali i Lincangu oraz umożliwia transport towarów do Weishan, Dali a potem i do Kunmingu. Tak strategicznego położenia oczywiście jak rok długi strzegli żołnierze. W niespokojnych czasach po upadku cesarstwa bywało, że stacjonował tu cały batalion! 
Najcięższe czasy przyszły oczywiście w czasach współczesnych, wraz ze zmianą sposobu prowadzenia wojny. Po Incydencie na Moście Marco Polo, który rozpoczął drugą wojnę światową, wojska japońskie powoli acz nieubłaganie zajmowały kolejne partie Chin, coraz dalej na południe i na zachód. Pod koniec września 1938 roku dziewięć japońskich samolotów zbombardowało Kunming, ale dopiero w kwietniu 1941 roku trzy samoloty wojskowe doleciały nad tę część Mekongu, by zrzucić łącznie 13 bomb. I wyobraźcie sobie, żadna nie uszkodziła naszego drewnianego mostu! Japończycy wielokrotnie wracali do tego kanionu, jednak mistrz Cai dobrze wybrał miejsce: było tak wąskie, kręte i strome, że piloci obawiali się zanurkować i mogli bombardować tylko z dala - nieefektywnie. Do końca wojny to właśnie tym mostem maszerowały wojska, transporty żywności i lekarstw oraz amunicji. 
Po ustanowieniu ChRL niedaleko wybudowano nowoczesny most wraz z asfaltową drogą, a ten nasz był używany już tylko przez okolicznych wieśniaków. W 2004 roku w związku z projektem dotyczącym hydroelektrowni znajdującej się w górnym biegu Mekongu, wszystkie yunnańskie mosty miały zostać zalane. By tego losu mógł uniknąć nasz zabytkowy most, zarządzono wielką przeprowadzkę, deska po desce, nad maleńką rzeczkę Luozha w pobliżu Fengqingu, będącą zresztą dopływem Mekongu. Znajduje się tam do dziś. Nadal piękny, interesujący i majestatyczny... ale żałuję bardzo, że już nie w tym miejscu, co trzeba. Przetrwał Qingów, Republikę, wojnę i nawet utworzenie nowego państwa na gruzach starego. Szkoda, że historyczne miejsca nad Mekongiem zostały utracone w imię postępu...

2025-11-26

Gong Yi 龚彝

Zaczytując się w historiach o Fengqingu, natknęłam się na bardzo ciekawą postać, mocno związaną z jednym z najciekawszysch okresów historycznych Yunnanu, czyli momentem przejęcia władzy przez Qingów. Historie o zdradach, watażkach, przechodzeniu na stronę wroga, zazdrości i innych takich są nierozerwalnie związane z ostatnim cesarzem mingowskim Yongli i watażką Wu Sanguiem oraz jego ukochaną Chen Yuanyuan. Dziś o ostatnim wiernym, który zapłacił najwyższą cenę za lojalność.
Nie wiadomo, kiedy dokładnie urodził się Gong Yi 龚彝. Jego przodkowie pochodzili z Shandongu, ale wyemigrowali do Yunnanu za czasów cesarza Hongwu (czyli w drugiej połowie XIV wieku, na samym początku panowania dynastii Ming) i zamieszkali w wiosce przy Moście Gushan 鼓山桥头 na północ od Shunningu. Tam właśnie Gong Yi przyszedł na świat i po dziś dzień mieszkańcy tej wioski są zeń dumni. Będąc młodzieńcem uczył się w znanym już nam Lushi (aż trudno uwierzyć, że ta zapomniana mieścinka była kiedyś ośrodkiem gromadzącym intelektualistów, a w Shunningu była pod tym względem pustynia...). W 1624 roku zdał egzaminy prowincjonalne, w związku z czym uzyskał stopień naukowy juren, a już rok później zdał egzamin państwowy w stolicy, w związku z czym został jinshi. Niemal od razu dostał posadę zastępcy ministra wojny, a później ministra wojny w Nankinie. Kiedy sprawy się pokomplikowały i Mingowie uciekli na południe, tworząc tzw. południową dynastię Ming, podążył za cesarzem Yongli do Yunnanu; jego głównym zajęciem było dbanie o aprowizację wojsk cesarskich, dlatego sporo podróżował, ogarniając prowiant. Kiedy wojska qingowskie wkroczyły do Yunnanu, Yongli zwiał do zachodniego Yunnanu, jednak zanim Gong Yi dotarł do Tengchongu, Yongli był już w Birmie, a Gong Yi wrócił do Shunningu. Później dołączył do armii Sun Kewanga (który chciał dla siebie wykroić osobne królestwo). Sun wysłał Gong Yi do cesarza z darami (bursztyny, konie i złoto) oraz petycją o przyznanie mu tytułu i ziem, jednak cesarz odmówił. To nie zmieniło jednak poczucia Gong Yi, że to Yongli jest jego władcą; cały czas działał na szkodę Qingów, ku chwale Mingów. Gdy Yongli został wydany Wu Sanguiowi i doprowadzony do Kunmingu, Gong Yi z narażeniem życia też tu przybył. Wielokrotnie prosił o audiencję u cesarza i Wu Sangui w końcu się zgodził. Gong Yi przygotował jadło i napoje - w zasadzie wydał przyjęcie na cześć cesarza. Zgodnie z legendą, gdy Gong Yi ujrzał swego władcę upodlonego i przegranego, padł z płaczem na ziemię i tak długo bił głową o ziemię, aż zmarł. Do dziś pozostaje symbolem wierności. Cesarz podobno przeżył go tylko o trzy dni - ale o tym, jak wyglądała egzekucja ostatniego mingowskiego cesarza, opowiedziałam już poprzednim razem.
Skąd jednak wygrzebałam tę historię? Otóż ciekawostką na skalę światową jest to, że znany nam już Mandżur Qilin, dowiedziawszy się o tych wypadkach, postawił ku pamięci Gong Yi pawilon ze stelą w miejscu jego urodzenia! 
Zastanówmy się chwilę nad absurdalnością faktu, że Mandżur postawił tablicę pamiątkową dla urzędnika lojalnego w stosunku do Mingów, którzy z Mandżurami walczyli. I wróćmy jednocześnie do pięknego cytatu z Nocy i dni
Czy to bogaty jest rodak dla biednego? Rodak to jest dobry człowiek dla dobrego człowieka, a zły - dla złego. A głupi jest rodak dla głupiego, a mądry - dla mądrego. 
Tak samo rodakami są uczciwi, lojalni i rzetelni - nawet jeśli różni ich przynależność etniczna czy pochodzenie; nawet jeśli gdyby mieli się spotkać na polu walki, musieliby ze sobą walczyć, to patrzą na siebie wzajemnie z szacunkiem, a nie z pogardą.

2025-10-23

茶禅一味 Smak herbaty zen

ozdoba muru w Lushi

茶禅一味 to buddyjski koncept stawiający herbatę wysoko w hierarchii spraw, które pomagają osiągnąć zen - dosłownie: herbata i zen mają ten sam smak. Ponoć cała wielka chińska sztuka herbaciana, której historia sięga czasów tangowskich, zaczęła się od buddyjskich mnichów. Pewien mnich rzekł kiedyś do trójki gości o całkiem różnej proweniencji i statusie: idź napić się herbaty - jakby to miało rozwiązać wszystkie problemy. Mawiał tak również do mnichów, którym senność przeszkadzała w medytacji. Stało się to buddyjskim wersem (偈), powtarzanym często, bo pasującym do wielu sytuacji. Za Songów mistrz chan Yuanwu Keqin podjął to herbaciano-buddyjskie wyzwanie, by wkrótce odkryć, jak wiele zen i herbata mają wspólnego i zabłysnąć właśnie tą sentencją. Oryginał (oraz sadzonki herbaty) powędrowały następnie z jego uczniem o imieniu Eisai Myōan do Japonii i już tam zostały; sam koncept został jednak przyswojony przez kolejne pokolenia mnichów... a także zwykłych zjadaczy ryżu, którzy również zdołali dostrzec zen tkwiący w herbacie. 
Jakiż to zen? Może poszukiwanie dróg doskonalenia ducha? Może oddalenie się od spraw ziemskich za sprawą napoju bogów? Może ceremonia będąca jednocześnie modlitwą? Zarówno w Chinach, jak i w Japonii, Wietnamie i Korei koncept przetrwał i doprowadził do nowych odkryć religijno-estetyczno-herbacianych. Jednak dla mnie kwintesencją jest chyba odkrycie, że w każdej czynności może kryć się więcej sensów, jeśli tylko im na to pozwolimy. 
No i mam jeszcze drugie przemyślenie: 一味 yīwèi znaczy po chińsku "jeden smak", ale również - niezmordowanie, uparcie, ślepo podążać za jakąś ideą. Uśmiecham się do drugiej interpretacji, mówiącej, że zarówno zen, jak i herbata wymagają od swych użytkowników czy też miłośników uporu, samozaparcia, wytrwałości. Z tą myślą żegnam Was, oddalając się w stronę stołu ozdobionego zestawem herbacianym, a w tle będzie brzmieć utwór inspirowany naszą herbacianą sentencją, stworzony przez znaną już Wam Wu Na:
 

2025-10-19

与元居士青山潭饮茶 Pijąc herbatę ze świeckim buddystą Yuanem nad stawem Qingshan

野泉煙火白雲間 
Strumień, dym z ogniska oraz białe chmury; 
坐飲香茶愛此山 
Siedzę sącząc herbatę - kocham te góry! 
 岩下維舟不忍去 
Pod skałami łódka - odcumować nie chcę 
青溪流水暮潺潺 
Gdy zielony strumień nocą ucho łechce. 

Dawno temu, za dynastii Tang, był sobie mnich zwany Lingyi 靈一 [灵一]*. Dziś znany jest jako jeden z najciekawszych mnichów-poetów; początkowo wiódł żywot pustelniczy, poświęcony zdobywaniu wiedzy. Później jednak wędrował między świątyniami zen i medytował, a w międzyczasie często spotykał się z uczonymi i innymi mnichami mieszkającymi na odludziu po to, by... hmmm... napisałabym, że tylko w celu stymulacji intelektualnej i religijnej, jednak najprawdopodobniej również po to, żeby nie umrzeć z nudów i nie musieć pić do lustra (obojętnie: herbaty czy mocniejszych trunków). Zachowały się po nim aż 42 wiersze, z których większość dotyczy właśnie tego, jak dobrze na człowieka wpływa odosobnienie gdzieś blisko natury. 
Tym razem spotkał się z praktykującym świeckim buddystą** o nazwisku Yuan w pięknych okolicznościach przyrody. Rozpalili ogień i zaparzyli herbatę; wsłuchiwali się w szmer strumienia i obserwowali, jak dym z paleniska łączy się nad ich głowami z białymi obłokami. I tak im się podobało, tak dobrze im było podczas tej swoistej medytacji herbacianej, że aż nie chcieli wracać do domu. Czyżby udało się osiągnąć oświecenie?... 
W tym wierszu najdobitniej pokazał on zen tkwiący w piciu herbaty gdzieś hen w górach, daleko od ludzi, gdzie dźwięki i piękno natury pozwalają nam - prawie - osiągnąć nirwanę. Wiersz tak prosty, a tak obrazowy! 
Na graffiti na ścianie budynku w Lushi widać tylko pierwsze dwa wersy; cieszę się, że mogliśmy razem nacieszyć się całością. 
PS. Ciekawe, kim jest ten trzeci?...

*Zwróćmy tu uwagę na cudny przydomek: znany już nam dobrze znak ling, związany z duszą, ma również wiele innych znaczeń: szybki, postawiony w stan gotowości, efektywny, urzeczywistniony... Kiedy dołożyć do tego jedność tkwiącą w drugim znaku, trudno się nie zachwycić. 
**居士 to elegancka nazwa na świeckiego buddystę, praktykującego buddyzm w domu, a nie w murach klasztornych. Prowadzą oni zwykłe życie - małżeństwo, dzieci, praca, jednak ich głównym hobby jest doskonalenie charakteru 修行 i próby osiągnięcia nirwany. Nazywa się ich również zbiorczo 善男信女 shànnánxìnnǚ (dosł. cnotliwy mąż wierząca niewiasta) albo tłumaczeniem fonetycznym prosto z języka pali: upasaka 優婆塞 dla mężczyzn i upasika 優婆夷 dla kobiet.

2025-10-17

知足 być zadowolonym z tego, co się ma

Istnieje w chińskim idiom 知足常樂 [知足常乐] zhīzúchánglè, który można przetłumaczyć mniej więcej jako bycie ustatysfakcjonowanym z tego, co się ma. Dosłowne tłumaczenie byłoby czymś w rodzaju: wiedzieć, [że] wystarcza - ciągła radość. Co jest najciekawsze, jeśli zostawimy tylko pierwsze dwa znaki: 知足 zhīzú - znaczenie sformułowania pozostanie to samo! 
Słowo to mnie zachwyca. Nie tylko dlatego, że naszych siedem słów zostaje tu pięknie podanych w zaledwie dwóch, ale przede wszystkim dla bardzo, bardzo wielu implikacji wyboru tych akurat dwóch znaków. Zacznijmy od 知 zhī. Oznacza wiedzieć, postrzegać, rozumieć. O ile polskie sformułowanie dotyczące wspomnianej wyżej satysfakcji wiąże się z uczuciem zadowolenia, jego chiński odpowiednik kładzie nacisk na wiedzę, dostrzeżenie i zrozumienie. Czego? Ano przede wszystkim tego, że ma się wystarczająco - 足 zú. Który to wyraz znaczy nie tylko "wystarczający", ale również zaspokoić, osiągnąć i... stopa. Ileż tu ścieżek dla rozhasanych myśli! To, co osiągnęliśmy jest wystarczające. Pozwólmy, by zaspokoiło nas i wystarczyło nam to, co osiągnęliśmy. Ale też: tak długo, jak długo posiadamy stopy (pewnie również ręce, ale niech tam), możemy osiągnąć wszystko to, co powinno nam wystarczyć. Oczywiście - Chińczycy zazwyczaj w ogóle nie patrzą na cielesne znaczenie tego znaku w powyższym kontekście, ja jednak uważam to za dodatkowe podkreślenie tego, jak niewiele nam tak naprawdę potrzeba. Mam stopy - mogę pójść, dokąd chcę, mogę odejść, mogę odwiedzić, mogę pracować, mogę odpoczywać. Jestem wolny. Nie udało mi się wprawdzie znaleźć żadnej sensownej etymologii i wytłumaczenia, dlaczego akurat stopa została związana z poczuciem zadowolenia i wystarczalności, ale dla mnie wytłumaczenie szłoby właśnie w tym kierunku. 
Chińczycy powiadają 知足常樂,能忍自安 - bądź zadowolony z tego, co masz, a będziesz w stanie znieść [niepowodzenia] i osiągnąć wewnętrzny spokój. Zrozumieć, że to, co posiadam, jest dla mnie wystarczające, może być nie tylko źródłem radości, zwłaszcza, jeśli połączymy je z wdzięcznością do świata za wszystkie jego dary. To również uzmysłowienie sobie własnego bogactwa. Zgodnie ze słowami jednego z mistrzów buddyjskich zadowolenie z tego, co się ma to pierwsze bogactwo, brak chorób to pierwsza cenna rzecz, dobrzy przyjaciele to pierwsza bliskość, a nirwana to pierwsza radość*. Są ludzie, którzy posiadłszy bogactwa nadal są ubodzy; inni niby nie mają wiele, a są bogaci. Można pójść też dalej: jeśli jesteś zadowolony z tego, co masz, masz pokój w sercu. Nie zazdrościsz sąsiadowi, nie idziesz na wojnę, nie kradniesz ani nawet nie idziesz do kasyna. Nie musisz niczym ryzykować, żeby tylko mieć więcej. Nie jesteś niewolnikiem własnych żądz. No i jeszcze jedno: to nie tylko kwestia odczuwania poszczególnych chwil, ale też pewnego rodzaju ciągłości przekładającej się na styl życia. Dziś zjem ryż z jakimś warzywkiem, jutro wystawną kolację, pojutrze mogę poprzestać na kanapce - każda z tych potraw da mi takie samo szczęście sytego żołądka. Jeśli mam wystarczające środki, by coś zjeść, mieć kapotę i dach nad głową - to wystarczy. Świetnie mieć więcej i nie bać się o jutro, ale kiedy już nie boję się o jutro, czyż muszę koniecznie chcieć jeszcze więcej? Wiedząc, że mam wszystko, czego mi trzeba, mogę wieść życie spokojne i pełne satysfakcji, nie dając się chorym ambicjom, oczekiwaniom osób trzecich ani własnym. 
Od paru lat codziennie budzę się i dziękuję światu za to, że on jest i że jestem w nim ja. Że jest ZB i Tajfuniątko, że istnieje herbata wypijana w deszczowe popołudnie w miłym towarzystwie, mili goście i że mieszkam nad Szmaragdowym Jeziorem... 
A wszystkie te rozkminy to dlatego, że na ścianie w Lushi wisiała taka oto ozdoba:
*知足第一富,無病第一貴,善友第一親,涅槃第一樂 - słowa Sosekiego Musō.

2025-10-13

Lushi - upiększanie

Oczywiście, Lushi jako wioska wzorcowa, uznana przez władze za wartą ochrony i opieki, jest obecnie znacznie piękniejsza niż wioski, które takiej opieki nie mają. Wiem, jak to działa, ale i tak chodzenie ciekawie zdobionymi uliczkami sprawiało mi przyjemność, a szukanie kolejnych malunków i ciekawych rozwiązań estetycznych było miłą rozrywką.
No i co z tego, że to całe upiększanie jest na pokaz? Wierzę głęboko, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Może ludziom, którzy w życiu nie zastanowili się, jak upiększyć swoje otoczenie, patrzenie na ładne rzeczy, które nie służą niczemu poza cieszeniem oka, wejdzie w krew do tego stopnia, że jeśli im tego zabraknie, będą szukać piękna i starać się je znaleźć bądź stworzyć od nowa.

2025-10-03

鲁史酱油 Sos sojowy z Lushi

Jednym z głównych powodów (oprócz architektury, położenia i historii), dla których warto odwiedzić Lushi, jest to, że przetrwały tam maleńkie manufaktury i zakłady rzemieślnicze, które w Wielkich Chinach już nie istnieją. Przykładem służyć może zakład produkujący sos sojowy dawnymi metodami:
W sklepiku od frontu można znaleźć również inne lokalne produkty, m.in. lufu i rozmaite sosy chilli.
Jeśli ma się godzinkę czy dwie, warto wejść, a właściciele (to mały rodzinny zakład) z całą serdecznością, choć niekoniecznie w zrozumiałym mandaryńskim, odpowiedzą na wszelkie pytania i pokażą, jak zrobić sos sojowy, dlaczego należy używać płótna i bambusa, a także jak długo właściwie musi ta soja fermentować i czego się dodaje jako starteru fermentacyjnego. A wszystko bez pośpiechu, przy filiżance herbaty, a już najbardziej się właściciele cieszą, gdy chcesz robić zdjęcia i ponieść w świat wiedzę o tradycyjnym sosie sojowym, który jest stokroć smaczniejszy niż chemiczne podróbki dostępne w sklepach. Koniecznie kupcie butelkę - nie tylko po to, żeby wesprzeć tradycję, której naprawdę szkoda, ale przede wszystkim dlatego, że naprawdę warto - sos jest boski.

Są i inne miejsca, o których warto poczytać, o które warto zapytać. Jest na przykład stary zakład farbiarski, powstały w 1905 roku, którego właściciel podróżował ponoć po całych Chinach, żeby znaleźć najlepsze techniki farbowania materiałów i najlepsze produkty służące do farbowania.


Jest też herbaciarnia, która się szczyci tym, że kontynuuje tradycję herbacianą zakładu Junchang hao 俊昌号, założonego właśnie tutaj w 1922 roku przez pana Luo Yingcai. Był to człowiek z głową na karku, który zaczął biznes od sprzedawania szwarcu, mydła i powidła, w tym paszy dla koni kupców przechodzących przez miasto, a także od tworzenia własnych wyrobów tytoniowych z produkowanych w okolicy liści. W 1931 roku był już tak zamożny, że kupił sporo ziemi w okolicy specjalnie po to, żeby uprawiać i przygotowywać do sprzedaży herbatę pu'er. Wędrowała ona następnie do Xiaguan, czyli do regionu Dali, a stamtąd już do całych Chin. Szczyt rozwoju firmy (jak większości firm w Lushi) przypadł na lata '30-'40 XX wieku. Ponoć są jeszcze kolekcjonerzy posiadający oryginalne "ciastka" herbaciane z tamtych czasów; warte są fortunę! Istniejąca dziś firma 普洱俊昌号生茶, choć nazwę zapożyczyła z tej oryginalnej i choć też produkuje surowe pu'ery, nie jest niestety bezpośrednią spadkobierczynią tradycji zapoczątkowanej przez Luo Yingcaia. Chlubią się wprawdzie, że produkują herbatę tradycyjnymi metodami, jednak chwilę później chwalą się, że unowocześnili proces produkcji, więc są raczej mało wiarygodni. 
Wracając do Lushi - szkoda, że herbaciarnia ta nie miała w ofercie nic ciekawego, tylko herbaty, które znam z innych miejsc. Chętnie spróbowałabym ich własnych herbat. Ciekawe, czy mają choć jedną produkowaną lokalnie - stare krzewy herbaciane pana Luo ponoć jeszcze gdzieś tam dziczeją...


Rozwój miasteczka wyobrażałabym sobie właśnie w tę stronę: szukać ludzi, którzy znają stare rzemiosła bądź chcą się ich nauczyć i je przywrócić do życia. Zaplecze jest, tylko - ludzi brak. W całym miasteczku prawie nie widać młodych twarzy; na jakiejś jednej trzeciej budynków wiszą kartki "na sprzedaż". To, co widzę oczyma wyobraźni, jest piękne. Historia herbaciano-końskich karawan, lokalne biznesy, sławne na całe Chiny, tradycyjne produkty kulinarne i warsztaty dla tych, którzy chcieliby odkryć Prawdziwe Chiny.
Może kiedyś się ziści?

2025-09-29

Stare Miasto Lushi 鲁史古镇

Po spędzeniu półtorej doby w Lincangu ruszyliśmy w stronę prawdziwego celu naszej wycieczki: starego miasta Lushi. Szkopuł w tym, że wcale nie jest tak łatwo się tam dostać! O ile do Lincangu dojechaliśmy szybką koleją, co było rozwiązaniem nie tylko ekspresowym, ale i komfortowym, o tyle na miejscu zaczęły się schody. Autokarów do Fengqingu, czyli stolicy pobliskiego "hrabstwa" czy też powiatu, jest sporo, jednak podróż do samego Lushi trzeba solidnie przemyśleć, ponieważ w zależności od sezonu busy na tej trasie kursują tylko dwa do trzech razy dziennie. Warto zaplanować sobie wycieczkę tak, by na samo Lushi zarezerwować sobie niecałą dobę. My pojechaliśmy do Lushi ostatnim busem z Fengqingu, tak, by dotrzeć wczesnym popołudniem i zwiedzać w promieniach zachodzącego słońca, a następnego dnia rano wsiedliśmy w bus powrotny. To była idealna ilość czasu, żeby tu wszystko obczaić, ale również wypocząć po i przed męczącą podróżą. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że podróż przebiega górskimi drogami trzeciej kategorii, a standard busów
i stopień ucywilizowania większości pasażerów znacznie odbiegają od miejskich norm. Tych zaledwie osiemdziesiąt parę kilometrów pokonuje się przy sprzyjających warunkach atmosferycznych ponad trzy godziny! Przy akompaniamencie tranzystorów, gdaczących kur, charakterystycznym odgłosie oczyszczania górnych dróg oddechowych i oczywiście w okropnym smrodzie. A jednak... moim zdaniem warto. Dlaczego? 
Lushi było dawniej pierwszym przystankiem zachodniecj części Szlaku Herbaciano-Końskiego 茶马古道. Gdy szlak przestał istnieć, miasteczko uległo niemal całkowitemu zapomnieniu. I dobrze! Gdy w 2002 roku władze postanowiły, że trzeba je chronić, niewiele się tam zmieniło w stosunku do tego, jak wyglądało sto lat wcześniej. Północne siheyuany, zhejiańskie sanheyuany i yunnańskie (w tym bajskie i yijskie) domki przemieszane jak się patrzy, a wszystko w kamieniu, drewnie i glinie, tu ozdobione jakimś ogródkiem, tam balkonem, a jeszcze gdzie indziej kaligrafiami naściennymi. Brukowane drogi, będące de facto końskimi schodami sprzed setek lat, studnie i wąskie ścieżki między domostwami, a także liczący ponad 3000 starych drzew las herbaciany w pobliskiej wiosce Złotego Koguta 金鸡村 - całe szczęście zaczęto to wszystko ochraniać zanim zostało zniszczone przez modernizację. A wszystko dzięki temu, że Lushi jest położone w bardzo trudnym terenie: między Mekongiem i rzeką Heihui 黑惠江 czyli jego dopływem, na stromym zboczu, przez co to, ile powierzchni zajmuje jest kwestią mniej ważką od tego, na jaką wysokość należy się wspiąć, żeby dokądś dojść. Niefortunna lokalizacja sprawiła z jednej strony, że aż do dziś trudno tam dojechać i trudno żyć; z drugiej jednak strony właściwie tylko tak odosobnionym perełkom udało się wyjść bez szwanku z dwudziestowiecznych historycznych zawirowań i modernizacji. 
Powstałe mniej więcej 700 lat temu miasteczko za czasów mingowskich i qingowskich nazywało się Alusi albo po prostu Alu, co po yijsku znaczy "małe miasteczko", dopiero potem Chińczycy wzięli brzmienie i dostosowali znaki - stąd współczesna nazwa. W 1693 roku miasteczko odwiedził nasz dobry znajomy Xu Xiake czyli jeden z najsławniejszych chińskich podróżników - i już wtedy było to miejsce tętniące życiem. Od momentu, gdy w 1761 roku powstał pobliski Most Błękitnego Smoka 青龙桥 i poprawiły się warunki transportowe, Lushi stało się ważnym punktem pocztowo-handlowo-informacyjnym. Coraz częściej gościły tu karawany handlowe, zaczęły powstawać gospody i stajnie dla przyjezdnych. Zatrzymywali się tu wszyscy zdążający na północ do Weishan, Dali, Kunmingu, Lijiangu i Tybetu, do Indii, na południe do Fengqingu zwanego dawniej Shunningiem, a nawet na zachód do Birmy. 
Po tamtych czasach pozostały pustawe ulice, trochę manufaktur i restauracji, parę pensjonatów i resztki dawnej świetności. Turysta może pospacerować Szlakiem Końsko-Herbacianym, zajrzeć do dawnego teatru i paru zabytkowych domostw. Najciekawsze jest jednak myszkowanie pośród słynnych Trzech Ulic i Siedmiu Uliczek 三街七巷. Gdzieś kątem oka widzę jeszcze bogatych kupców, zamożnych rzemieślników i awanturników z całych Chin; wydaje mi się, że słyszę pomieszanie języków i brzęk monet. O, dobrze mi było tam połazić!
Plan miasteczka Lushi
Lokalizacja Lushi (czerwona kropka) na Szlaku Końsko-Herbacianym
Rękodzieło sprzedawane w zabytkowym domu.
W innym domu znaleźliśmy lokalne słodycze - fistaszki i dmuchany ryż w melasie, mniam!
Nieliczne przejawy tzw. zwykłego życia.
Herbaciarnia zamknięta na cztery spusty, bo przybyliśmy w dzień powszedni, a nie w weekend i nie w wakacje. Niestety, takich zakłódkowanych biznesików było tam sporo.
Całe szczęście trasy zwiedzania są dobrze opisane; rzadko trafialiśmy na tubylców, a na tubylców potrafiących mówić po mandaryńsku chyba łącznie tylko dwukrotnie...
Kolorowa Ściana Życzeń
Zwróćcie uwagę na ten dach - tak właśnie wyglądają dachy w całym regionie Lushi; nawet w Fengqingu znaleźliśmy ze dwa takie.
Te "niekońskie" ulice też są brukowane; wyglądają jakoś tak bardziej autentycznie niż ta główna ;)
Studnia - niestety już nieużywana i opuszczona. Kiedyś miejsce spotkań i wymiany plotek, prania i mycia warzyw; dziś tak zaniedbana i brudna. Świetnie, że doprowadzono do miasteczka bieżącą wodę. Szkoda, że nikt już nie dba o tę studzienną i źródlaną...
Jeden z głównych lokalnych specjałów (obok śmierdzącego tofu): solona suszona wątroba 鲁史风肝
Oczywiście są i zwykłe suszonki, głównie w postaci "grudniowego mięsa" i szynki 鲁史火腿.
Niestety, miasteczko się wyludnia; zostają tylko starzy. Mam jednak nadzieję, że młode pokolenie znajdzie sposób, żeby tam wrócić.
Dawna scena. Niestety, dziś już nie służy artystycznym występom.

Mam wystarczająco dużo rozumu, żeby nie marzyć o mieszkaniu w takiej dziurze. O, matko. Już nawet nie mówię o dostępie do szkoły, lekarza i żółtego sera. Podróż do Polski wydłużyłaby się do dwóch dób! A jednak...kurczę, gdzieś tam w środku mnie cały czas drzemie myśl o własnym starym domu z duszą, o otwarciu herbaciarenki z piekarnią, o życiu tu i teraz w środku niczego. Może kiedyś się to marzenie spełni?...