blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2009-02-25

yijskie duchy

Zacznę może od tego, że Linzi jest wnukiem bimo.
Któż to jest bimo? Najlepiej spytać jedynego w Polsce specjalistę od bimo, czyli Bogdana Zemanka, który na ten temat spłodził pracę magisterską, więc się zna. Ale jeśli nie ma możliwości spytania, służę: bimo to szaman Yi. Nie będę się tu zagłębiać w szczegóły (to znaczy na przykład w to, że "bimowanie" można albo odziedziczyć albo dostać od duchów i inne takie). Opowiem za to, czego dowiedziałam się z własnych ust szamańskiego wnuka.
Otóż: obecnie wioska nie posiada bimo, bo duchy nikogo nie natchnęły, a dziadek nie lubił stryjka, więc mu swej sztuki nie przekazał. Pozostały resztki wiedzy medycznej - bo dzieciaki chodziły z dziadkiem zbierać zioła i on je uczył co do czego i w jakich dawkach. Pozostała też umiejętność wróżenia, o której za chwilę.
Dopóki dziadek żył, był nie tylko głową rodziny, ale również wyrocznią. Bimo leczy, uczy, wychowuje, ale przede wszystkim jest pośrednikiem między ludźmi a duchami. Jakież to są duchy? Można je podzielić wedle rozmaitych kryteriów: dobre/złe, ludzkie/naturalne itd. Szczególną kategorią są duchy ludzkie, bowiem duch to po prostu część duszy. Jak duża część? Wiadomo dokładnie: po śmierci dusza rozpada się na trzy części - jedna się odradza, druga pozostaje w grobie, a trzecia wałęsa się przez trzy pokolenia po świecie.
Ponieważ jedna część duszy pozostaje w grobie, trzeba się nią zajmować - czyli oddawać jej cześć. To właśnie z tego powodu wstaliśmy w Nowy Rok o 4.30 i wybraliśmy się do grobowca rodzinnego. Uczciliśmy przodków trzema ukłonami z zapalonymi trociczkami w rękach, a także fajerwerkami (wpływy buddyjskie i chińskie; ciekawe, jak czcili duchy zanim się zsinizowali...). Ponieważ odwiedza się groby małymi, kilkuosobowymi grupkami, odgłosy fajerwerków było słychać aż do wieczora... Dlaczego odwiedza się groby nie tłumnie, a po kolei? No przecież nie bez powodu idziesz pogadać z dziadkiem czy ciotką - chcesz, żeby zerknęli na Ciebie i Twoje poczynania życzliwym okiem. Ale jeśli będziesz przekrzykiwał 30 osób stojących obok Ciebie, to wiele z tego do Twojego przodka nie dotrze, prawda?
A potem wróciliśmy do domu i położyli się spać.
Obudziłam się, gdy słonko już dawno na niebie stało. Zawstydzona pytam Linzi, dlaczego mnie nie obudził. A on na to, że w Nowy Rok nie wolno nikogo budzić. Trzeba czekać, aż zrobią to duchy. Hmmm... Te duchy to mocno inteligentne bestie, od razu rozpoznały największego leniucha i mnie nie zrywały na nogi bladym świtem.
No dobrze, ale poza tymi miłymi duchami, które pozwalają spać do południa, są też duchy, których do miłych absolutnie zaliczyć nie można. Właśnie z ich powodu rodzina Linzi się przeprowadzała. Przeprowadzali się aż 3 razy - nie zawsze jednak z powodu duchów, czasami z powodu żyjących. Babcia Tybetanka, mama Naxi, nie mogły się dogadać (ach, te różnice kulturowe!). Wyprowadzka do tymczasowego lokum, a tato buduje dom. Wprowadzili się. Wszystko pięknie ładnie, ale siostra płacze całymi nocami. Przyszedł więc bimo - dziadek i po uważnych oględzinach powiedział, że się trzeba wynieść. W tym miejscu kiedyś się rozegrała bitwa między Białymi i Czarnymi Yi. Duchy pomordowanych Białych nadal straszą... Więc przenieśli się 200 metrów dalej, a na miejscu starego domu, już po egzorcyzmach, zrobili staw hodowlany. Nie wiadomo, czy egzorcyzmy były skuteczne, ale ryby nie narzekają, więc pewnie się udało.
Ale, choć przodkowie są ważni, nie są ważniejsi niż Matka-Żywicielka, czyli Natura... Dlatego w Nowy Rok koło południa zaczyna się pierwszy z serii noworocznych pikników. Odbywa się... na cmentarzu. Bo duchy przodkow nadal sa TUTAJ, wiec trza razem z nimi sie weselic - poczestowac wodka, trociczke zapalic. A że piknik... Yi to lud myśliwych. Dlatego lubią jeść mięso; dlatego ofiary są z mięsa, dlatego wróży się ze łba koguciego. Codziennie widziałam w kolejnych domach ojca Linzi, który rozrywał łeb koguci na dwie części za dziób, a potem z języka, układu nerwowego i innych elementów przepowiadał szczęście/pecha, bogactwo/ biedę, prawdopodobieństwo długiego życia... Wbrew moim oczekiwaniom wróżby były prawdziwe. To znaczy: cała wioska będzie klepać biedę. Tylko jedna gałąź rodziny miała większe szczęście. Nikt tu nikomu nie mydli oczu przystojnymi blondynami i furą pieniędzy...
To jeszcze nie wszystko. Duchy dzielą się na złe i dobre, prawda? Jeden z najważniejszych dobrych duchów, pan życia i szczęścia to... Jezus. Cholera wie, czy to skutek chrystianizacji, czy też zwykłego mechanicznego zapożyczenia nazwy dla czegoś, co już dawno było znane. Tak czy inaczej - jest ważny, do tego stopnia, ze w trakcie jednego z najważniejszych yijskich świąt - Święta Pochodni 火把節 oddaje się Mu cześć... A Linzi na przykład dostał krzyż od babci, nosi go na szyi i czyta do poduszki Biblię - jak wielu Yunnańczyków, kojarzy dość dobrze doktrynę chrześcijańską, choć na interpretację wielki wpływ mają tutejsze tradycje.

1 komentarz:

  1. Napisałam o Tobie na blogu u siebie po prostu. Wow! Strasznie ciekawe to, co piszesz. Tym bardziej, że przeżyte, widziane, opisywane.

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.