blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-06-20

Gu 蠱

Niedawno poznałam fascynujące słowo gu, składające się z robali 虫 w naczyniu 皿, a oznaczające między innymi "otruć" i "obłożyć klątwą".
Pewna, że za tym słowem musi się kryć fascynująca historia, zaczęłam szperać.
Powiada się, że dawni chińscy szamani/czarnoksiężnicy/wiedźmy potrafiły sprowadzić na człowieka chorobę a nawet śmierć przy pomocy tajemniczego gu. Jednocześnie to samo trujące gu mogło być lekarstwem - choć oczywiście częściej wykorzystywano je, by nieść zgubę, dlatego we współczesnym języku chińskim jest synonimem wszystkiego, co złe. No dobrze, ale czym w ogóle jest to tajemnicze gu? Miało to być jadowite stworzenie, które zostało wyhodowane przez ludzi w bardzo okrutny sposób: do jednego naczynia wkładano sto jadowitych i w inny sposób niebezpiecznych zwierząt - od wszy, szerszeni, tarantul i skorpionów po ropuchy, jaszczurki, jadowite węże i inne skolopendry. One, by zdobyć pożywienie i przetrwać, musiały z sobą nawzajem walczyć i żywić się pokonanymi wrogami. To zwierzę, które po roku ostawało się na placu boju, nasączone setkami trucizn, a jednak żywe - to właśnie zwierzę nazywano gu. Jeśli został wąż - nazywano go wężem gu, jeśli wesz - była to wesz gu itd. Sporządzona zeń trucizna, dodawana do jadła czy napojów, mogła wyrządzić straszną krzywdę człowiekowi.
Opowieści o tym, jak taką truciznę przyrządzić, jest wiele. Można ponoć zakopać takie zwierzę w ziemi, a gdy na tej ziemi wyrosną grzyby, podać je człowiekowi. Można było zatruć nim wodę, w której pływały karpie czy inne węgorze i potem je dla kogoś przyrządzić. Trucizna taka miała być bardzo skuteczna - najpierw występowały objawy silnego zatrucia, potem bóle klatki piersiowej, opuchlizna, a po tygodniu ofiara się wykrwawiała na śmierć. To było wyjście dość humanitarne. Można przecież było podrzucić skolopendrę czy inne paskudztwo w takim miejscu, by mogło bezpośrednio zaatakować wroga. Znane są miejskie legendy o gu, którym udało się wejść w ludzkie kolano i męczyć ofiarę przed śmiercią nawet 4-5 lat!
Najskuteczniejsze w tworzeniu gu są oczywiście mniejszości etniczne, które ich używały - a jakże! - do niszczenia Prawdziwych Chińczyków Han. Znane są przepisy na gu mniejszości Zhuang, Miao, Pumi, Yi, a także licznych mniejszości yunnańskich. Czy jednak istniała jakaś metoda na rozróżnienie otrucia gu od zwykłej choroby? Ależ oczywiście! Po pierwsze, jeśli zjesz surową soję bądź surową czarną fasolkę i Cię nie zemdli, to znaczy, że Cię otruto. Po drugie, jeśli zjesz cal lukrecji chińskiej i zwymiotujesz, to znaczy, że Cię otruto. Po trzecie: wbij srebrną igłę w ugotowane na twardo kacze jajo i trzymaj to w ustach godzinę. Jeśli po wyjęciu okaże się, że białko zmieniło kolor na czarny, to znaczy, że Cię otruto.
No dobrze. Ktoś nas chce otruć. Czy jest jakaś rada?
1) Trzeba sprzątać w domu, żeby się nie dało niezauważenie podrzucić stworzenia.
2) Przed spożyciem dowolnego jadła, z napojami włącznie, zapytaj gospodarza (zakładamy, że jesteśmy w gościnie u jakiegoś zaprzysięgłego wroga) w głos: czy w pożywieniu jest trucizna? Wypowiedzenie takiego zarzutu na głos ponoć odbiera moc truciźnie.
3) Przed rozpoczęciem posiłku spożywaj zawsze główkę czosnku. Jeśli trafimy na pokarm skażony gu, natychmiast zwymiotujemy.
4) Jeszcze lepsze jest ponikło słodkie. Wystarczy je wysuszyć i zmielić na proszek, a potem co rano zalewać wrzątkiem i spożywać jako napar - trucizna gu nawet na nas nie zadziała.
Hmmm. Jeśli zastosujemy ostatnie, to wprawdzie będziemy bezpieczni, ale nie będziemy nawet wiedzieć, czy ktoś nas chce otruć. Druga rada z kolei mogłaby nas ogołocić z przyjaciół - bo przecież nikt nie chciałby, by gość wstępnie podejrzewał, że możemy chcieć go otruć. Wersja z czosnkiem jest chyba najsensowniejsza, ale z drugiej strony - po wrąbaniu główki czosnku być może zwymiotowałabym każdą potrawą, nie tylko zatrutą...
OK. Nie udało nam się uchronić przed zatruciem. Czy jest jakieś lekarstwo?
Jest. A nawet są - trzy. Pierwsze to spożycie Wspaniałej Trawy - to zioło, które po uważnym wyguglaniu okazuje się być po prostu miogą (imbirem japońskim). Drugie to zwalczanie żelaza żelazem - czyli spożycie innej, odpowiednio dobranej trucizny gu. Trzecie to modlitwa...
Dlaczego jednak w ogóle ktoś chciał użyć gu, które jest w przygotowaniu takie trudne, jako zabójczej broni? Przecież łatwiej jest kogoś powiesić albo utopić. Cóż, wierzono, że właściciel gu staje się tym silniejszym czarnoksiężnikiem, im więcej ludzi jego gu uśmierci...
Dlaczego jednak piszę o tym akurat dziś? Zgodnie z tradycją był tylko jeden dzień w roku odpowiedni dla wsadzenia biednych, jadowitych stworzeń razem do pojemnika celem stworzenia gu. Był to piąty dzień piątego miesiąca księżycowego - Święto Smoczych Łodzi - które wypada właśnie dziś...
Wesołego Święta Smoczych Łodzi!!
PS. Więcej o gu chociażby w anglojęzycznej wikipedii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.