blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-05-02

marchwica chińska 川芎

Jeden z moich ukochanych wykładowców miał na nazwisko Marchwica. Przysięgam, że nie kojarzył mi się kulinarnie - za dużo polskich nazwisk to rzeczowniki pospolite. Dziś nadszedł dzień, w którym wykładowca ów już na zawsze będzie mi się kojarzył właśnie kulinarnie. Dowiedziałam się bowiem o istnieniu marchwicy. Chińskiej w dodatku. Tak, jest spokrewniona z marchewką. Ligusticum wallichii to roślina dobrze znana specjalistom od chińskiej tradycyjnej medycyny - wchodzi bowiem w skład 50 podstawowych ziół. Anglojęzyczni nazywają marchwicę "syczuańskim lubczykiem", a puryści fukają i mówią chuānxiōng 川芎. Bo jak może być syczuańskim lubczykiem zioło pochodzące z Indii i Nepalu?
A jednak ziele to rozprzestrzeniło się w wielu chińskich prowincjach, najpopularniejszym będąc faktycznie w Syczuanie, Guizhou, Guangxi i oczywiście Yunnanie. Działa przeciwbólowo, usprawnia obieg krwi, a już najbardziej kochają to zielsko kobiety za poprawę zdrowia przy wielu kłopotach natury ginekologicznej. Jak jednak Chińczycy poznali cudowne działanie tej rośliny?
W pierwszych latach panowania dynastii Tang Sun Simiao, Król Medycyny, zabrał swego ucznia do Syczuanu w poszukiwaniu leczniczych roślin. Razu pewnego, gdy przemierzali góry, zmęczyli się, więc postanowili spocząć w sosnowym borze. Nagle między drzewami ujrzeli wejście do jaskini, a tam - samicę żurawia*, bawiącą się z kilkoma żurawiętami. Król Medycyny patrzył na tę scenkę nieobecnym spojrzeniem; dopiero żurawia skarga wyrwała go z zamyślenia - żurawica boleśnie krzyczała, grzebiąc łapką w ziemi. Mądry medyk od razu poznał, że ptak jest ciężko chory.
Gdy drugiego dnia medycy przemierzali tę samą puszczę, wyraźnie dobiegały ich żałosne żurawie skargi. Na trzeci dzień zaś - cisza. Żurawie pięknym kluczem mignęły na niebie; jednemu wypadły z dzioba liście, podobne trochę do marchwiowej naci. Mistrz nakazał uczniowi pozbierać liście i umieścić je wśród innych zbiorów. Reszta liści bezpiecznie dotarła do żurawiej jaskini.
Po paru dniach okazało się, że żurawica jest zdrowa i, pełna energii, hasa z żurawiętami na łące. Zaczął więc medyk szukać owej rośliny - i po paru dniach odnalazł miejsce, w którym ona rosła. Poddawszy roślinę szczegółowym badaniom, odkrył on, że jako lek nada się ona i dla ludzi; nadał jej więc nazwę i szczegółowo opisał w swym medycznym podręczniku.
Tak oto marchwica weszła w skład często używanych chińskich leków. Z tym, że najczęściej używa się wcale nie naci, a korzenia! Ususzony, jest sprzedawany w większości chińskich aptek. Za to naci - jak na lekarstwo. No chyba, że w Yunnanie, gdzie dzika marchwica jadana jest po prostu jako warzywo. I ja właśnie w ten sposób dowiedziałam się o jej istnieniu: w lokalnej dajskiej knajpie zamówiliśmy bowiem mieloną wołowinę smażoną "z tym czymś" - nie wiedziałam ani jak to to się nazywa, ani jak smakuje, więc MUSIAŁAM spróbować, prawda?
Cudny, odświeżający smak marchwicy, której jest w daniu przynajmniej tyle samo, ile mięsa; danie mocno przyprawione chilli, ale można zamiast chilli albo obok niego użyć dużej ilości czosnku.
Pewnie znów będziecie narzekać, że u mnie to same dania, do których składników nie ma w Polsce. Ale! Nać marchwicy można doskonale zastąpić młodą nacią marchewkową. Tylko młodą, bo stara jest trawiasta i gorzka. Powinno być pyszne!!

*dlaczego nie ma nazwy dla samicy żurawia? Dla mnie to oczywiście żurawica. Howgh!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.