blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-10-27

szofer Zhang

Akt I
Kupujemy nocne bilety do Dali. To znaczy ZB kupuje. Udaje się dostać twarde kuszetki w jednym przedziale (otwartym, bo otwartym, ale jednak), tylko jedna na górze (twarde kuszetki są trzypiętrowe) - poświęcam się i tam wędruję mimo okropnego lęku wysokości. Zasypiam przy książce, rano budzę się kompletnie wypoczęta. Niestety, większości naszej pięcioosobowej grupy nie udało się wyspać. Trudno, odpoczną w hostelu.
By z dworca w Xiaguan (Nowym Mieście Dali) dostać się do Starego Miasta, wystarczy wsiąść w autobus. Szkopuł w tym że z pociągu wylało się morze ludzi i brakuje miejsc siedzących. Ja bym postała w autobusie, ale nie będę na to narażać babć i dziadków. Są wprawdzie w całkiem dobrej kondycji, ale jednak trzeba uważać. Całe szczęście przed dworcem kolejowym stoją dziesiątki prywatnych "taksówek" - najczęściej minivanów do wynajęcia. Krzyczą, próbując zachęcić klientów. Na Chińczyków to działa. Na mnie też, ale odwrotnie - jak ktoś na mnie/do mnie krzyczy, mam ochotę zdzielić po gębie albo uciec. Męczy mnie ten tłum, krzyczą nieprawdopodobne ceny (100 yuanów za 15 kilometrów? No chyba się pomylili!), ja zgrywam twardziela i wtedy zjawia się osobnik, który nie krzyczy, ale się uśmiecha i jeszcze proponuje dwa razy niższą cenę. Oczywiście idziemy za nim.
Autko nowe, zadbane, o dziwo nie śmierdzi papierosami, choć widzę, że kierowca podpala. Wsiadamy, on nas zaczyna wieźć środkiem drogi, jednocześnie wysyłając smsa. Widzę jednak, że zwalnia, gdy zbliża się do dowolnego skrzyżowania i że jest ostrożny. Zaczynam go wypytywać o cenę ewentualnej podwózki do Shaxi. Niby można się do Shaxi dostać autobusami, ale jest z tym kłopot - najpierw powrót z Dali do Xiaguanu, potem trzy godziny w autobusie do Jianchuanu, a potem jeszcze bus do Shaxi - w sumie ponad pół dnia stracone, człowiek zmęczony, a ja mam na głowie czwórkę emerytów. Rozmowa zaczęła się od bardzo wysokiej ceny; w miarę pogawędki kierowca coraz bardziej mnie lubi i w końcu uzyskujemy cenę o 1/3 niższą od początkowej, a o 2/3 niższą od tej, jaką wyguglałam. Na razie nic kierowcy nie obiecuję; spróbuję znaleźć coś jeszcze tańszego w mieście (nie uda się niestety), a tymczasem biorę odeń wizytówkę. Podwozi nas pod same drzwi wejściowe hostelu i, co bardzo mi się spodobało, zanosi bagaże. Zazwyczaj tacy kierowcy zaraz po wysadzeniu pasażerów uciekają w poszukiwaniu następnego klienta.
Akt II
Jedziemy na jedną wycieczkę z innym kierowcą. W samochodzie jest klima. Kierowca miły i uczynny. Nawet za bardzo. Wiezie nas do centrum rękodzieła - manufaktury bajskiego batiku. Niby nie wymusza zakupów, ale właśnie tak się to kończy. I drogi jest - 60 yuanów za dwie godziny roboty, a szofer Zhang za cały dzień naokoło jeziora Erhai chce wziąć zaledwie 150! Decydujemy, że umówimy się z Zhangiem.
Akt III
Początek podróży nieszczególny. Szofer, przyzwyczajony do wożenia Chińczyków, pokazuje domy handlowe i proponuje wycieczki na drogie przedstawienia. W dwie godziny udaje mi się wytłumaczyć mu nasz cel: podjeżdżanie do ładnych widoczków, do małych, zapuszczonych świątynek, do wioseczek zbudowanych w bajskim stylu itd. Odtąd współpraca układa się doskonale - do końca dnia będzie przystawał przy każdej wartej zobaczenia pierdółce i będzie omijał z daleka nowe "zabytki" opatrzone nieprawdopodobnie drogimi biletami.
Koło południa zgłodnieliśmy. Nie znam okolic, więc proszę Zhanga, żeby się rozejrzał za jakimś "chłopskim jadłem". Wioski są upstrzone knajpami, ale ja nie chcę do knajpy dla turystów, tylko dla miejscowych. Przybytki zwane 农家乐 (radość wiejskiej rodziny) to właśnie takie domowe, niedrogie, lokalne żarcie, zazwyczaj podawane w dużych porcjach. Zhang, cokolwiek zdziwiony, że nie chcemy do drogiej knajpy, ani że nie jemy na wszystkie posiłki chleba i ciastek, wiezie nas do knajpy, w której prawie wszystkie stoliki są obsadzone robotnikami pracującymi na okolicznych budowach, całymi rodzinami z dziećmi i wieśniakami w podartych i brudnych koszulinach.
Ostatni stolik na nas jakby czekał; zamawiamy, nażeramy się po samo ucho, rachunek jest zaskakująco niski. Zaprosiliśmy Zhanga do wspólnego stołu; wzbraniał się tylko trochę, a potem biegał po dolewkę herbaty i nakładał nam ryżu. Z zaskoczeniem patrzył, jak dobrze moi Rodzice władają pałeczkami i śmiał się okropnie, gdy powiedziałam, że głód jest najlepszym nauczycielem.
Akt IV
Po wielu godzinach na krętych górskich dróżkach zapytałam wreszcie Zhanga, jakim cudem tak dobrze sobie na nich radzi - ja bym chyba zawału dostała, gdybym tam musiała prowadzić. Uśmiecha się i mówi, że prowadzenie tam vana to pikuś; kiedy był kierowcą TIRa i tak jeździł - to dopiero była przygoda! Faktycznie, wydaje się znać najlepsze drogi; prowadzi pewnie i bezpiecznie.
Dojeżdżamy i wylewa się zupa pomidorowa: w tym samym czasie przyjechało tu 300 (!) studentów ASP i pozajmowali wszystkie hostele i co tańsze pokoje. Pozostają zasławojkowane klitki bez prysznica a także okropnie drogie hotele. Po raz kolejny szofer okazuje się aniołem: idziemy do hotelu o takich cenach:
a kierowca stargowuje na ponad dwa razy mniej. Ja jestem w te klocki beznadziejna i cieszę się, że ktoś inny wziął na siebie ciężar negocjacji. Za chwilę pójdziemy na targ i to właśnie dzięki niemu kupiłam (tanio!) dla ZB kłącza karbieńca, zwane "ziemnym żeńszeniem".
Akt V
Wracamy z Shaxi do Xiaguanu. Po drodze kierowca znów poleca nam fajną, niedrogą knajpkę. Dzięki temu, że prawie nie było korków, jesteśmy w okolicach Dali jakieś 3 godziny przed czasem. Szofer stropiony; niby mógłby nas zawieźć na dworzec, a my byśmy sobie poczekali, ale jest mu głupio, że zmarnujemy tyle czasu. Zaprasza nas do siebie do domu. Certolę się trochę, bo głupio tak zwalać się na głowę jego żonie, ale Zhang twierdzi, że to żaden problem. Tylko żebyśmy się cudów nie spodziewali, bo on mieszka w biednym domku na wsi. Myślę sobie - świetna okazja, żeby pokazać moim gościom chińską wieś. Jedziemy. I wchodzimy do pałacu, przepraszam, domu liczącego trzy piętra, a mierzącego 400 metrów kwadratowych, z dwumetrowym marmurowym stołem w przepięknym salonie, drewnianymi, pięknie rzeźbionymi meblami, ze wspaniałą, ogromną kuchnią i prawdziwym buduarem...
W następnym życiu chcę być biednym Chińczykiem i mieszkać w "biednym domku na wsi".
A oto szofer Zhang w całej okazałości:
To jak? Kto potrzebuje transportu w rejonie Dali? :)

PS. Zdjęcia dzięki uprzejmości Turkusowej Cioci.

4 komentarze:

  1. Masz świetny styl i swadę w pisaniu.Czytając Twą relację z podróż byłam razem z całą Waszą grupą.Uwielbiam Twoje relacje za olbrzymią ilość informacji oraz spostrzeżeń.Pozdrawiam Noneczka.







    OdpowiedzUsuń
  2. a co to takiego oclock room? pokoj na godzine?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ha! nawet nie zauważyłam "angielskiej" nazwy. Tak, to cena za godzinę :)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.