blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-06-30

Uliczni lekarze 街醫

Dawno, dawno temu, kiedy Kunming był jeszcze maleńkim miasteczkiem, otoczonym murami miejskimi, czyli co najmniej sześćdziesiąt lat temu, chorowanie wyglądało zupełnie inaczej niż teraz. Mianowicie: mało kto szedł do szpitala. Nie było ubezpieczeń, więc pokazanie się lekarzowi i później wszystkie lekarstwa były oczywiście płatne z własnej kieszeni, a drogie cholerstwo było niemożebnie. Zwykli zjadacze ryżu nie biegali więc z byle katarem po przychodniach i szpitalach, bo liczyć się musieli z każdym wenem*. Takoż katary i inne drobne choroby po prostu były „przechodzone” aż do wyzdrowienia. Jeśli coś poważniejszego było na rzeczy, stosowano medycynę ludową – na przykład jeśli dziecko miało wysypkę uczuleniową, masowano mu skórę kulkami ciasta pierogowego. Jeśli ktoś miał kłopoty żołądkowe, podawano nieszczęśnikowi zupę ugotowaną na przypalonym ryżu. Na zwykły ból żołądka remedium miała być słodzona woda. I tak dalej... Oprócz tego znane były oczywiście różne inne ludowe metody, podbijające dziś serca Europejczyków – na przykład masaż guasha czy stawianie baniek, które również mogą uleczyć popularne dolegliwości. Jeśli jednak to wszystko nie przynosiło efektu, bo na przykład temperatura przyrastała w postępie geometrycznym, pojawiała się ostra biegunka, bądź po prostu nie potrafiono rozpoznać choroby – szło się do ulicznego lekarza, do którego mówiło się per Yi Guan 醫官 (Lekarz-Urzędnik), na pamiątkę po czasach, kiedy Panowie Lekarze leczyli głównie tych, którzy mogli sporo zapłacić, czyli dwór cesarski.
W starym Kunmingu przy każdej ulicy mieszkał przynajmniej jeden uliczny lekarz. Jego gabinet odróżniało od dużych szpitali głównie to, że tutaj wszystko, od diagnozy, przez przyrządzanie leków aż po dawanie zastrzyków, wykonywała jedna osoba. Zazwyczaj ulicznemu lekarzowi nie pomagała nawet pielęgniarka. Jeśli było wielu chorych, przychodzili po prostu pomagać członkowie najbliższej rodziny. Lekarz taki musiał znać się na wszystkim, od chorób dziecięcych po choroby serca – i też szukano jego pomocy w najdziwniejszych wypadkach.
Lekarze owi, chociaż mieli własne gabinety, w których z dużą cierpliwością i rozwagą przyjmowali cierpiących, wybierali się często na wizyty domowe, zwłaszcza jeśli stan chorego nie pozwalał mu na opuszczanie łoża. Nawet obudzeni w środku nocy, podczas burzy, nie wahali się natychmiast pójść do chorego. Przecież, skoro miasto było małe, a lekarze mieszkali przy każdej większej ulicy, tym samym liczba klientów była dość ograniczona. Prędzej czy później wszyscy się znali – a jaki lekarz by nie wstał, by pomóc osobie, którą codziennie widzi i zna od dziecka? To napawało chorych nadzieją i zaufaniem, zapewne przynosiło im niemałą ulgę w cierpieniach – wiedzieli, że „pan dochtór”, którego znają od zawsze, na pewno zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby pomóc. Jednocześnie, ponieważ trochę głupio oskubywać dobrego znajomego z ostatniego grosza, cennik ulicznych lekarzy był sensowny i dostosowany do realiów ówczesnego Kunmingu.
We wspomnieniach Zhao Zhengwana 趙正萬, starego kunmińczyka, zachował się opis wizyty lekarskiej z czasów, kiedy on sam był chorym brzdącem:
"Gdy byłem dzieckiem, dostałem raz gorączki, która za nic nie chciała spaść, w dodatku zacząłem bredzić, więc okropnie zdenerwowani rodzice posłali po lekarza. Ten przyszedł, z wielką skórzaną torbą pod pachą, a miał w niej stetoskop, leki, strzykawki, lampkę spirytusową itp. Najpierw poczułem dotyk ciepłej dłoni na czole, a potem lodowatego stetoskopu na piersi i plecach. Z tego, co pamiętam, lekarz nazywał się Liao廖, był niskim, chudym, bezzębnym staruszkiem z zaciśniętymi ustami, a gdy mówił, jego spiczasta broda wskazywała rozmówcę. Byłem wówczas naprawdę bardzo chory, bolało mnie gardło, serce łomotało jak szalone, całe ciało było rozpalone i nie mogłem trzeźwo myśleć. Po tym, jak pogłaskał moje czoło, zupełnie jakby wstąpiły we mnie nowe siły, natychmiast się uspokoiłem. Później poczułem ostry zapach spirytusu i się przestraszyłem, bo wiedziałem, że to oznacza zastrzyk. Faktycznie, zaaplikowano mi penicylinę. Już na drugi dzień było dużo lepiej. Te zastrzyki były importowane z Zachodu, bardzo drogie. Później trzeba było jeszcze chodzić do doktora Liao po lekarstwa – zawsze był bardzo miły dla nas, dzieciaków. Jego gabinet był również jego domem. Miał dwa pokoje, w jednym przyjmował chorych i przyrządzał leki, w drugim była sypialnia. Cała rodzina zazwyczaj jadała w „przychodni” i trzeba było wszystko uprzątać, jeśli akurat zjawił się chory.
Gdy dziś o tym myślę, doktor Liao wydaje mi się być naprawdę świetnym lekarzem. A przynajmniej jego podejście do pacjenta było pierwszego sortu."**
(趙正萬 - 昆明憶舊)

Dziś guasha, bańki, akupunktura i inne tradycyjne metody wracają do łask – ale, co zdziwiłoby pewnie niepomiernie doktora Liao, bywają droższe niż zabiegi szpitalne. W państwowych szpitalach, dotowanych przez państwo, jest tanio – ale żaden szanujący się Chińczyk nie będzie się tam leczył. Staruszkowie ustawiają się w kolejkach do akupunkturzystów i leczą się ziołami, twierdząc niezmiennie, że medycyna europejska to jakieś barbarzyństwo. W sumie się z nimi zgadzam. Wszyscy zachodni lekarze widząc moje migdałki doradzali ich wycięcie. Gdy pytałam, czy gdyby mnie bolała ręka, a nie gardło, toby mi rękę obcięli, patrzyli na mnie dziwnie, ale nie znajdowali sensownej odpowiedzi, a nawet twierdzili, że jeśli nie wytnę, to będzie jeszcze gorzej. Gdy wylądowałam u chińskiej lekarki, poiła mnie przez trzy miesiące ziołami, ohydnymi w smaku, zapachu i konsystencji. I nagle znikły anginy ropne, bóle gardła i ciągłe zaziębienia. Ot, cudzik chińskiej medycyny...

*wen 文 – dawna waluta chińska
**tłumaczenie tajfunowe

3 komentarze:

  1. Anonimowy30/6/13 18:02

    A za chwilę Unia zakarze stosowania ziół,bo stwierdziła ,że się nimi potrujemy.Pierwsze lekarstwa, przez wieki stosowane,no czyż to nie idiotyzm?.Zioła tybetańskie przez wstulecia badane, od kwiatuszka po korzonek przez mnichów tybetańskich, w wielkich księgach opisane i ręcznie namalowane/to były prawdziwe obserwacje/.I nagle Pan urzędnik zza biurka, nie mający o tym zielonego pojęcia,który myśli tylko jak najwięcej zmonopolizować handel wszystkim wydaje wyroki na ziołolecznictwo.A do lekarza specjalisty, od kawałka naszego ciała ,a nie całości organizmu /jak to traktuje wschodnia medycyna/dostać się u nas to sztuka i/nomen omen/kawałek.Pozdrawiam Noneczka

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy1/7/13 04:06

    Cześć,
    mogłabyś proszę napisać coś o szczepieniach w Chinach? kiedy i na co szczepi się dzieci?

    pozdrawaim , chętnie cię czytam,

    a.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z tego, co zauważyłam, to kalendarz szczepień u dzieci jest bardzo podobny do naszego; szczepienia są oczywiście obowiązkowe.

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.