Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Republika Chińska 民国时期. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Republika Chińska 民国时期. Pokaż wszystkie posty

2026-04-23

Shamian 沙面

Zupełnym przypadkiem tuż po skończeniu lektury opisującej chińskie przygody Wallis Simpson mieliśmy okazję wybrać się do Kantonu, a ZB, zdający sobie sprawę z moich inklinacji, zarezerwował dla nas hotel naprzeciwko Piaszczystej Powierzchni 沙面. 

Shamian, dawniej po angielsku romanizowana Shameen zgodnie z kantońską wymową znaków, była kiedyś położoną nad Rzeką Perłową piaszczystą łachą wielkości 30 hektarów. W latach 1859-1943 była podzielona na dwie koncesje: francuską i brytyjską, a dziś pozostaje pamiątką po kolonialnej przeszłości Kantonu. Kolonialnej zabudowy nie wyburzono; wyspa składa się więc głównie z historycznej zabudowy i alej ocienionych starymi drzewami. Obecnie znajdują się tu przede wszystkim hotele, restauracje, kawiarnie i sklepy z pamiątkami, wśród których dumnie prezentuje się... polski konsulat. Jest to zapewne najpiękniej położony polski konsulat na świecie. 

W czasach przedkolonialnych była ważnym portem handlu międzynarodowego; już wówczas mieszkali i prowadzili tu biznesy liczni obcokrajowcy. Wtedy była jeszcze półwyspem; dopiero Francuzi na spółkę z Anglikami wykopali kanał, który zmienił ją w wyspę będącą strategicznym punktem w trakcie wojen opiumowych, a także bezpiecznym schronieniem dla obcokrajowców w niespokojnych latach końca cesarstwa i Republiki. Mosty prowadzące na wyspę zawsze były świetnie strzeżone, a także zamykane na noc; w wyjątkowo niebezpiecznych czasach (jak właśnie w trakcie pobytu Wallis) nikt nie mógł bez oficjalnych rozkazów ani pójść do miasta, ani wejść na wyspę. Oto, co pisze o wyspie French, posiłkując się naocznymi relacjami ówczesnych podróżników: 

When the early foreign China traders returned to Canton after the First Opium War (1839-1842), they found their factories and residences burned down. Under the unequal postwar Treaty of Nanking (Nanjing) between the defeated Qing dynasty and Great Britain, Shameen was forcibly ceded as a place of foreign residence, a so-called treaty port. In reality, it was little more than a sandy mud flat separated from the western suburbs of Canton by a narrow canal. Indeed, Shameen literally means "sandy surface." Occupied by the foreign traders and new consulates, Shameen soon developed. Wooden piles were driven into the river and filled with sand. On these foundations was constructed an embankment of solid granite, which eventually developed into the island's recreation ground with a few streets laid out surrounding it. Tiny Shameen became Canton's only defendable foreign enclave. If times were calm, it was quite a pleasant location of tree-lined shady streets. But when riots and strikes in Canton confined foreigners to the island, it could feel claustrophobic. One-third of the island was controlled by the French and two-thirds by the British. The concessions were really only two main thoroughfares with a half dozen narrower cross streets. There were two pedestrian bridges to the mainland - the English Bridge, and the French Bridge - as well as some open land for a soccer field, which ran down to a sampan landing stage, several tennis courts, and a public recreation park with spreading trees for shade and benches between bright flowerbeds. Shameen's streets were planted with banyan trees to provide shade for the island's residents as they made their way from the small consulates to the customs house, a couple of banks, a police station, and a post office. A number of decent-size merchant residences had been built, often in the Italianate style, with deep, shady verandas. There were some lodging houses for the mostly single foreign men who worked for the local hongs [...]. 

Shameen was car-free and the preserve of pedestrians, rickshaws, bicycles, and the occasional donkey-drawn cart. There had been tense times. In September 1883, a demonstration against a European customs officer suspected of killing a local Chinese man had descended into a full-blown anti-foreign riot. The few foreign troops guarding Shameen proved inadequate against the crowd, who began burning foreign residences. In a few hours, the rioters destroyed one-third of Shameen's private houses. Since then, the foreign powers had beefed up their military presence with regular naval visits as well as a police force made up of British coppers, French flics, and Sikh constables recruited from India. By 1924, at least in shape and form, Shameen hadn't really changed since the Reverend B.C. Henry of the American Presbyterian Church mission in China had visited around 1886 and seen the newly rebuilt structures on the island after the troubles of a few years before: 

Formerly a mere sandbank in the stream, it has been surrounded by a strong wall, and elevated above the reach of the highest tides, and shut off from the native town by a canal spanned by two bridges. Elliptical in shape, and evergreen in its grass and foliage, it presents a perfect ideal of retirement and comfort. Park Avenue runs through the centre from east to west, shaded by rows of noble banyans. The bund [raised waterfront] on the riverside is the favourite promenade, being open to the south, whence it receives the full benefit of the refreshing south-east monsoon through the summer. The consulates, each with its ensign floating, the church with its bell and spire, the merchant houses, spacious, comfortable, and richly furnished, the flower-gardens, tennis-lawns, and shady walks combine their varied interests and charms.

Shameen appeared a natural haven in the midst of this cacophonous, dynamic metropolis [Canton]. Hervey had visited in 1924 during a period when the situation was somewhat calmer. 
From the wharf ... I was rickshawed violently over the bridge and upon Shameen, an island southeast of the old and new cities, where the Europeans live. There I found myself in another world, a pleasant if somewhat conventional sphere of brick houses, sidewalks, and lush camphor-trees and banyans that cast a green dusk. The quiet of Shameen, after the confusion of the riverfront, gave me an opportunity to recover my equilibrium, and by the time I reached the hotel I was in the mood for exploration. 
Just a few weeks later, Wallis arrived by the same route and checked into the same hotel - the island's only one - as Hervey, the Victoria.
mapa Shamian
Nieprawdopodobnie się cieszę, że miałam okazję tam pojechać i nacieszyć się tym miejscem tuż po poznaniu go w lekturze. Tak właśnie powinno się podróżować!

2026-04-21

Her Lotus Year

Nigdy nie interesowała mnie historia brytyjskiej rodziny królewskiej. Byłam za mała, kiedy wszyscy żyli tym, co powiedziała, co zrobiła i jak wyglądała księżna Diana, ale gdy już dorosłam, temat nadal nie wzbudzał mojej ciekawości. Ze względu na fiksację Azją jedynymi interesującymi mnie tematami są byłe brytyjskie kolonie w Azji, azjatyccy imigranci na Wyspach Brytyjskich i ich wpływ na rozwój miejsca, a także wizyta Królowej w Kunmingu. Obejrzałam wprawdzie z wielką przyjemnością znakomity film Jak zostać królem, jednak nawet nie zapamiętałam nazwiska kobiety odpowiedzialnej za abdykację Edwarda VIII. Po cóż zresztą miałabym je pamiętać? 
Właściwie nie wiem, dlaczego sięgnęłam po Her Lotus Year, książkę próbującą zrekonstruować rok, który owa kobieta, Wallis Simpson, spędziła w młodości w Chinach. Gdybym czytała ją na papierze, pewnie głównie skupiłabym się na zdjęciach. Czytałam w telefonie, bez zdjęć, głównie w środkach lokomocji, więc zajęło mi to okropnie dużo czasu. Przeczytawszy całość bardzo dokładnie, muszę przyznać, że dawno żadna lektura nie wpłynęła tak mocno na moją wyobraźnię. Nie wiem, jak dużo czasu Paul French spędził na kwerendzie, ale mamy tu absolutnie rewelacyjne pokazanie miejsc, w których Wallis była i odwzorowanie realiów w tamtych czasach. A były to przecież czasy zupełnie niezwykłe - Republika, warlordzi, Europejczycy łudzący się, że to stulecie też będzie do nich należało... Czytałam z wypiekami na twarzy. 
I teraz łyżka dziegciu: najmniej w tym wszystkim interesowała mnie właśnie Wallis. Hipotezy stworzone przez autora ani mnie ziębiły, ani grzały. Jej losy stały się dla mnie tylko pretekstem do pokazania paru miejsc w Chinach tamtych czasów. I to właśnie jest najcudowniejsza część tej książki - wraz z ewentualną listą lektur dodatkowych, stworzoną na podstawie bardzo bogatej bibliografii.
Książkę zdecydowanie polecam. Nie dla Wallis, choć o niej też można się sporo dowiedzieć, a dla Chin czasów Republiki, cudnie opisanych i jak żywo stających przed oczami.

2026-01-17

Teoria czajnika i czarek 茶壶茶杯论

Gdybym kiedyś miała poprowadzić wykład na temat roli przypadku w pogłębianiu wiedzy, zaczęłabym od mojej przygody z Sobowtórem Macieja Siembiedy. Swoją drogą, przyjemna powieść sensacyjna. Rzadko takie czytuję. Życia mi nie starcza nawet na ukochaną azjatczyznę, a co dopiero powieści całkiem niezwiązane z jakimkolwiek moją pasją! Ale czasem i mój mózg musi odpocząć. 
Wtem!
Któryś chiński filozof zdefiniował życie seksualne mężczyzny: "Czajnik jest jeden, a filiżanek wiele", ale Ludmiła Ungier odwróciła tę zasadę. To filiżanka okazywała gościnność licznym, aczkolwiek starannie dobranym czajnikom. 
Cyknęłam zdjęcie, zapomniałam o cytacie, doczytałam powieść do końca, a gdy ściągałam zdjęcia na dysk, przy okazji odkryłam, że muszę sprawdzić, co to za nieznany mi chiński filozof popełnił tak ohydną mizoginiczną szkaradę. Kwerenda doprowadziła mnie do wielu, wielu odkryć - wiecie, jak to jest, kolejne strony internetowe, kolejne teksty źródłowe, a dwadzieścia okienek i dziesięć tytułów książek w przeglądarce później nagle okazuje się, że właściwie już nie pamiętam, od czego zaczęłam. Ale jednak znalazłam: nie do końca filozofa, raczej uczonego, a i to takiego raczej... hmmm... przeterminowanego, a w dodatku nie do końca chińskiego, chociaż to zależy od definicji. Ale od początku.
Gu Hongming 辜鴻銘 (1857-1928) był chińskim uczonym urodzonym w Malezji. Z tą chińskością, poza miejscem urodzenia, jest o tyle kłopot, że tatuś owszem, był chińskim intendentem plantacji kauczuku, jednak mama była Portugalką. Brytyjski właściciel plantacji polubił chłopca i gdy ten skończył dziesięć lat, zabrał go do Wielkiej Brytanii i wykształcił. Jako szesnastolatek Gu zaczął studiować literaturę na Uniwersytecie Edynburskim, który ukończył w 1877 roku otrzymując tytuł magistra. Następnie studiował jeszcze rozmaite kierunki w Niemczech i Francji, ale żadnego nie ukończył i w 1880 roku wrócił do Penangu, by zrobić karierę urzędnika. W 1885 wyjechał do Chin i tam przez dwadzieścia lat był doradcą Zhang Zhidonga. Pewnie właśnie od niego przejął ultrakonserwatyzm i niechęć do patrzenia w przyszłość, które przejawiały się nie tylko w krytyce stu dni reform, ale również w licznych pismach, które najłatwiej streścić jako przebrzmiałe dziadowskie biadolenie ubrane w piękny język i niewątpliwą erudycję. Wracając jednak do jego kariery: piął się tak długo, jak długo trwało jego umiłowane cesarstwo, jednak gdy Qingowie upadli, zrezygnował z posady na znak lojalności. Lojalność trwała cztery lata; już w 1915 roku został wykładowcą Uniwersytetu Pekińskiego. W latach 1924-27 mieszkał i pracował w Japonii oraz w zarządzanym przez nią Tajwanie. Niedługo przed śmiercią wrócił do Chin; zmarł w Pekinie w wieku 72 lat.
Jego przywiązanie do cesarstwa i wartości konfucjańskich było wręcz ostentacyjne: do końca życia nosił warkocz ukazujący lojalność wobec Mandżurów. Był bardzo wszechstronnie wykształcony - znał biegle 6 języków, a pobieżnie kilka następnych, przy czym chińskiego nauczył się dopiero jako dorosły człowiek. Napisał wiele książek po angielsku i po chińsku, a krąg jego zainteresowań był niezwykle szeroki. Dość powiedzieć, że poza opisami "chińskiego ducha" i przyczyn wojny rosyjsko-japońskiej tłumaczył też Konfucjusza na angielski, a angielski poemat narracyjny na chiński. W pewnym sensie w tamtych latach był symbolem chińskości - uwielbiany przez Chińczyków, bo im mówił, że są najwspanialsi na świecie, a ich kultura najcudowniejsza, a przez ludzi Zachodu dlatego, że im tłumaczył tę kulturę pojęciami dla nich zrozumiałymi. Mógłby tyle dobrego zrobić dla swoich umiłowanych Chin, gdyby nie był tak twardogłowy! 
A jednak był mizoginem i zwolennikiem feudalnego, patriarchalnego społeczeństwa aż do szpiku kości. Najbardziej zaś znane są jego poglądy na temat małżeństwa i kobiet. Za najdoskonalszy uważał chiński system posiadania jednej żony i kilku konkubin, stanowiący według niego solidny fundament stabilnego społeczeństwa. Ponoć mawiał, że najlepszym sposobem panowania nad mężczyzną jest dla kobiety znalezienie sojuszniczki (albo i kilku), która ją wesprze i pomoże w uwięzieniu chłopa "pod granatową spódnicą" czyli pod pantoflem. Oczywiście Gu nie pozostał gołosłowny w swym poparciu dla chińskiej wersji wielożeństwa: sam niecały rok po ślubie wziął sobie japońską (!) konkubinę, a na stare lata próbował przywrócić sobie młodość pławiąc się blasku pewnej młódki. Swoją inklinację podpierał lingwistycznie: "妾者,立女也" - konkubina to kobieta stojąca na baczność. W domyśle: gdy zmęczony mąż wraca do domu, ktoś musi zawsze być w pogotowiu, by go wesprzeć, by mu usłużyć i nie opuszczać jego boku. Jakże trudnym byłoby to zadaniem dla jednej tylko kobiety, która miałaby i męża, i całe domostwo na głowie?! Mawiał, że żona jest mu stymulantem, a konkubina - lekiem nasennym. Obie były mu na swój sposób niezbędne. 
W czasach Republiki nowocześni Chińczycy zaczęli popularyzować małżeństwa monogamiczne i równość płci, krytykując "zgniłe" konserwatywne poglądy. Pytali oni Gu: dlaczegóż to mężczyznom wolno mieć trzy żony i cztery konkubiny, a kobieta całe życie ma być wierna jednemu mężczyźnie? Wtedy właśnie Gu błysnął swym dziaderskim bon motem: Mężczyzna jest jak herbaciany czajnik, a kobietę najlepiej porównać do czarki. Do jednego czajnika pasuje wiele czarek - to naturalny porządek rzeczy, jednak asbolutnie nie da się dopasować kilku czajników do jednej czarki. W owych czasach nie było w Chinach bodaj jednego intelektualisty, który by nie znał tej teorii; wzbudzała aplauz jednej części społeczeństwa i obrzydzenie drugiej. Co ciekawe, jeśli dobrze pogrzebać, to dokładnie odwrotne stwierdzenie można znaleźć w chińskiej literaturze wiele wieków wcześniej: W Kwiecie Śliwy w Złotym Wazonie jedna z głównych bohaterek, Pan Jinlian twierdziła, że kobiety są jak waza zupy, a mężczyźni jak łyżki do zupy - przecież jedna waza zupy wystarczy na wiele łyżek... No tak, ale Pan Jinlian była niemoralna, a Gu był autorytetem moralnym dla wielu - co chyba najlepiej pokazuje podwójne standardy rządzące światem...
Porównanie czajniczkowo-czarkowe było tak znane, że gdy słynny poeta Xu Zhimo żenił się po raz drugi, tym razem z artystką Lu Xiaoman, ta ponoć doń rzekła: Zhimo! Nie możesz używać porównania pana Gu do czajnika jako wymówki, musisz wiedzieć, że nie jesteś moim czajnikiem, a szczoteczką do zębów. Czajnikiem można się dzielić z innymi, ale szczoteczką nie!

Tak oto polska książka sensacyjna spowodowała, że poznałam dzieło osoby, o której w innym przypadku być może nigdy bym nie usłyszała. Nie był to wprawdzie filozof, ale postać niewątpliwie barwna i ewidentnie bardzo swego czasu znana. Korzystając z wikisource, zapoznałam się z jego najsłynniejszym bodaj dziełem, The Spirit of the Chinese People. Nie polecam ze względu na jej zawartość ideologiczną, jednak muszę przyznać, że jest ciekawie napisana - no i jest bezcennym źródłem pokazującym, jak na przełomie XIX/XX wieku wykształcony na Zachodzie Chińczyk z wyboru opisuje w sumie dość nową dla siebie chińską kulturę. 
I tylko ciekawa jestem, jak to możliwe. Z ojca, który był osobą na tyle światłą, że zdecydował się pojąć za żonę Portugalkę i z matki, która była tak niezwykła, że wybrała na męża malezyjskiego Chińczyka, a w dodatku przy pomocy Anglika, który był na tyle rozumny, otwarty i hojny, by wysłać małego Gu na bardzo gruntowne studia - jak z tego wszystkiego mógł wyjść taki dziaderski mizogin...

PS. Wpis z okazji czternastej rocznicy poznania ZB. Całe szczęście on też jest moją szczoteczką do zębów ;)