blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-08-03

Konik polny to też mięso

Przy niedzieli kolejny artykuł mojego ukochanego Starego Pałki, żarłocznego kunmińczyka.

Kunmińczycy nazywają szarańczę konikami polnymi*. Kunmińczycy często mówią: konik polny to też mięso. A skoro jest mięsem, to kunmińczycy spożywają je z wielkim smakiem.
W latach '50-tych, gdy chodziłem do podstawówki, 3 lata mieszkałem w Zatoce Żyworodków u starszej siostry taty. Bladym świtem wyruszałem z domu i szedłem Południową Obwodnicą (环城南路); dotarłszy do Wielkiej Bramy Yunfang (云纺大门), skręcałem na północ, a później szedłem prościutko, koło Świątyni Zachodniej Góry, Ziemnego Mostu, ulicą Wschodniej Świątyni, koło Koźlego Targu, aż do Ulicy Wzdłuż Miasta, przy której wybudowano nową szkołę, do której uczęszczałem. Codziennie pokonywałem tę trasę cztery razy. Była to główna trasa wiodąca do miasta wieśniaków z południowych przedmieść, obfitowała w stragany z przekąskami i knajpki, które powstały specjalnie, by pozwolić wytchnąć i zaspokoić głód wieśniakom, niosącym na koromysłach dobra na sprzedaż, a także dla wygody okolicznych mieszkańców. Na straganach z przekąskami sprzedawano przede wszystkim misieny, erkuaje, nadziewane kluski na parze, pączki youtiao, mleko sojowe, kleik sojowy i tym podobne produkty, który były tanie, a można było nimi łatwo zaspokoić głód. W knajpkach podawano przekąski marynowane i gotowane, a także smażone czy też smażone w głębokim tłuszczu, które mogły tak samo dobrze służyć pokonaniu zmęczenia i głodu, jak też robić za zagrychę. Najczęstsze były ugotowane z przyprawami wieprzowe podroby, raciczki, ozorki, głowy i ogony, a ze smażonych przekąsek - orzeszki ziemne, bób, soja, makaron gryczany, suszone tofu, a także chipsy z batatów, ziemniaków i strzałki wodnej. Do tego ryby: kanglang, ryby zbożokwiatowe**, krewetki z Jeziora Dian itd. W czasie, gdy dojrzewały zboża, w większości tych knajpek można było zamówić półmisek aromatycznych i chrupiących koników polnych usmażonych w głębokim tłuszczu.
W tamtych czasach wieśniacy z przedmieść, by zarobić parę groszy na kupno oleju czy soli i podreperować budżet, nie tylko robili dża z bakłażanów, chilli i wodorostów czy inne kiszonki, ale również łapali przy okazji białe węgorze błotne, piskorze czy chińskie szczygły, by je sprzedać w mieście; wśród "zwierzyny łownej" znajdowały się i koniki polne.
Po upolowaniu koników polnych odrywało im się skrzydełka i nóżki i suszyło na słońcu aż były prawie całkiem wyschnięte; ziarnko do ziarnka, uzbiera się miarka - i gdy się już ta "miarka" uzbierała, wsadzało się je do worka parcianego, kosza przytroczonego do pleców albo i do zwykłego koszyka i niosło do miasta na sprzedaż. Dzieciaki ze wsi często nawlekały koniki polne na nitkę i sprzedawały jak korale. Nabywcami nie były tylko małe knajpki czy restauracje; miastowi też lubili kupić miskę czy nawet pół kilo, by w domu usmażyć w pachnącym oleju. Nie wolno ich przesmażyć - sczernieją i się przypalą. Jeśli zaś będą niedosmażone, ich tułów będzie miękki i ciężki do przełknięcia. Smażone w głębokim tłuszczu koniki polne nie tylko są ukochaną męską zagrychą, ale też ukochanym przez kobiety i dzieci delikatesem podawanym do ryżu. W owych czasach biedacy bez ustanku narzekali: "śnięte ryby, zgniłe krewetki, wróg przysłał nam prowiant" - te smażone koniki polne też należały do typu jedzenia od wroga.
Poza konikami, które się smażyło w głębokim tłuszczu, a potem posypywało solą z pieprzem i podawało do ryżu czy do alkoholu, można było świeże wykorzystać do zrobienia nalewki, która po miesiącu-dwóch nadawała się do picia. Była aromatyczna i smaczna; zwykli ludzie, których nie stać było na wódkę na tygrysich kościach*** czy wódkę papajową, zazwyczaj pijali domową nalewkę z koników polnych czy z howenii słodkiej. Jak to mówią: jak cię nie stać na zapalenie lampy elektrycznej, zaświeć naftową; jak cię nie stać na skórzane buty, załóż łapcie z trawy". Biedacy mieli swoje biedne metody i ścieżki.
Pamiętam, że tuż przed domem cioci z Zatoki Żyworodków faktycznie znajdowała się zatoczka z wodą przejrzystą jak kryształ. Od zatoki aż po Jezioro Dian rozciągały się pola ryżowe. W sezonie dojrzewania zbóż koniki polne zaczynały się rozmnażać. Tuż przed żniwami na polach pełnych dzikich kwiatów, pod rozgwieżdżonym niebem, najlepiej słyszalnym dźwiękiem było ćwierkanie konika polnego, który, wraz z kilkoma podobnymi sobie, urządzał zawody we wzlatywaniu w górę jak rakieta; razem wystrzeliwali w powietrze i razem znikali w gąszczu zbóż. Niełatwo było je znaleźć, bo miały kolor dojrzewających zbóż: wśród brązów i żółci lekka zieleń. Gdy skradałeś się jak kot, szukając ich wokół, w końcu znajdowałeś jednego, więc powolutku wysuwałeś rękę, by go złapać, a on nic sobie z tego nie robił i tylko jego czułki tańczyły ci w oczach. I nagle, w chwili, gdy właśnie miałeś go złapać, dało się słyszeć ćwierknięcie i wzbijał się w powietrze jak rakieta wraz z bandą ukrytych wcześniej towarzyszy...
W owym czasie nigdy nie poznany przeze mnie wujek siedział w więzieniu, ciocia zaś opiekowała się czwórką dzieci płci obojga i mną. Wraz z sześćdziesięcioletnim wówczas dziadkiem roznosiła w bambusowym koszu węgiel po sąsiadach. W palącym słońcu, w deszczu i wichurze, nawet w niedziele i Nowy Rok. Dziadek codziennie pił wódkę, nad wezgłowiem jego łóżka wisiała tykwa wypełniona alkoholem. Gdy tylko słońce pokazało twarz, szedłem z dwoma kuzynami na pola ryżowe łapać koniki polne. Rosa polna zrosiła ich skrzydełka, więc nie mogły uciec, a my, cali zadowoleni, łapaliśmy je i po jednym wrzucaliśmy do tej dziadkowej złotej tykwy...
Naukowa nazwa koników polnych to szarańcza****, są to insekty o twardym otworze gębowym, przerośniętych tylnych kończynach i szerokich skrzydłach; mogą fruwać i skakać, a także wchodzić w szkodę rolnikom. Dzięki szybkiemu rozwojowi przemysłu chemicznego otrzymaliśmy bardzo silne środki owadobójcze, przez co koniki polne czeka zagłada - a co za tym idzie, półmisek z usmażonymi w głębokim oleju konikami polnymi stał się w knajpach rzadko spotykanym rarytasem. A przecież łasuchy końca wieku są dużo groźniejsze i bardziej brutalne od zwierząt: na niebie wszystko co lata poza samolotem, a z czworonogów wszystko poza krzesłem - łabędzie, pawie, tygrysy, pantery... wszystko potrafimy zjeść, wszystko śmiemy zjeść. Najgorsza zaś jest banda skorumpowanych urzędników, którzy zmieniają prawo podług swojego uważania, by móc zjeść skarby narodowe, fundusze publiczne, by móc zjeść szarych obywateli; ich można wprost nazwać niszczącą państwo i przynoszącą ruinę społeczeństwu szarańczą.
Gdy wspominam tamte lata, gdy koniki polne, choć maleńkie, też były mięsem, zastanawiam się, jak wiele szkodników z uśmiechem na twarzy zjedli zwykli ludzie.

[Stara Pałka, Kunmińskie przekąski 老棍, 昆明小吃]

Wspomnienia wspaniałe. Jeśli przejść dawną trasą Starego Pałki, to już na samym wstępie czeka nas rozczarowanie: Zatoka Żyworodków została już dawno wchłonięta przez miasto; nie uświadczysz tam ani pól ryżowych, ani nawet samej zatoki, która dawno zmieniła się, najpierw w targowisko, a teraz w plac budowy. Wielka Brama Yunfang została odnowiona, ale przechodzą pod nią tylko ci, którzy się spieszą do Carrefoura. Nie ma świątyni Zachodniej Góry; została po niej tylko nazwa przystanku autobusowego, a po Wschodniej Świątyni - tylko pagoda i nazwa ulicy. Po Ziemnym Moście i Kozim Targu już nawet wspomnienie nie zostało; obecne są tylko we wspomnieniach starych kunmińczyków. O Ulicy Wzdłuż Miasta jeszcze kiedyś wspomnę; ciekawa to historia, choć samej ulicy bardzo żal. Przekąski wspomniane przez Starą Pałkę nadal istnieją, są sprzedawane i często można na nie trafić, choć coraz więcej jest idiotycznych sieciówek i innych takich. Prawdą jest jednak, że na smażone owady trzeba się wybrać do konkretnych miejsc, w których są w sprzedaży; przekąska nie straciła wprawdzie na popularności, ale jest zbyt droga i ekskluzywna, by się pojawiać w maleńkich knajpkach. Tak, tak, kilogram koników polnych jest droższy od kilograma wołowiny. Już teraz nie z biedy, a dla smaku się takie delicje jada...
Zaciekawiło mnie porównanie urzędasów do szarańczy i to, że ten akapit nie został ocenzurowany. Może dlatego, że nikogo nie wymienia z imienia i nazwiska...

*oczywiście nie nazywają. Szarańcza to szarańcza 蝗虫, a konik polny to konik polny 蚂蚱. Prawdą jest jednak, że większość kunmińczyków tych dwóch stworzeń nie rozróżnia, dlatego po prostu na szarańczowate mówi się zbiorczo 蚂蚱 czyli właśnie koniki polne.
**o nich kiedyś popełnię osobny wpis, bo to zabawna nazwa :)
***serio takie rzeczy pijali, ponoć dla zdrowia. W 1993 roku w ustawie o ochronie gatunków zagrożonych zabronili sprzedaży tygrysich kości, a tym samym zakazano produkcji takich nalewek. Pewnie na czarny rynku osiąga teraz zawrotne ceny...
****Nie. Patrz punkt pierwszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.