2026-08-18

鳳尾蘭 orchidea z ogonem feniksa czyli jukka

Ponieważ Tato wyzbierał cały agrest, poza kompotami i dżemami zrobiłam parę słoików gąszczu czyli staropolskiego chutney oraz nastawiłam agrestowy ocet. Z mirabelek i ałyczy zrobiłam hektolitry kompotu, dżem i moją ukochaną tkemali, oczywiście dostosowaną do zawartości tutejszego ogródka. No a potem załapałam się jeszcze na jukkę, szpilecznicę, kręplę (jakież te nazwy są piękne!):


Wszystkie jędrne jeszcze płatki i pędy zebrałam, pozbawiłam pręcików i słupków, opłukałam w zimnej wodzie, a potem, yunnańskim zwyczajem, usmażyłam w omlecie. Na miseczkę kwiatów musiałam wbić pięć jaj, żeby konsystencja była omletowa. Następnym razem usmażę jajecznicę...

Został pożarty tak szybko, że nie zdążyłam zrobić zdjęć. Jeśli macie jeszcze jukkę, to bardzo polecam.

No.

Tym pozytywnym i apetycznym akcentem kończę leniuchowanie. Ruszyłyśmy już w drogę. W przyszłym tygodniu, kiedy trochę odpocznę i odchoruję loty i zmianę stref czasowych, a także kiedy przyzwyczaję się znów do niemal 2000 m.n.p.m, będę chciała powoli wrócić do pisania, czytania (może się to wydawać mało prawdopodobne, ale okazało się, że na przestrzeni ostatniego miesiąca nie tylko nie przeczytałam ani jednej książki, ale nawet nie skończyłam tej, z którą wyjechałam z Kunmingu!) i mojego małego, chińskiego świata. Wracam bardziej zmęczona fizycznie, ale za to z przewietrzoną głową i sercem, które wróciło do rytmu maleńkiej wioski, lasu, morza i pól. Mam nadzieję, że tak naładowane akumulatory wytrwają do przyszłych wakacji. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.