blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2016-03-31

jednonitkowy makaron 一根麵

Pamiętacie tę słynną scenę z Zakochanego Kundla, gdy kundel z piękną sunią je makaron z jednej miski, okazuje się, że wybrali tę samą nitkę i przypadkiem się całują?
Oczywiście Disney zgapił to od Chińczyków.
Małe miasteczko przy Strumieniu Żółtego Smoka poszczycić się może nie tylko wielowiekową historią, pięknym krajobrazem i śliczną architekturą, ale i stworzeniem - ponoć już za Songów! - "makaronu długowieczności", który charakteryzuje się tym, że w jednej miseczce dostajemy tylko jedną nitkę makaronu. Nitkę? Nitę! Wyobraźcie sobie sami: dostajecie miseczkę pełną makaronu, a cały ten makaron to jest jedna nitka!...
Oczywiście, dawnymi czasy takiego makaronu nie jadało się codziennie, a wytwarzało na specjalne okazje. Na przykład z okazji urodzin podawano taki makaron z jajkami. Makaron to jedynka, jajka to zera - ile jajek solenizant dostał, tyleset/tysięcy/dziesiątek tysięcy lat mu życzono.
Miseczkę takiego makaronu dostawali też nowożeńcy. Mieli go po disneyowsku spożywać zaczynając od dwóch przeciwnych koniuszków...
Makaron taki przygotowywano też z okazji ważnych świąt, wybycia dziecka w świat - no, każda okazja była dobra. Latem spożywano go na zimno, zimą - na gorąco. Mógł być podany prawie bez dodatków albo z bardzo bogatą "czapeczką". Czapeczka w Syczuanie nie nazywa się czapeczką, a shaozi 绍子, tak na marginesie ;)
Najważniejszy bowiem był sam makaron. A wytworzenie go to spore wyzwanie! Niby wszystko się zgadza: mamy mąkę pszenną, odrobinę soli i gorącą wodę. Wyrabiamy ciasto godzinę, dajemy mu odpocząć pół godzinki i... znów wyrabiamy. I odpoczywamy. I wyrabiamy. I tak siedem-osiem razy. Wtedy możemy zacząć wałkować. Z kawałka ciasta grubości ramienia musimy - nie dzieląc przecież tego ciasta na mniejsze kawałki! - rozwałkować do grubości zwykłego makaronu, zwijając go przy okazji w "ptasie gniazdo". Takie gniazdo makaronowe przykrywamy następnie wilgotną ściereczką i znów dajemy makaronowi odpocząć, tym razem aż cztery godziny. Po tym czasie makaron można wreszcie ugotować. Jak jednak włożyć zwiniętą w gniazdko nitkę makaronu do wrzątku, żeby się nam wszystko nie posklejało? Och, to jest chyba moja ulubiona część tego przedstawienia:

Smak? No, makaronowy. Nie jestem znawczynią. Ale wykonanie tego makaronu, precyzja kucharza i cała ta otoczka - bardzo, bardzo mi się spodobały!

6 komentarzy:

  1. A później wciągasz wszystko za jednym siorbnięciem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. urządzając zawody, kto się bardziej upaskudzi ;)

      Usuń
  2. Mnie się to skojarzyło z nicią życia. Zadanie: wciągnij makaron nie urywając nitki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam zbyt bogatą wyobraźnię: ciekawe, jak ta jedna nitka, nieprzerwana, wygląda w żołądku...

      Usuń
    2. Może można zrobić makaron z kontrastem i cyknąć potem ładne zdjęcie :)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.