blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-12-30

na zewnątrz

To codzienny widok przed jedną z naszych ulubionych knajp. Wystawione na słoneczko miniuprawy warzyw, suszące się pasy mięsa - od ganby poczynając na zwykłym boczku kończąc. Zazwyczaj przed knajpą można zobaczyć również wywieszone po praniu obrusy, ścierki i mopy, a także kelnerów i kucharzy, siedzących w kółeczku i przygotowujących "zapasy". Jakie zapasy? Na przykład łuskają kilogram czosnku, obierają kilogram imbiru, z potężnej miski mięty wybierają tylko świeże listki, te ze zdrewniałymi łodygami trzeba bowiem odrzucić. Robią bazy do sosów, przygotowują zestawy - pokrojony w paseczki ziemniak i trzy papryczki chilli, różyczki brokuła i łycha czosnku itd. Jeśli knajpa specjalizuje się w gorących kociołkach, przed południem i przed kolacją trzeba przygotować świeże warzywa: poporcjować, pokroić w plasterki, sprawdzić, czy w miseczkach jest sos ostrygowy/olej sezamowy/sufu... Dlaczego jednak robią to wszystko na zewnątrz, a nie w kuchni?
Powodów może być kilka. Yunnańskie słońce jest milsze niż ciemna kuchnia. Oszczędzenie prądu też jest nie od rzeczy. Kuchnia może być za mała, by wielu pracowników się w niej swobodnie mieściło - a może właśnie ktoś w środku sprząta albo coś przygotowuje? Względy towarzyskie też są nie od rzeczy - wiele par rodzi się w Chinach przy wspólnej pracy przy żarciu. Dla mnie jednak bodaj najważniejsza jest obietnica zawarta w przygotowywaniu składników: przechodniu, spójrz! Mamy świeże warzywa najwyższej jakości. Uważnie oddzielamy ziarno od plew, żaden zgniły czosnek nie zagrzeje u nas miejsca. Wszystkie produkty spożywcze myjemy pod bieżącą wodą. Paznokcie naszych kucharzy są czyste.
Oj, różni się to od standardów unijnych i sanepidowskich, różni. Ale - zapewniam, że przy odrobinie wprawy można łatwo odróżnić knajpę, w której biegunka jest wpisana na listę efektów ubocznych spożycia kolacji od takiej, w której można spokojnie zasiąść do stołu...

4 komentarze:

  1. Jestem jak najbardziej na tak. Pewnie, że lepiej jest widzieć co się będzie jadło. Podcza pobytów w Azji zawsze chętnie korzystam też ze street food.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo słusznie, to często jest najlepsze jedzenie w danej okolicy :)

      Usuń
  2. Wow! Nie wiedziałam o tym! Szczerze mówiąc bardzo podoba mi się taka idea - w końcu jest znacznie bardziej "ludzka", niż taka sztuczna relacja klient - personel, zamówienie - usługa. Takie coś strasznie dehumanizuje, a tutaj proszę, jest człowiek, jest słońce, jest czosnek, to i jest apetyt ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też wolę takie knajpy od tych, w których w ogóle nie wiem, jaką drogę przechodzi produkt, zanim trafi na mój talerz :)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.