blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2020-07-17

Zachować twarz

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Pojęcie twarzy i jej ewentualnej utraty lub zachowania jest dobrze znane wszystkim miłośnikom dalekowschodnich kultur. Jak można stracić twarz? Np. można zabrać żonę na spotkanie biznesowe, a podczas tego spotkania żona zabrania nam pić alkohol. Albo możemy podczas babskiego spotkania na mieście spotkać męża z kochanką. Można zostać skrytykowanym przez szefa przy wszystkich współpracownikach. Kumacie, prawda? Nie chodzi o sam fakt, że mąż ma kochankę - niechby sobie ją miał, byle był dyskretny. Ale ośmieszenie przy koleżankach? Oj, twarz stracona.
W 2004 roku Alice Wu zadebiutowała jako reżyserka filmem o Chińczykach w Stanach Zjednoczonych - Saving Face. Film mieści się w gatunku komedii romantycznych, acz jest odrobinę nietypowy; bez wielkich fajerwerków, bez mistrzowskiego suspensu, ale bardzo, bardzo dobrze pokazuje, jak bardzo twarz jest zakorzeniona w Chińczykach. To, że się wynieśli do Stanów - nic tu nie zmienia.
Główną bohaterką filmu jest młoda lekarka chińskiego pochodzenia. Niestety, jest lesbijką, czyli jej matka traci twarz. Matka nie lepsza: jest wdową, a zaszła w ciążę z niewiadomo kim, więc jej ojciec traci twarz. Jak się wreszcie okaże, kto jest ojcem, będzie jeszcze gorzej...
Reżyserka zrobiła film poniekąd autobiograficzny. Pewnie dlatego tak świetnie udało się jej oddać dynamikę relacji rodzinnych: ogromna miłość przy jednoczesnym ogromnym braku akceptacji i wewnętrznym przekonaniu, że MUSI być tak, jak ja chcę. Wyobraźcie sobie, że choć stworzyła scenariusz oparty o chińskie koncepty kulturowe i własne, chińsko-amerykańskie doświadczenia, w Hollywood próbowano wybielić scenariusz - wiecie, gdyby główne aktorki były białe, to możemy to sprzedać, ale Chinki? Chinki to się nadają na prostytutki i kelnerki... Całe szczęście Wu się nie poddała i zrobiła film po swojemu - dlatego wydaje się on tak prawdziwy. Wydaje się taki również przez zachowanie dwujęzycznych dialogów - młode pokolenie woli angielski, choć z rodzicami musi się komunikować po chińsku. Są też te zabawne mieszanki i wtręty językowe - zapewniam Was, nie są ani odrobinę przesadzone. Przyczepiam się tylko do zakończenia - bo jest wprost z amerykańskiej komedii romantycznej... cały czas miałam wrażenie, że przecież Prawdziwi Chińczycy się TAK nie zachowują.
No właśnie. Tyle tu było o utracie i zachowaniu twarzy. W moim odczuciu Chińczycy dużo częściej poświęcają uczucia dla tej dość mizernej protezy honoru, jaką jest twarz, niż na odwrót. Wolałabym film, który pokazywałby tak, jak jest zazwyczaj - że ludzie się nie zmieniają. Że wolą pozwolić komuś odejść, sądząc, że to wina tej właśnie osoby, bo robi coś "niewybaczalnego" - czyli łamie tabu i traci twarz. Zakończeniu stawiam dwóję.
A jednak...
Pod wpływem tego filmu znowu się zastanawiam nad tym, o ile łatwiej jest być z kimś z własnego kręgu kulturowego, o ile łatwiej żyć w miejscu, w którym się wychowałeś. Z kimś, kto nigdy nie stawia pod znakiem zapytania wartości, które dotąd rządziły twoim życiem. I jakie to jest... nudne. Bezpieczne dla mózgu, który nie chce się rozwijać, poznawać, odkrywać.
Cieszę się, że mój mąż ma raczej prześmiewczy stosunek do koncepcji twarzy. On - mimo swego niewątpliwie chińskiego pochodzenia - tak samo jak ja sądzi, że twarz to tylko fasada. Honor jest w środku i albo się go ma, albo nie. To, co widzą i myślą inni - to ich prywatna sprawa. Bardzo ładnie podsumowała to kiedyś moja ulubiona autorka, Bujold: Reputacja to to, co wiedzą o tobie inni, honor - to, co wiesz o sobie ty sam. 
Mogę tracić twarz milion razy. Mogę być obrażana słowem, gestem, spojrzeniem. Pewnie, jeszcze czasami się tym przejmuję, gdy dostaję niespodziewany cios w plecy. Ale tak na dobrą sprawę - wszystko da się spuścić w toalecie, jeśli tylko nie dotknęło istoty - czyli honoru.

Tutaj poczytacie o utracie twarzy po japońsku.

6 komentarzy:

  1. A jak to wygląda językowo? Faktycznie nazywa się "twarz"? Tak samo, jak część ciała?

    OdpowiedzUsuń
  2. Zachęciłaś mnie do obejrzenia tego filmu :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy21/7/20 23:10

    A co się dzieje dalej jak już ktoś straci twarz? Taka kobieta już się nie będzie umawiała z tymi koleżankami? Ktoś zmieni pracę z tego powodu? W rodzinie już nie utrzymują kontaktu z taką osobą? I czy można tracić twarz wielokrotnie czy jak już się raz straci to już na zawsze? Pozdrawiam, Ada

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to już różnie wygląda. Czasem utrata twarzy jest tak bolesna, że ludzie zrywają kontakty, żeby się nie musieć wstydzić. Czasami próbują twarz odzyskać, ale twarz odzyskana nigdy nie jest tak cenna jak ta pierwsza.

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.