Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 教課. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 教課. Pokaż wszystkie posty

2026-09-10

Brzoskwinie i śliwki 桃李

Nie lubię wierszy o długich tytułach. Jak to jest, że jeden popełnia całą książkę wierszem i tytułuje ją Pan Tadeusz, a inny napisze cztery siedmiosylabowe linijki i je zatytułuje tak, że olaboga?... 
奉和令公绿野堂种花 można przetłumaczyć mniej więcej jako W odpowiedzi księciu Linggongowi na jego sadzenie kwiatów w Zielonej Altanie, choć gdybyśmy mieli zwrócić uwagę na wszystkie niuanse, tytuł byłby jeszcze dłuższy. Bo tak: 
  • 奉和 fèng hé „z szacunkiem układam wiersz w odpowiedzi” - to taki grzecznościowy termin używany, gdy poeta odpisuje na cudzy utwór, co było częstą sytuacją na dworach i w ogóle między ludźmi wykształconymi. 
  • 令公 lìng gōng to tytuł honorowy wysokiego urzędnika (konkretnie 中书令 - coś w rodzaju naczelnika sekretariatu cesarskiego); tu konkretnie chodzi o pana Pei Du. 
  • 绿野堂 lǜyětáng to nazwa rezydencji należącej do Pei Du, dosłownie Zielona Dzika Sala. 
  • 种花 zhònghuā to najprostsza część tytułu - oznacza dosłownie sadzenie kwiatów. 
Czyli w zasadzie próbując dokładnie wywiązać się z zadania tłumaczki, powinnam być może przetłumaczyć tytuł jako Z szacunkiem układam wiersz w odpowiedzi księciu Linggongowi na jego sadzenie kwiatów w Zielonej Dzikiej Sali. Ech. 
Jest to czterowersowy utwór, napisany przez znanego już nam tangowskiego poetę Bai Juyi. Wiersz ma w zamyśle komplementować altanę Pei Du i jego samego, ale jest również świetnym przykładem wykorzystania przenośni i pytań retorycznych w tangowskiej poezji, a poza tym jest często recytowany właśnie dzisiaj - z okazji chińskiego Dnia Nauczyciela. Dlaczego? O tym już za chwilę. 

绿野堂开占物华, 
Zielona Altana zawiera całe piękno. 
路人指道令公家。 
Przechodnie wskazują: oto dom Jego Ekscelencji. 
令公桃李满天下, 
Jego brzoskwinie i śliwki wypełniają świat, 
何用堂前更种花。 
Po cóż więc sadzić kwiaty przed domem? 

Zanim zabierzemy się do zasadności posiadania kwiatów w ogrodzie, który jest brzoskwiniowo-śliwkowym sadem, wróćmy na chwilę do rezydencji. Zielona Dzika Sala, którą ja wyobrażam sobie zawsze jako pełny zieleni, cokolwiek mniej wypasiony chiński odpowiednik Rivendell, znajdowała się w południowej części dzisiejszego Luoyangu, miasta peonii. Zgodnie z pismami z epoki "Przy moście Wu zbudował rezydencję, gdzie rosły tysiące drzew i kwiatów; wzniesiono w niej chłodne pawilony i letnie komnaty, a nazwano ją Zieloną Dziką Salą"*. Wiadomo, że trawa rosła tak bujna, że regularnie wypasano tu owce. Dla Pei Du rezydencja ta była miejscem ucieczki od polityki; po wieloletnim kanclerzowaniu ten światły człowiek stwierdził, że obmierzły mu intrygi dworskiego życia, zrezygnował ze stanowiska i osiadł w Luoyangu. Do ogrodu doprowadzono słodką wodę i wzniesiono liczne pawilony, tworząc przepiękny krajobraz ogrodowy; tablicę z nazwą wykaligrafował sam Du Mu! Na jakże zasłużonej emeryturze Pei Du się nie nudził: często urządzał "intelektualne popijawy" (文酒之会) i układał wiersze wraz z zaproszonymi literatami, m.in. naszym Bai Juyi, ale również niepokornym Liu Yuxi. Spotykali się zresztą często nie tylko w celach pijacko-literackich, ale również obrzędowych - wiadomo na przykład, że Pei zapraszał swych przyjaciół-artystów np. na "egzorcyzmy" z okazji Podwójnej Trójki. Było to miejsce, które wypadało znać, wypadało je odwiedzać, a plotki dotyczące spotkań literackich u Pei docierały nawet na dwór cesarski. To sprawiło, że Zielona Altana stała się ważnym miejscem spotkań artystycznych za Tangów, a dzięki temu przeszła do historii, często przywoływana w dziełach literackich i na kaligrafiach późniejszych intelektualistów jako symbol ogrodu, w którym rozkwitają nie tylko rośliny, ale również idee.

No dobrze. Nadal jednak nie wiemy, o co chodzi z tymi kwiatami, śliwkami i brzoskwiniami. Oczywiście jest to przenośnia: brzoskwinie i śliwki to tak naprawdę utalentowani uczniowie. Bai Juyi nawiązał tym samym do słów cesarzowej Wu Zetian, która tak oto podsumowała dokonania Di Renjie czyli słynnego Sędziego Di: Wszystkie brzoskwinie i śliwki pod niebem są w twojej szkole (天下桃李,悉在公门). Ponoć swego czasu Di Renjie polecił cesarzowi wielu zdolnych urzędników. Wszyscy odnieśli później wielkie sukcesy. Cesarzowa wyrazić więc chciała podziw, że chyba każdy zdolny człowiek w całym państwie jest jakoś związany z Di, który albo go wychował, albo mu pomógł, a potem nieodmiennie polecał. 
Tyle, że to nie rozwiązuje problemu: nadal nie wiemy, dlaczego brzoskwinie i śliwki są synonimem utalentowanych dzieciaków? Brzoskwinie i śliwy pierwotnie były po prostu urodziwymi, bujnie kwitnącymi i rodzącymi obficie drzewami. Jednak już w najstarszym istniejącym zbiorze poezji chińskiej, Księdze Pieśni, znajduje się wers: piękni jak kwiaty brzoskwini i śliwy (华如桃李). Na początku więc był więc opis piękna, a także metaforyczne określenie młodości. Dodatkowo właśnie te dwie rośliny chętnie były wykorzystywane w anegdotach i przysłowiach. Np. 投桃報李 [投桃报李] tóutáobàolǐ czyli rzucić brzoskwinię, dostać śliwkę mówi o rewanżowaniu się prezentem za prezent i wymianie uprzejmości. Z kolei 桃李不言,下自成蹊 táolǐ bùyán, xiàzì chéngxī znaczy dosłownie: choć brzoskwinie i śliwy nie potrafią mówić, to pod nimi sama tworzy się ścieżka. W domyśle: przyciągają ludzi pięknem kwiatów i słodyczą owoców. Ta metafora jest używana na określenie ludzi dobrych i prawych, którzy nie muszą walczyć o uwagę i podziw innych. Z kolei w Zewnętrznych komentarzach do Księgi Pieśni stoi: Kto wiosną sadzi brzoskwinie i śliwy, latem ma pod nimi cień, a jesienią zbiera ich owoce (夫春树桃李者,夏得阴其下,秋得其实). I myślę, że może właśnie stąd porównanie do obiecującej młodzieży - w końcu tak jak sadzi się drzewa nie dla natychmiastowych korzyści, tak młodzież nauczamy, by ulepszała świat i zaszła dalej niż my potrafiliśmy zajść. Dlatego z czasem brzoskwinie i śliwy stały się metaforycznym określeniem wychowanych czy też nauczanych przez siebie uczniów, zwłaszcza tych, którzy zaszli daleko. 
Bai Juyi użył w wierszu sformułowania 桃李满天下 Wszędzie pod niebem pełno brzoskwini i śliw - czyli na całym świecie pełno jest młodych, zdolnych ludzi, którym Pei Du pomógł w rozwoju. Jest to więc swoisty hołd dla Pei Du, znanego ze wspierania młodych talentów, bycia hojnym i cierpliwym mentorem - w tym wspomnianego już Liu Yuxi. Z czasem wers ten stał się klasyczną laurką dla nauczycieli. Dziś często z okazji Dnia Nauczyciela chińscy pedagodzy zamiast kwiatów otrzymują kosze owoców - oczywiście brzoskwini i śliwek - a wtedy żadne słowa nie są już potrzebne.
Z wielką dumą chcę się Wam dziś pochwalić. Jeden z moich studentów, który wybierał moje zajęcia przez pełne cztery semestry, gdy na sam koniec poprosiłam o anonimowe podsumowanie kursu, zamiast rozpisywać się po angielsku, jak to zrobiła większość uczniów, stworzył dla mnie piękną kaligrafię - małe dzieło sztuki, z tym właśnie wierszem.
Postanowiłam ją sobie oprawić i zerkać na nią zawsze, gdy będę zniechęcona i zdemotywowana. Nawet jeśli na trzy setki studentów, których jednocześnie uczę, znajdzie się jedna taka śliwka czy brzoskwinka - warto. 

*To ze Starej Księgi Tangów:《旧唐书 裴度列传》又于午桥创别墅,花木万株,中起凉台暑馆,名曰绿野堂.

2026-07-09

静坐听雨 Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu

Pisałam kiedyś dla Was o filmie Forever Young, opisującym powstanie Południowo-Zachodniego Połączonego Uniwersytetu 西南联大. Pojawia się tam scena, jak to nauczający w mocno polowych warunkach wykładowca raz po raz dopytuje, czy aby studenci go słyszą wyraźnie, ale okazuje się, że nie bardzo. Nic dziwnego - trwała pora deszczowa i lało jak z cebra, co skutecznie zagłuszało słowa wykładowcy. W związku z czym napisał on na tablicy cztery słowa: 静坐听雨. Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu.
  
(Scena pojawia się w pierwszych pięciu minutach powyższego fragmentu filmu) 

Bardzo mnie ta scena wzruszyła; przede wszystkim dlatego, że jest oparta na faktach. Te słynne cztery znaki, pokazujące studentom, że okoliczności okolicznościami, a umiejętność zachowania spokoju i dostrzeżenia tego, co ważne tkwi w nas - bez względu na zgiełk i chaos - te właśnie cztery znaki zostały napisane przez Chen Daisuna 陈岱孙, jednego z najsłynniejszych chińskich ekonomistów i wielkiego erudytę.
Urodzony w 1900 roku Chen Daisun pochodził z Fujian, z rodziny o bogatych tradycjach intelektualnych - już jego dziadek wraz z braćmi pozdawali egzaminy państwowe najwyższego stopnia (jinshi). On sam mając lat piętnaście dostał się do prowadzonej przez metodystów szkoły średniej, a trzy lata później został przyjęty do Akademii Qinghua. W 1920 roku dostał stypendium na studia w Stanach Zjednoczonych, gdzie kolejno uzyskał tytuł licencjata, a potem magistra literatury i doktorat z filozofii na Uniwersytecie Harvarda. W 1927 roku wrócił do Chin, by objąć kierownictwo Katedry Ekonomii na Uniwesytecie Qinghua. I właśnie jako profesor ekonomii przybył do Kunmingu nauczać na Południowo-Zachodnim Połączonym Uniwersytecie. 
Wykład połączony z przymusowym słuchaniem deszczu przeszedł do historii i zawsze wydawał mi się szalenie inspirujący. Uwielbiam pokazaną tu postawę wobec życia. Nie chodzi tylko o akceptację tego, czego nie można zmienić, nauczenie się przeżywania nieuniknionych trudności w sposób, który jest twórczy i czegoś nas uczy. Nie chodzi nawet o spokój w środku chaosu i umiejętność zachowania porządku w głowie mimo zgiełku na zewnątrz - choć to buddyjsko-taoistyczne podejście jest mi z wielu względów bliskie (zwłaszcza odkąd mam przy sobie Tajfuniątko). Nie chodzi nawet o równie mi miłą uważność, nie oceniającą, a obserwującą, tak podobną medytacji. Choć całe to wyciszenie i postawa ogólna są oczywiście warte zadumy i naśladowania, ja patrzę na całą tę sytuację z punktu widzenia wykładowczyni i nauczycielki. Kim chcę być? Nauczycielką pilnującą gramatyki i wymowy, przekazującą wiedzę, a potem otrzepującą ręce z kredy i - finito? Czy kimś, kto poza wiedzą może przekazać coś więcej: postawę, uważność i elastyczność w reagowaniu na zmiany? Trudności i niedogodności nie muszą być przeszkodą, mogą być studium przypadku i nauką na przyszłość. Czasem to, co najważniejsze, kryje się w ciszy, podczas przerwy, gdy dajemy czas sobie i innym. Czasem najlepszym nauczycielem jest deszcz, szum, fala, chmura i skrzypienie bambusów. Mogą być tłem, a mogą być motywem przewodnim, jak wszystkie inne piękne i dobre rzeczy i sprawy - muzyka, przyjaźń, miłość... 
Parę tygodni temu do Kunmingu wróciła pora deszczowa z burzami i przemakaniem w pięć minut do suchej nitki. I podczas jednej lekcji, gdy okna były otwarte, a chwilę przed dzwonkiem lunęło jak z cebra, udało mi się skończyć lekcję przed czasem, spojrzeć na studentów i poprosić ich, by odłożyli wszystko i po prostu posłuchali deszczu. Jeśli nawet zapomną wszystkie słówka i czasy, chciałabym, żeby zapamiętali tę właśnie chwilę.

2026-06-14

studenci

Rzadko dzielę się tu doświadczeniami związanymi z pracą. Jakoś tak dziwnie - poniekąd mogłabym włączyć te doświadczenia w treść blogu, bo przecież uczę chińskich studentów i wciąż trafiam na rozmaite różnice kulturowe. Mimo to - ta sfera jest zazwyczaj tak mocno oddzielona od moich pasji i odkryć, że jakoś omijam te ciekawostki szerokim łukiem. Dziś jednak chciałam podzielić się trzema historyjkami, pozwolę więc sobie nakreślić tło. 

Od dwóch lat z kawałeczkiem jestem lektorką angielskiego na Uniwersytecie Yunnańskim i uczę nie tylko języka, ale również podstaw dialogu międzykulturowego. Obecność na moich zajęciach jest obowiązkowa, w związku z czym ląduje u mnie sporo studentów, którzy zajęcia chcą po prostu odbębnić i mieć z głowy. Ponieważ jednak uczę angielskiego mówionego, kiedy ktoś nie odpowiada na moje pytania, tłumaczę, że to jest speaking class, a nie sitting class, więc niech się ogarnie, bo inaczej poniesie niemiłe konsekwencje w postaci niskiej oceny "z lekcji". A że ocena "z lekcji" stanowi 60% oceny końcowej (pozostałych 40% związanych jest z egzaminami), warto się jednak postarać. Oczywiście, jak to bywa - do części studentów dociera, do części dotrze za dziesięć lat, a do części może i nigdy. 

Ponieważ termin egzaminów został wyznaczony na koniec obecnego miesiąca, wystawiłam ołówkiem wstępne oceny do wglądu dla studentów z zastrzeżeniem, że mają jeszcze trzy spotkania na to, żeby coś poprawić i się wykazać. Wiedząc jednak z doświadczenia, że to samo zdanie wypowiedziane z katedry "do wszystkich" działa zupełnie inaczej niż rozmowa twarzą w twarz, przed zajęciami podeszłam do studentów, którzy borykają się z nieśmiałością albo na przykład do tych, których pamiętałam z poprzednich semestrów jako pilnych, ale w tym semestrze jakoś dziwnie odpuszczających, a także do tych, którzy zazwyczaj pilnie słuchają, ale nigdy sami nie zgłaszają się do odpowiedzi - i poprosiłam ich, by dali mi szansę, żebym mogła wystawić im lepsze oceny.

Część puściła mimo uszu, część nie zdołała się przełamać, ale część faktycznie przygotowała ładne wypowiedzi i wyjąkała je na forum. Z wielką przyjemnością wygumowywałam stare oceny i wpisywałam nowe, odrobinę wyższe, mając nadzieję, że przez następne dwa tygodnie będą jeszcze próbować coś wywalczyć. 

A tu nagle na koniec zajęć podchodzi do mnie studentka, jedna z tych cichych i nieśmiałych, która zgłosiła się tego dnia do odpowiedzi, i to dwa razy! Uśmiechnęłam się do niej ciepło, pogratulowałam odwagi, a ona powiedziała: "dziękuję, że mnie zawsze wspierasz" - i się do mnie przytuliła. 

Zdołałam się poryczeć ze wzruszenia dopiero wtedy, gdy już ze śmiechem się pożegnałyśmy, życząc sobie wzajemnie miłego wieczoru.

Mam też ucznia, który od początku semestru nie przepuścił żadnej okazji żeby potowarzyszyć mi po lekcji i jeszcze ze mną pogawędzić. Żywiołowy, rozgadany, uśmiechnięty, zdążył się już ze mną podzielić niejedną historią, choć nie mam dlań wiele czasu - pozwalam się po prostu odprowadzić z sali wykładowej do autokaru, którym dwadzieścia minut po zakończeniu zajęć wracam do Kunmingu. Chętnie z nim rozmawiam, bo widać, że mu bardzo zależy na ćwiczeniu angielskiego, a co mi to szkodzi? Tylko, że ostatnio zanim zdążył mi powiedzieć wszystko, co chciał, już byliśmy pod autokarem, a on aż westchnął z rozczarowaniem, że zawsze jest za mało czasu! Uśmiechnęłam się i przeprosiłam, no ale autokar zaraz rusza, a ja naprawdę muszę już wracać do domu. Na co on się zreflektował, zaśmiał się, a potem spojrzał na mnie ciepło i powiedział, że przecież on rozumie, ale po prostu czas zupełnie inaczej płynie, kiedy rozmawia się z kimś, do kogo ma się zaufanie i kogo można nazwać przyjacielem. Powiedziałam, zgodnie z prawdą zresztą, że czuję się zaszczycona jego zaufaniem i że na pewno go nigdy nie nadużyję.

Ledwo wsiadłam do autokaru, dostałam wiadomość od jednego ze studentów. Poziom jego gramatyki i wymowy jest dramatyczny, jednak treść wypowiedzi zawsze jest przemyślana i ciekawa, a często również przezabawna. I pisze, że ponieważ to nasz ostatni semestr, a on w związku z tym, że planuje zdawać na magisterskie, musi pilnować średniej, chciałby zapytać, czy może zrobić cokolwiek, żeby poprawić swoje wyniki. Cały szkopuł w tym, że wyniki z testów odsłuchowych ma też raczej średnie. O ile za aktywność mogę mu wystawić nawet najwyższą ocenę, testów nie przeskoczę, bo są sprawdzane komputerowo. No ale okazało się, że wziął udział w konkursie angielskiego; wprawdzie nie wygrał, ale zajął jakieś tam daleeeeekie miejsce; od biedy da się to podciągnąć pod specjalne osiągnięcia, a one pozwolą odrobinę podnieść średnią. Gdy mu to powiedziałam, szalenie się ucieszył, a potem stwierdził, że jednak siedzenie w pierwszym rzędzie na moich zajęciach przynosi korzyści. Ja mu wytknęłam, że nie siedział tam z własnej woli - zawsze na początku semestru przesadzam cały ostatni rząd do pierwszego, żeby mieć na oku największych wałkoni i obiboków. A on mi na to: "Yes, exactly! Thank you for making me sit in the front row, Ms. Natalia. I really appreciate it and I hope you'll keep pushing and encouraging me in the future!". Na co odpowiedziałam, że oczywiście - tak długo, jak długo będzie tego potrzebować.

Te trzy (wśród wielu, wielu innych!) historie to takie maleńkie perełki, do których będę wracać, gdy kolejny leser będzie ściągał wypowiedzi ustne z AI, gdy będą opuszczać zajęcia albo ostentacyjnie grać w gierki na telefonie zamiast uczestniczyć w lekcji. A jednak kiedy myślę o tych dzieciakach, poza wielką sympatią czuję przede wszystkim ogromne ukłucie żalu i współczucia. Pomyślcie, jak bardzo są samotni i jak mało dostali wsparcia na swej dotychczasowej ścieżce, skoro odrobina życzliwości od jakiejś tam lektorki wywołuje w nich tak wielkie emocje. 

Ech.

Jak zwykle. Praca miała być tylko pracą, a okazało się, że nie umiem się od niej odgrodzić emocjonalnie i przywiązuję się do moich uczniów i chcę im pomóc - nie tylko z angielskim. I nawet jeśli na tysiąc sztuk pomogę dwóm czy trzem osobom - czuję, że warto. Oni już za chwilę pójdą w świat i pewnie już nigdy się nie spotkamy. Mam jednak nadzieję, że nasionko życzliwości i ciepło zakiełkuje, a gdy wypuści owoce, powędrują one dalej w świat.

2019-10-27

Julia

Jakoś miesiąc przed wakacjami za pośrednictwem kolegi ZB zgłosiła się do mnie Chinka. Chciała się ode mnie uczyć nie nudnego angielskiego, a polskiego, wybierała się bowiem do Polski na studia. Gra na wiolonczeli - uczy się właśnie u tego kolegi ZB. Ma jeszcze ostatni rok do zrobienia licencjatu i planowała jechać do Polski na studia magisterskie.
Zabrałyśmy się ostro do roboty. Elementarz Falskiego plus rozmaite materiały z internetu plus pierwsze książeczki Tajfuniątka - idealny start. Dziewczę przychodziło dwa razy w tygodniu, zawsze z odrobionymi zadaniami domowymi i opanowanym pamięciowo materiałem. Jeszcze przed wakacjami opanowała typy koniugacji i potrafiła krótko się przedstawić i o sobie opowiedzieć.
Pojechałam na wakacje do Polski, więc zostawiłam Julię (bo takie polskie imię wybrała) z koleżanką - Polką. Gdy wróciłam, zabrałyśmy się znów do roboty. Muszę powiedzieć, że sprawiało mi to wiele radości; po latach nauczania angielskiego, za którym nie przepadam, w dodatku - nauczania ludzi, którzy zazwyczaj się uczyć wcale nie chcieli, nareszcie miałam uczennicę, która chciała się uczyć, miała do tego dryg i szła jak burza. Nie do pominięcia jest też aspekt finansowy - lekcje dwa razy w tygodniu po godzinie przynosiły mi tyle samo kasy, ile całodniowe lekcje saksofonu ZB.
Po Złotym Tygodniu Julia przyszła do mnie jak zwykle z pięknie odrobionym zadaniem i wieloma pytaniami, jednak jakaś nie w humorze.
"Nauczycielko, to jest nasza ostatnia lekcja".
Pytam, czy już nie chce jechać do Polski na studia? Czy coś się zmieniło?
Podczas Złotego Tygodnia wróciłam do domu rodzinnego. Od słowa do słowa okazało się, że rodzice mają dla mnie inne plany. Nie chcą, żebym jechała do Polski. Ba! Nie chcą, żebym dalej studiowała wiolonczelę. Widzą mnie jako nauczycielkę przedszkolną lub podstawówkową i chcą, bym dalej kształciła się właśnie w tym kierunku. Tylko na to dadzą mi pieniądze.
Och, nauczycielko! Tak bardzo mi żal! To były piękne miesiące, gdy podążałam za marzeniem i miałam nadzieję! Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się pojechać do Polski - jeśli nie na studia, to chociaż na wakacje.
Julia zamilkła, pociągnęła parę razy nosem, zaszkliły jej się oczy... Ale za chwilę się otrząsnęła i powiedziała: a może rodzice mają rację, że żaden ze mnie materiał na wiolonczelistkę? Może faktycznie będzie mi lepiej jako nauczycielce?...
***
W Chinach tak jest nadal. Psioczyłabym na Chińczyków, ale... w Polsce też tak jeszcze bywa. Szantaż finansowy, szantaż emocjonalny - jeśli będziesz tak daleko, umrę z nerwów itd.
Rodzice, nie pozbawiajcie dzieci marzeń! Dajcie im żyć, do diaska. Serce się kraje, gdy widzę, że choć świat wygląda teraz zupełnie inaczej niż pięćdziesiąt lat temu, choć jest teraz dużo mniejszy, bliższy i łatwiejszy - w głowach niektórych ludzi nadal się nie mieści to, że można chcieć wyjść ze studni...

2013-12-19

Banglijska siedmiowarstwowa herbata 孟加拉的七層茶

Jak już wspominałam, od czasu do czasu prowadzę zajęcia o herbacie na Uniwersytecie Yunnańskim. Nigdy nie przestanie mnie dziwić i bawić, że w Yunnanie, krainie herbaty, na najlepszym uniwersytecie w regionie, to jakaś nawiedzona Polka naucza tradycyjnej chińskiej ceremonii herbacianej...
Wracając do rzeczy: ostatnio miałam zajęcia z czterdziestką Banglijczyków płci obojga. Podzieliłam ich sobie na grupy; czasu mieliśmy mało, ale stałam się przekazać maksimum wiedzy i pasji. Zazwyczaj zaczynam od pytań: co wiecie o herbacie, jakie istnieją typy herbaty, według jakich kryteriów można je podzielić itd. Oczywiście, zazwyczaj wiedzą coś tam o herbacie czarnej i zielonej, nieodmiennie w typach herbaty pojawia się herbata z mlekiem względnie herbata z cytryną itd. Po wyjaśnieniu, że te dwie ostatnie są tylko sposobem podania herbaty, zazwyczaj czarnej, naprowadzam słuchaczy na odpowiedź, mówiąc, że jest jeszcze kilka kolorów, łącznie sześć. Tym razem jeden z Banglijczyków udzielił niestereotypowej odpowiedzi - że ostatnim typem herbaty jest taka kilkukolorowa, zaparzona z kilku rodzajów liści. Magia tego pomysłu mnie urzekła, ale Chińczycy na taki wynalazek nie wpadli, więc wykład kontynuowałam opowiadając jednak o chińskiej herbacie.
Po, bardzo zresztą udanych i zabawnych, zajęciach podszedł do mnie jeden z banglijskich przystojniaków, żeby mi wytłumaczyć, że u nich, w północno-wschodnim Bangladeszu, naprawdę pija się wielokolorową herbatę. Poszperałam w internecie, okazało się, że nawet na kilku polskich blogach podróżniczych znalazło się zdjęcie takiej herbatki, że herbata ta jest sławna w Bangladeszu i poza nim, że sączenie wielosmakowej herbaty jest wspaniałym doświadczeniem. O co chodzi?
Jest sobie facet nazwiskiem Romesh Ram Gour, żyjący w mieścinie Srimongol, który miesza kilka różnych naparów - łącznie trzy typy herbat czarnych i jedna zielona, poprzedzielane przyprawami i mlekiem. Każdy napar - a potem każda warstwa różni się kolorem, smakiem i dodatkami. W jednej czuć domieszkę cynamonu, w innej - cytryny, ale większość dodatków jest objęta tajemnicą. Całość jest słodko-pikantna i wygląda tak:
(Zdjęcie wzięłam z tej strony.)
Jak widać, można poprosić o mniejszą ilość warstw - chociaż ja bym pewnie wolała wszystkie smaki.
Kurczę, nie sądziłam, że coś mnie może jeszcze w herbacie zaskoczyć. Okazuje się tymczasem, że muszę się jeszcze wiele nauczyć...
No i oczywiście właśnie zaczęłam marzyć o chociażby krótkiej podróży do Bangladeszu. Zresztą, mocno przystojni koledzy serdecznie zapraszają ;) Chyba umknął im fakt, że jestem już zaobrączkowana...

2013-06-29

wykładowca

Kariera wykładowcy jest mi nieobca. Lektorowałam w Instytucie Konfucjusza w Krakowie, prowadziłam wykłady rozmaite w dziwnych miejscach, od budynków uniwersyteckich po herbaciarnie, o muzyce, herbacie, wsi chińskiej, języku. Z łezką w oku pożegnałam ten etap, gdy wyprowadziłam się do Chin. Przecież nie będę uczyła Chińczyków ich własnego języka, ich własnej kultury.
Pierwsza niespodzianka: mój towarzysz życia, Pan i Władca, najukochańsza w świecie Zwykła Belka ode mnie uczy się mandaryńskiego, bo całe życie władał tylko kunmińskim dialektem.
Druga niespodzianka: w dziedzinie parzenia herbaty praktyka w herbaciarni zapewniła mi zrozumienie tej części chińskiej kultury. Okazało się, że to zrozumienie jest głębsze niż u większości znajomych i nieznajomych Chińczyków, którzy już teraz ledwo sobie radzą z Liptonem, a o parzeniu herbaty czarnosmoczej czy puer nie wiedzą nic. Stąd był już tylko krok do zaproponowania mi prowadzenia wykładów o parzeniu herbaty przez Uniwersytet Yunnański, moją dawną uczelnię. Są to kursy dla obcokrajowców, nie dla Chińczyków; prowadzę je w chińsko-angielskiej mieszance językowej. Wiem, że jestem proszona o ich prowadzenie właśnie dlatego, że angielski jest mi trochę znany, a większość uczniów nie włada jeszcze chińskim na tyle, żeby zrozumieć wykład o kulturze parzenia herbaty w całości po mandaryńsku. Ale z drugiej strony: nie wierzę, że w całym Kunmingu nie ma ani jednego Chińczyka, który potrafi zaparzyć ceremonialnie herbatę i jednocześnie mówi choć trochę po angielsku. Nie wierzę, bo sama znam taką Chinkę :) Nie jest to też kwestia pieniędzy - fakt, za wykłady takie dostaję niewielką wypłatę, nie jest ona jednak niższa od normalnej stawki uniwersyteckiej. A jednak proszą mnie. Nie raz, nie dwa. Za każdym razem, gdy przyjeżdża grupa zainteresowana takimi zajęciami. Sprawdziłam się i chętnie takie zajęcia prowadzę, a uczniowie mnie widocznie lubią - gdyby były skargi, szybko by mnie zamienili.
Czyli jestem w Chinach, uczę przynajmniej jednego Chińczyka języka mandaryńskiego, a dodatkowo, jak widać, nauczam chińskiej kultury bardziej kompetentnie niż sami Chińczycy. Nie wiem jak Was, drodzy czytelnicy, ale mnie to okropnie śmieszy. Nie spodziewałam się, nie wiedziałam, że tak będzie. Za każdym razem pytam, dlaczego sobie nie znaleźli na moje miejsce jakiejś Chinki. Odpowiadają, że wcale nie szukają, a ja się strasznie cieszę, że mam okazję podzielić się wiedzą herbacianą z następną grupą. I właśnie kiedy myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, ta sama uczelnia zadzwoniła do mnie z innym pytaniem: czy nie poprowadziłabym serii zajęć (łącznie 6 godzin zegarowych) ze śpiewu. Miałabym uczyć grupę Amerykanów śpiewania chińskich piosenek, ciekawych, ważnych z punktu widzenia kultury, ukazujących odmienność chińskiej piosenki od wszystkiego innego.
Zamarłam. Tak, lubię śpiewać, tak, śpiewanie to kiedyś był sens mojego życia, tak, chińskie piosenki też znam. Tak, wystąpiłam kilka razy w chińskiej telewizji właśnie jako wokalistka - czytaj: biała małpa na scenie, ale... uczyć śpiewu? Ja? Serio?
Obiecali, że sama mogę wybrać piosenki, których będę uczyć. Że metody zostawiają mnie.
Oczywiście, że się zgodziłam. Nigdy nie odmawiam, jeśli w moim życiu może wydarzyć się coś niezwykłego.
I tak właśnie stwierdziłam, że nic w przyrodzie nie ginie. Każda pasja, każde hobby może się okazać właśnie tym czymś, co nie tylko daje Ci satysfakcję i przewagę nad innymi, ale w dodatku może się rozwinąć w zupełnie niespodziewanym kierunku.
Idę szukać piosenek :)

2012-10-18

diabełki => aniołki 調皮鬼變成天使啦!

Uczę taką jedną klasę pełną urwipołciów. I jeśli mówię "pełną", to znaczy, że jest to 30 sztuk, a nie marnych kilkanaście, jak w naszych przedszkolach. Pyskate jak pięciolatki, chociaż dopiero zaczęli naukę; jeśli trzyletnie małpię się tak zachowuje, strach pomyśleć, co będzie za dwa lata...
Rozrabiają cały czas, nie dają dojść do głosu, podnoszą ręce na nauczycieli. Widać od razu niemoc wychowawców, rodziców, no i niestety również moją. Jak do tej pory wszelkie próby wprowadzenia dyscypliny spełzały na niczym - bo przecież żadne dziecko nie posłucha, jeśli stojące obok nauczycielki sobie paplają, chociaż ja się dwoję i troję, żeby było cicho. Właściwie już straciłam nadzieję, że będzie lepiej, aż tu nagle... CUD! Wchodzę do klasy, dzieci grzecznie siedzą, bez krzyków współpracują całe 25 minut, tylko te przerażone oczęta mówiły mi, że coś jest nie tak.
Zanim zdążyłam po lekcji podejść do wychowawczyni i zapytać, jakiego znalazła na te małe diabły haka, największy klasowy lowelas, ładujący się jak bez mała Kocio na kolanka, podchodzi, przytula się do moich nóg i przymilnym, jak to on, głosikiem, pyta: psze pani, a czy to prawda, że jak będziemy niegrzeczni, to nas Pani zabierze do Hameryki i sprzeda białasom? ("老司", 我們不聽話您真的要帶我們去"梅國"賣給老外嗎?)

2011-11-18

wszystkie dzieci nasze są :)

Two little black birds
Sitting on the hill

One named Jack and one named Jill.
Fly away Jack:

Fly away Jill!
Come back Jack! Come back Jill!

2011-11-17

a moja Mama 我的媽咪

Zanim zaczynam lekcje, wlaczam pomoce multimedialne. Dzieciaki zawsze wowczas podbiegaja i sie przytulaja, sprzedajac jednoczesnie nowinki.
- a moja Mama kupila mi nowe buty, popatrz!
- a moja Mama pojechala do Babci!
- a moja Mama uderzyla Tate...

在幼兒園上課之前我總是先把東西準備好: 電腦, 碟子, 玩具. 那時候孩子們跑過來擁抱我, 跟我分享他們生活沒一個小細節.
--我的媽咪給我買新鞋子,你看看!
--我的媽咪克外婆那裡克 (=我的媽咪去看外婆, 雲南方言)!
--我的媽咪打我的爸爸......

2011-11-16

kto był bardziej zaczepisty? 誰厲害?

Zerówkowicz podbiega do nauczyciela, przygotowującego lekcję o Dialogach konfucjańskich. Pyta co to, więc nauczyciel zaczyna mówić, że to dzieło Konfucjusza, tego faceta, co wisi na ścianie (tak, w naszej zerówce wisi Konfucjusz i czuję się jak w domu ^.^). Dzieciak myśli, myśli, myśli i pyta: a kto był bardziej zaczepisty, Konfucjusz czy Przewodniczący Mao? Nauczyciel odpowiada pytaniem: a jak sądzisz? Dzieciak się uśmiecha szczerbatym uśmiechem i odpowiada: Sądzę, że Przewodniczący Mao. Nauczyciel pyta: czemu tak sądzisz? Dziecko daje popis: bo Konfucjusz znał się tylko na pisaniu książek, a Przewodniczący Mao znał się na wszystkim!!
學前班的小同學過來找漢語老師. 老師在備關於"論語"的課. 小朋友想知道這是啥東東, 所以老師給他解釋,這是孔子寫的(做一位老師他卻應該知道這不是孔子寫的),孔子就是我們那幅畫卷上的人, 吧啦吧啦. 孩子想了想就問: 孔子厲害還是毛主席厲害? 老師沒回答而問: 你覺得呢? 學生笑了笑就說: 毛主席厲害! 為甚麼呢 - 老師問. 孩子開心地回答: 因為孔子只會寫書, 但毛主席什麼都會, 什麼都知道!

2010-05-08

Związki muzyki zachodniej z muzyką chińską


Dnia 7 maja odbył się w siedzibie Instytutu Konfucjusza w Opolu wykład na temat związków muzyki zachodniej z muzyką Chin. Poprowadziła go Natalia Brede, pracownik Instytutu Konfucjusza w Krakowie oraz muzykolog. Przedstawiła ona pokrótce historię chińskiej muzyki i opisała chińskie instrumenty, by przejść do zachodniej „misji muzycznej” w Chinach – bo tak trzeba nazwać zaszczepianie europejskich wzorów muzycznych w Państwie Środka przez… jezuitów.
Po wykładzie wywiązała się żywa dyskusja na temat wzrastającej popularności polskiej muzyki w Chinach, a także na temat zwyczajów tradycyjnych uroczystości ludowych i zanikających już muzycznych tradycji.

2010-04-27

Konferencja w Glucholazach




Wlasciwie sie nie odbyla. To znaczy, miala byc w te sobote, w ktora zaplakaly serca po nieopisanej stracie. A wlasciwie, miala byc od piatku do niedzieli - no i ta czesc piatkowa sie odbyla. A w czesci piatkowej mialam okazje opowiedziec o... no, kto zgadnie? Tak! O herbacie :)
A w sobote wszyscy pojechali. Zostali tylko Chinczycy... wliczajac tych o nieazjatyckim rodowodzie ;)

2010-03-22

Instytut Konfucjusza w Opolu











Czyli siostrzana jednostka. Siostrzana przede wszystkim ze wzgledu na jedna z pracownic, ktora ma mily zwyczaj holubienia mojej skromnej osoby z powodu przynaleznosci do slynnej Grupy Tajwanskiej (to grupa Polakow, ktora, spotkawszy sie piec lat temu na Tajwanie, stwierdzila, ze w zasadzie to moglibysmy sie poprzyjaznic ;)).
Dzieki owej "siostrzanosci" mam sie przed kim popisywac. Mianowicie: przed licznie przybyla publicznoscia opolskoikowa, ktora lubi wykladajacych sie ludzikow :)
Po pierwszym spotkaniu na stronie opolskiego IKu pojawil sie taki tekst:
"Dnia 19 marca 2010 roku odbył się w siedzibie Instytutu wykład połączony z pokazem parzenia herbaty. Spotkanie poprowadziła pani Natalia Brede, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego (Studia Dalekowschodnie), pracownik Centrum Języka i Kultury Chińskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego „Instytut Konfucjusza w Krakowie”, która tradycyjnej chińskiej ceremonii herbacianej uczyła się podczas warsztatów na Yunnan University oraz pracując w yunnańskiej herbaciarni Cha Ma Gu Dao.

Przybyli na wykład goście mieli okazję nie tylko dowiedzieć się, jak odróżniać dobre herbaty od złych, a także jak parzyć poszczególne typy herbat; mieli również okazję spróbować tradycyjnych naparów oraz uczestniczyć w pokazie tradycyjnej ceremonii herbacianej Herbata Kung Fu."

2010-02-04

Opole


Mnie chce :) 19 marca, 23 kwietnia, 7 maja. 

Wiec bede tam wystepowac. W zasadzie dosc regularnie. I w ogole. Dlatego bede co jakis czas przypominac o tym, ze mnie chca. Ha!

2008-07-26

światowej klasy nauczycielka chińskiego

Tak, wiem, że znowu się przechwalam. Ale po pierwsze w Chinach nie będę mogła (i nie będę mieć czym), więc teraz się nacieszam, a po drugie tym razem naprawdę mam czym. Uczyłam trzech uczniów. Jeden się nie liczy, bo to siedmiolatek - też mnie lubił, ale w sumie nic dziwnego, że się do mnie jakoś specjalnie nie przywiązał. Oprócz tego dwóch facetów. Jeden na ostatnią lekcję przytachał bukiet róż i powiedział, że już nigdy w życiu takiej nauczycielki nie znajdzie, że jestem the best i że czeka na mój powrót z Chin. Drugi jednak zwyciężył w klasyfikacji generalnej: przyjechał do mnie dzisiaj na lekcje z Krakowa. Jakież to było miłe! I to, jak pamięta to, co Mu do głowy wtłukiwałam. I onieśmielenie, kiedy się okazuje, że o czymś jednak zapomniał. I w ogóle :D Naprawdę lubię uczyć chińskiego. I chyba nawet umiem, skoro uczniowie do mnie wracają mimo obecności innych nauczycieli na miejscu...

2008-04-08

Kielce :)

Czyta mnie jakis Swietokrzyzanin? :D Jak lubi to, jak pisze, to moze polubi tez to, jak mowie ;)
A bedzie okazja - w najblizszy weekend czekaja mnie wystepy goscinne w Kielcach, na wielkiej fecie azjatyckiej. Teraz powinnam napisac: wiecej szczegolow na... i podac linka. Podac linka moge (http://www.wici.info/Kalendarz,swieto_kwiatow_lampionow_i_latawcow,9580.html), ale zeby tam jakies szczegoly byly, to nie powiem, wiec przepisuje niniejszym najwazniejsze (wedlug mnie, oczywiscie!) informacje. Teoretycznie moglabym na przyklad wkleic te ulotke w pdfie, ale mi blogger strajkuje, a ze mnie zaden as informatyczny :P
Generalnie trzeba krazyc miedzy Pl. Artystow, Pl. Konstytucji i palacykiem Zielinskiego.
W piatek otwarcie festiwalu - pokazy sztuk walki, parada smokow, maraton chinskich filmow w WDK i koncert w palacyku.
Ja pojawie sie w sobote, o 16 i o 17 na Pl. Artystow. Bedzie oczywiscie o muzyce chinskiej :)
Wieczorem chinska dyskoteka na Pl. Konstytucji.
W niedziele podobno mam uczyc chinskiego :) Moze byc milo :)
Zapraszam wszystkich serdecznie :)

2007-12-20

ostatni wyklad

I dobrze.
Nie powinnam byla narzekac, ze ostatnio bylo tylko 7 osob. To i tak tlumy w porownaniu z tymi, ktorzy przyszli dzisiaj.
Jestem zmeczona. Nie wykladem, nie ciezkim dniem, tylko tym beznadziejnym uczuciem pod tytulem: "wlozylam w to tyle serca, a wyszlo jak wyszlo".
Dobrze, ze Nowy Rok zaczne bez obciazen.
Dobrze, ze bedzie czas na to, zeby sie pozbierac.

Ide sluchac Davida Tao mojego kochanego... A jak juz znajde troche czasu, to nawet pewnie o nim cos napisze :)

今天的演講... 不是最好的. 但是參加的人喜歡. 不過願意參加的人不多.
不知道是廣告太少的問題? 還是我的演講無聊? 還是題目沒有意思? 我真的不知道ㄟ...
我很高興不要再講一次...
我去聽陶喆...
愛他的歌囉...

2007-12-15

demony 惡鬼

我開始教中文了. Jasiu 七歲, 他剛開始唸書, 但是他已經對很多東西感興趣. 最大的興趣就是奇幻世界, 奇幻小說, 奇幻遊戲. 他最喜歡的動物就是龍, 他最喜歡的種族就是惡鬼. 所以我們講顏色的時候他會說惡鬼是什麼顏色, 我們講動物的時候他就說龍的種類. 上次我們學生詞. 書呀, 書包呀, 筆呀, 橡皮等等. 然後有一種練習, 他要把對的東西畫在對的地方. 他沒問題地畫那些東西. 只有一個好奇的地方: 每一個他畫的東西上面有惡鬼...

Mam niezly ubaw z moim siedmiolatkiem od chinskiego :) Fajy dzieciak, inteligentny i nawet zadania odrabia zazwyczaj. Jego ulubiona gra komputerowa to Stronghold II, co juz duzo mowi (moglby przeciez lubic Quake'a albo tetris :P), no i zyje w swiecie fantasy - calutenki pokoik ma w smokach (zgadnijcie, jakie bylo pierwsze zwierze, ktorego nazwy sie nauczyl po chinsku...), a na mikolaja od rodzicow dostal demonariusz. Jak widac, nawet odrabiajac zadanie z chinskiego daje ujscie swej pasji :) Lubie go!!

2007-12-13

pierwsze koty za ploty




我昨天演講了. 啊啊啊啊..... 原來我很緊張. 雖然這是我喜歡的題目 (中國樂器), 雖然我準備好了, 但是我還害怕.

幸運, 大家喜歡 :)

下個禮拜三我要講中國流行音樂的特色. :)


Nie poszlo az tak zle, jak by pojsc moglo. Troche sie denerwowalam. Ale te tlumy i setki pytan mnie troche rozluznily... ;)

Za tydzien bedzie o specyfice chinskiego popu. Zapraszam, to samo miejsce, ta sama godzina, przyszla sroda. Do zobaczenia!

2007-12-12

wyklad o instrumentach

Prosze panstwa, coz za oszalamiajaca okazja! Juz jutro (12.12.2007), w centrum Krakowa (Krowoderska 8), w przytulnej sali (nr 110) o chinskich instrumentach bedzie opowiadac fenomenalny Maly Tajfun, za pan brat bedacy z meandrami muzyki Panstwa Srodka. Malo tego: wyklad bedzie za darmo!

Wszystkich, ktorzy chcieliby sie ze mnie posmiac, jak to produkuje sie na temat muzyki chinskiej, zapraszam serdecznie.
Raz jeszcze konkrety:
Miejsce: ul Krowoderska 8, sala 110, pierwsze pietro.
Czas: godzina 16.30-18.00
Tematyka: instrumenty chinskie
W planie duuuzo muzyki.
Zapraszam!!

明天我第一次要教中國音樂課. 好緊張喔... 明天的主題就是中國樂器, 它們的象徵作用, 歷史, 外表, 聲音. 希望波蘭人會喜歡我最愛的音樂...