blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-07-24

Puzhehei 普者黑

Są takie miejsca, które się kocha, albo się ich nie znosi, nic pośrodku. Kiedy pytałam, czy Puzhehei (wym. Pudżehej) jest piękne, rozmówcy albo rozpływali się w zachwytach, albo mówili, że nie warto w ogóle tam jechać. Kiedy pytałam, na jak długo trzeba tam się wybrać, niektórzy odpowiadali, że najlepiej na resztę życia, a niektórzy, że pół dnia w zupełności wystarczy. Pewnie jednak bym się nie wybrała, gdyby ZB nie dostał trzech dni urlopu. To znaczy: dostał pięć, ale na wszelki wypadek, żeby mu za dobrze nie było, dwa pierwsze w czwartek i piątek, a kolejne trzy już po weekendzie. ZB w weekendy niesie kaganek saksofonowej oświaty, więc wiadomo było, że de facto mamy tylko trzy dni. Na początku lipca. Wtedy, kiedy kwitną lotosy. I właśnie dlatego wiadomo było, że wylądujemy właśnie w Puzhehei, z lotosów słynącego. Marzyłam o tych zalotosowanych jeziorach, po których można płynąć łodzią i dotykać kwiecia, wąchać na żywo kwiaty i liście. Wiecie, na moim ukochanym Szmaragdowozielonym Jeziorze też jest dużo lotosów, ale nie można do nich niestety podejść, pogłaskać, powąchać. Zazwyczaj lotosy się sadzi, żeby było ładnie i nikt nie będzie ich barbarzyńsko niszczył, pływając wśród nich łódką. A w Puzhehei można. Ba! Jest to obowiązkowy punkt wycieczek.
Kiedy więc ZB saksofonował w spokoju, ja nas spakowałam. Gdy ZB wrócił, zaczął narzekać. Że brzydka pogoda (w Yunnanie właśnie trwa pora deszczowa). Że nie udało się kupić biletów na wczesny autokar, a ruszać o południu to zupełnie bez sensu. Że on chce odpocząć, a nie tłuc się autokarem sześć godzin w jedną stronę. Że taki spontaniczny wyjazd na pewno skończy się katastrofą.
Spoiler: skończył się katastrofą. ZB zastanawia się nad wynajmem chatki w tamtych okolicach na każde wakacje.
Zastosowałam metodę terrorystyczną: udawałam, że próbuję pohamować łzy.
Pojechaliśmy.
Jak już wspomniałam, Puzhehei jest od Kunmingu oddalone o prawie sześć godzin drogi autokarem. Jeśli złożyć tę informację z ilością kilometrów (niecałe 300), wiemy, że drogi muszą być dość kiepskie. Co gorsza, nie ma bezpośredniego autokaru do tego parku - bo Puzhehei to tak nazwa głównej wioski, jak i całego parku krajobrazowego. Faktycznie, podróż jest uciążliwa. Ale u jej kresu czeka na nas ponad 300 pagórków, ponad 80 jaskiń i ponad 54 jeziorek, w większości z sobą połączonych. Całość na około 1400-1500 m.n.p.m. Zjawisko krasowe a kraśne. A między tym wszystkim - maleńkie wioseczki mniejszości Zhuang, Miao i Yi, pola ryżowe i kukurydziane, ogrody i plantacje sanqi, czyli fałszywego żeńszenia - głównego produktu eksportowego regionu. Ja... ja po prostu MUSIAŁAM tam pojechać, rozumiecie chyba?!
Można się zniechęcić podróżą. Można się zniechęcić turystycznością wioski Puzhehei - wypełnionej świeżo wybudowanymi hostelami, hotelami i knajpami. Można się zniechęcić ceną biletu - 200 yuanów za jazdę bryczką, pływanie łódką w kapoku z dziesiątkami innych turystów i powierzchowne obejrzenie paru jaskiń. Można stwierdzić, że hałas, komercja i wszystko niewarte funta kłaków.
A można pojechać do którejkolwiek z dziesiątek wioseczek tam rozsypanych. Można znaleźć tubylca, który za parędziesiąt yuanów chętnie nas zabierze własną łódką na wycieczkę do jaskiń, do których, jak twierdzi dyrekcja parku, nie ma wstępu. Można obiadać z miejscowymi, jedząc zieleninę skwapliwie zbieraną na pobliskich dzikich polach i nie wybrzydzać, że smakuje inaczej niż w Kunmingu. Można zamiast bryczką wybrać się na wycieczkę perpedesem i przez cały dzień nie zobaczyć ani pół turysty. Można stracić oddech z zachwytu nad wyrastającym z wody lasem, nad pięknem ukształtowania terenu, nad zachodem słońca nad jeziorem i nad smakiem arbuza, który jest sto razy bardziej arbuzowy niż w mieście. Można patrzeć, jak lokalna młodzież niespiesznie rozkłada wędki, drugim okiem obserwując pasące się kozy czy bubalus bubalis (czy Was też urzeka naukowa nazwa bawołu? :D). Jak matka, z dzieckiem przytroczonym do pleców, zbiera świeżo złowione raki i ślimaki, by je potem sprzedać do restauracji po 20 yuanów za kilo. Można z żalem patrzeć, jak starsze kobiety piorą bieliznę przy brzegu, a w prowizorycznej "wannie" usypanej z kamieni tuż obok nich myje się młoda dziewczyna. Raki długo tam już nie zostaną, ale ciężko rozmawiać o ekologii z kimś, kto żyje podobnie do przodków i nie umie sobie nawet wyobrazić, że mógłby żyć inaczej.
Są miejsca, które się kocha, albo się ich nie znosi. Ja wybrałam pokochanie Puzhehei i okolic z dobrodziejstwem inwentarza. Dla narzekających rada - można spróbować ominąć turystyczność i komercję, by się nacieszyć Puzhehei oglądanymi z zupełnie innej strony.
Dziś kilka pierwszych zdjęć, tak na zachętę, ale o Puzhehei pojawi się jeszcze przynajmniej kilka postów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.