blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-12-30

tu jest mięso!

Za dawnych czasów, gdy jeszcze pracowałam w szkole, były takie dwa dni w tygodniu, kiedy pracowałam poza Kunmingiem, w Anningu. Chociaż łącznie uczyłam tylko cztery godziny dziennie, były one rozbite na rano i popołudnie, więc spędzałam tam cały dzień, wraz z czterogodzinną przymusową przerwą między zajęciami. Oczywiście, przedszkole miało obowiązek nas nakarmić – w przerwie schodziłyśmy więc do kuchni, gdzie kucharki pakują do misek po odrobinie wszystkiego, łącznie z zupą. Zazwyczaj był to kawałek mięsa i jedno lub dwa warzywa plus ryż. Smak nie jest może porywający – dania jednogarnkowe nie są najlepszym polem do popisu dla kucharza – ale za to bardzo często miałam okazję spróbować potraw, których bym pewnie w knajpie nigdy nie zamówiła, bo nawet bym nie wiedziała, jak się nazywają. Za każdym razem, gdy miałam w misce nowość, prosiłam tubylki, by mi wytłumaczyły, co to za dziwo. Jeśli mi smakowało, zmuszałam ZB, żeby zaczął przyrządzać to-to w domu, jeśli nie – zabraniałam mu kupowania takiego paskudztwa.
Do rzeczy.
Razu pewnego przyjechała ze mną druga nauczycielka, lekko szurnięte dziewczę, bodaj ze Szwecji, które zaraz na wstępie oświadczyło, że nie lubi chińskiej kuchni, a poza tym to jest wegetarianką i w ogóle ęą. Wyjaśniłam kucharkom, że jedna z miseczek musi być pozbawiona mięsa. Panie pokiwały głowami, przyjęły, załatwione.
Południe. Przynosimy nasze miseczki, spokojnie sobie jem, gdy nagle słyszę pełne przerażenia okrzyki: „Tłuszcz! Tutaj jest tłuszcz! Zwierzęcy!”.
Z dramatycznym gestem dziewczę wyciąga przed siebie pałeczki z galaretowatym paskudztwem, które faktycznie wygląda lekko mięsnie.
Szukam w swojej miseczce, zjadam pierwszy kęs i... wybucham śmiechem. Uspokajam dziewczę, że to nie mięso. Nie jest przekonana i pyta, co niby, jeśli nie mięso. Nie pamiętam, jak się ta bulwocebula nazywa po angielsku, więc przeszukuję ciocię wiki. Jest.
Dziewczę lekko pobladło, gdy przeczytało, że wprawdzie nie je mięsa, ale za to potrawa jest wykonana z mączki z dziwidła, które po angielsku wabi się „diablim językiem” (devil's tongue), a które uchodzi za trujące...
Historia przypomniała mi się, gdy na hubejskim targowisku zobaczyłam „tofu z dziwidła”, a Polacy obok pytali, czy to nie krew – bo jest ciemnego koloru i podobnej konsystencji... A o samym tofu z dziwidła jeszcze napiszę. Obiecuję :)

3 komentarze:

  1. Ja tylko znam makaronik z tego czegosia. Bardzo zresztą lubię, bo właściwie nie ma własnego smaku, a przechodzi tym, w czym się go gotuje, więc pasuje do wszystkiego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. czy ten kwiatek nie jest czasem spokrewniony z tym ewenementem, ktory kwitnie raz na 10 lat i smierdzi psujacycm sie miesem? taki amazonski rarytas, widzialam kiedys w ogrodzie botanicznym i troche podobny byl.
    Szwedka oduczyla sie marudzic, mam nadzieje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety, nie posiadam wiedzy w zakresie amazońskich rarytasów :(

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.