blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-01-19

Stary Zhang

ZB idzie Aleją Miłorzębową i robi zachwyconej Joasi samolocik. Dziecię zaśmiewa się aż do czkawki; jest taka śliczna! Wiem, wiem - jestem nieobiektywna. Ale - wszyscy się za nią oglądają, więc coś jednak jest na rzeczy. Obejrzał się i mocno starszy pan. Pyta: Amerykanka, tak? ZB, dotknięty do żywego, odpowiada, że Chinka. Straszliwie go boli, że trzyma na rękach własne dziecko i nikt się nawet nie zająknie, że mogłoby ono być chińskie, za to padają nazwy państw zachodnich. No, czasem się zdarza, że ktoś strzeli, że mieszaniec, ale to tylko wtedy, kiedy idę bardzo blisko nich...
Starszego pana nie obszedł oburzony ton ZB. Mówi, że mocno widać rysy zachodnie, że piękna skóra i takie wielkie oczy, pewnie po Mamie. ZB jeszcze trochę się boczy, ale starszy pan kontynuuje z całą serdecznością i ZB w końcu mięknie. Gawędzą, staruszek opowiada o sobie i swoim dziwacznym życiu. Że jeden syn pojechał do Bułgarii na studia, gdy jeszcze było popularne jeżdżenie do "bratnich państw", ale w końcu się stamtąd wyniósł, gdy w pobliskich państwach zaczęły się wojenne przepychanki. Wylądował w USA, jak i córka. Drugi syn zaś jest w Australii. Wszystkie dzieci się wyniosły i ułożyły tam sobie życie.
- Dlaczego Pan nie pojedzie do nich?
- A byłem, i to nie raz! Jacy tam ludzie mili, jak bez stresu się żyje! A jak czysto!
- To dlaczego Pan tam nie został?
Stary Zhang zasępił się nieco; zanim zdążył odpowiedzieć, mój najlepszy z mężów zgaduje: - Pewnie Pan nieprzyzwyczajony do ichniego stylu życia, pewnie nie lubi Pan tamtejszej kuchni, a i językowo jest problem...
Staruszek potrząsa przecząco głową. Uśmiecha się smutnie i patrzy nam w oczy.
- Mógłbym tam żyć bez żadnego problemu! Chińczyków wszędzie jest dużo, więc znalazłbym sobie towarzystwo, a dzieci mam posłuszne i każde z nich by mnie chętnie przygarnęło. Ale ja nie mogę opuścić mojej żony.
ZB na końcu języka ma pytanie, dlaczego się razem nie przeprowadzą, ale zanim zdążył się wtrącić, Stary Zhang kontynuuje.
- Zmarło jej się, gdy miałem siedemdziesiąt lat. Teraz mam prawie dziewięćdziesiąt i staram się utrzymać sprawność fizyczną i intelektualną właśnie dla niej. Dzieci sobie doskonale radzą, nie muszę się o nie martwić. Ale nie zostawię przecież bidulki samej. Kto by Jej sprzątnął grób? Kto by zapalił trociczkę w naszej świątyni? Nie mogę odejść...
Stary Zhang zamyślił się i zupełnie zapomniał o naszym istnieniu; nie usłyszał cichego "do zobaczenia" wypowiedzianego na rozstaju dróg.
Zerknęłam ukradkiem na ZB; miał oczy pełne łez. Spojrzał na mnie i rzekł po prostu: wspaniały człowiek.

Tak. Wspaniały.

2017-01-15

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XIV

Harował dla matki 行傭供母
Za czasów Wschodniej Dynastii Han, żyła pewna wdowa z synem o imieniu Jiang Ge. Ojciec jego zmarł wiele lat wcześniej, a oni radzili sobie jak mogli. Kiedy bandy rabusiów i buntowników zaczęły plądrować okolice, Jiang Ge postanowił wyjechać z matką w jakieś bezpieczniejsze miejsce. Jednak wyprawa była o tyle trudna, że nie posiadali ani konia, ani wozu, w związku z czym Jiang Ge niósł po prostu matkę na plecach wzdłuż drogi. Nie uciekli daleko, gdy dopadła ich pierwsza banda. Herszt zażądał, by Jiang Ge do nich dołączył, on jednak padł na kolana i zaczął błagać o łaskę: "Jeśli odejdę z Wami, moja stara matka umrze z głodu. Ktoś musi się nią opiekować, a ma tylko mnie. Błagam, pozwól nam odejść w pokoju".
Wzruszony herszt puścił ich wolno, tak samo zresztą jak kolejne napotkane przez nich bandy. Synowskie oddanie zmiękczało serce bandytów; takim oto sposobem udało im się w końcu dotrzeć do Xiabi w prowincji Jiangsu. Podróż pochłonęła wszystkie oszczędności, a ubrania obojga były w strzępach. Nie mając do kogo zwrócić się o pomoc, zamieszkali w nędznym szałasie z trawy wraz z innymi uciekinierami.
Każdego ranka Jiang Ge wyruszał do pracy; imał się każdego zajęcia, byle tylko móc zarobić parę groszy, by zapewnić matce życie na odpowiednim poziomie. Sam jadł chwasty i połamany ryż, odziewał się w łachmany i chodził boso, ale ubrania i pożywienie matki były najwyższej jakości. Sąsiedzi chwalili jego altruizm, ale radzili też, by był trochę bardziej wyrozumiały dla samego siebie. On jednak niezmiennie odpowiadał z uśmiechem: "Powinnością syna jest dbanie o rodziców".
W końcu udało mu się znaleźć stałą pracę z sensownym wynagrodzeniem, które wystarczało, by zapewnić matce wygodne życie. Traf chciał, że mniej więcej w owym czasie w rodzinnych stronach Jianga zapanował pokój, a matka na wieść o tym wyraziła życzenie, by wrócić do domu. Jednak jazda konną bryczką okazała się dla niej zbyt forsowna. Dlatego Jiang Ge porzucił pracę, która mogłaby mu zapewnić bogactwo i, umościwszy wygodnie matkę, zaprzągł do wozu sam siebie, a po drodze wszyscy dobrzy ludzie wychwalali jego synowskie oddanie. 

Po pierwsze: z opowiastki na opowiastkę bardziej zdumiewają mnie łagodne serduszka chińskich bandytów.
Po drugie: syn był w sumie ok, ale matka... grrrr...