blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-02-22

涮菜 tonknięte żarcie

Drodzy Państwo! Czy znacie czasownik tonknąć? I przymiotnik odczasownikowy tonknięty?
Nie dziwię się, że nie. Język śląski różni się wszak bardzo od poprawnej polszczyzny. Tonknąć znaczy zanurzyć, ale tylko na chwilę. Na przykład w upalne lato można się tonknąć w stawie, albo można biszkopty do tiramisu tonknąć w kawie. Jeśli prawdą jest teoria, że wszyscy dążymy do ekonomizacji języka, to długaśne "zanurzyć na chwilę" proponuję zastąpić swojskim tonknięciem.
Po co mi tonknięcie?
Przede wszystkim do gorącego kociołka. Czyli: zupa, cały czas podgrzewana, na środku stołu, do której wrzucamy poszatkowane cokolwieki, żeby się szybko ugotowały. Po wyjęciu maczamy je w sosach i spożywamy; tego typu kolacja potrafi trwać ładnych parę godzin, zwłaszcza w zimie, kiedy najbardziej się przydaje cały czas gorące żarcie. Oczywiście, ziemniaki czy inne grzyby trzeba wrzucić do zupy i długo gotować. Ale już takiemu cieniutko pokrojonemu kurczaczkowi czy innej wołowinie w półprzezroczystych plasterkach albo i zwykłej mięcie wystarczy tonknięcie.
Z tego tonkania wzięła się nazwa jednej z tradycyjnych pekińskich potraw - tonkniętej baraniny/jagnięciny 涮羊肉. Potrawa nie rdzennie pekińska - Chińczycy przejęli ją od Mongołów. Ponoć gdy Kubilaj-chan rwał się do boju i czasu nie starczało na przygotowanie pełnowartościowego posiłku, kucharz ciął mięso w cieniutkie plasterki, wrzucał do wrzątku i podawał w miseczce z solą. Do dziś tzw. mongolskie huoguo bazuje na tym pomyśle: jest rosół, jest mięso w plastereczkach, są warzywa i miseczka z sosem. Ten typ gorącego kociołka jest popularny w prawie całych Chinach.
Prawie.
W Yunnanie na przykład pierwsza taka huoguownia pojawiła się w latach '50 na jednej z najbardziej kulinarnych ulic Kunmingu - Xiangyunjie 祥云街, do dziś obfitującej w rozmaite przekąski. Jednak "Pekińska tonknięta baranina" upadła już w latach '60, a na jej miejscu pojawiła się knajpka z kluskami ryżowymi, najukochańszym żarciem kunmińczyków. Za to w krótkim czasie powyrastały jak grzyby po deszczu kunmińskie odpowiedniki "tonkniętej baraniny" - tzw. "tonknięte warzywa" czyli shuancai 涮菜. Do warzyw z czasem zaczęto dodawać kurzą/świńską krew, tofu, makarony wszelkiego rodzaju itd., ale zasada pozostała ta sama: z wielkiego stolika różności
wybieramy smakołyki i wpakowujemy je do koszyczka z rączką,
który następnie wsadzimy do gara z wrzątkiem. Gdy już się ugotuje, czyli zazwyczaj po chwileczce, możemy ugotowane pyszności maczać w miseczce z sosem:
i wtranżalać, aż miło!
Oczywiście, tonknięte żarcie występuje nie tylko w Kunmingu - słynne jest to syczuańskie chociażby. Ale już w takim Anhui czy Szanghaju ciężko na nie trafić. Gdy oprowadzałam Chińczyków z innych regionów po Kunmingu (tak, ja, Polka, oprowadzam czasami Chińczyków po Chinach) to właśnie ten sposób podania najbardziej ich dziwił.
Tuż koło domu mamy miłą szuancajownię, do której zdarza mi się wpaść po badmintonie albo po zakupach na targu; jest tanio, jest duży wybór, są sosy wedle uznania i jest przemiła właścicielka. Najlepsze, że wiedzą o niej nieliczni, bo oznakowanie dość szczelnie zasłoniły korony drzew...

11 komentarzy:

  1. Bardzo lubię Twojego bloga. Zawsze tu znajdę coś interesującego i apetycznego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Bardzo się cieszę :) Lubię zarażać ludzi chińszczyzną :)

      Usuń
  2. Zawsze twierdziłam, że śląski jest praktycznym językiem. Do chińszczyzny nie trzeba mnie namawiać, zaraziłam się na Jamajce. Choć poinformowano mnie, że na Jamajce przeważają użytkownicy języka kantonskiego, więc pewnie i kuchnia z tamtego regionu no i dodatkowo dopasowana do jamajskich gustów: dużo, tłusto, ostro. A poza tym, to psy i inne kulinarne udziwnienia na Jamajce by nie przeszły. Wiele osób tam nawet wieprzowiny nie je, bo uważają to mięso za nieczyste, niezdrowe.
    Codziennie do ciebie zaglądam. Życzyłabym sobie takiego zdyscyplinowania w blogowaniu.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa - przy czym akurat zdyscyplinowanie to zdecydowanie nie moja zaleta (niektóre szkice wpisów czekają już od czterech lat na uzupełnienie...). Jeśli kuchnia i zwyczaje kantońskie, to różnią się od yunnańskich jak Rosja od Hiszpanii, a skoro zostały zjamajkowane, to już w ogóle powstał uroczy misz-masz :) Właśnie takie miksy kulturowe są najlepsze, nie uważasz? :)

      Usuń
    2. Zgadzam się, miksy kulturowe i rasowe są bardzo ciekawe. Przy okazji mieszają się też style kulinarne.

      Tutaj można sobie zobaczyć popularną jamajską Chinkę:
      http://www.youtube.com/watch?v=Qf8rAExd0wk

      Korzystając z okazji (wiem że to nie na temat, ale właśnie korzystam z okazji), chciałam od dawna zapytać o maniery w Chinach, bo to się zawsze gdzieśtam przewija, że plują itd. Jak to wygląda w praktyce? Jakie są zasady zachowania, czy to się różni w zależności od regionu? - jeśli gdzieś o tym pisałaś, to proszę pokieruj gdzie. Jeśli nie, to może kiedyś jakiś artykuł? :-)
      Pozdrawiam.

      Usuń
    3. cały czas zbieram materiały do tego typu wpisać. Nie chcąc generalizować, muszę się dobrze do tego tematu przygotować. Na razie mogę tylko powiedzieć, że na całym świecie nie poznałam ani jednego człowieka lepiej wychowanego (w naszym, polskim tego słowa rozumieniu) niż mój mąż - Chińczyk...

      Usuń
  3. Wielkie dzięki za dodanie do blogrolla!
    Gratuluję fajnego bloga, z którego dużo można się dowiedzieć.
    Odnośnie tematu, to uwielbiam mongolski kociołek, ale w Szanghaju faktycznie trudno na niego trafić. Z kolei w innych częściach Chin na mają pojęcia o piciu żółtego wina, bez którego trudno wyobrazić sobie zimowy wieczór na ziemiach dawnego państwa Wu. Co kraj, to obyczaj.

    OdpowiedzUsuń
  4. W Poznańskim istnieje czasownik tonkać tzn. maczać, zanurzać - czyli rodowód muszą mieć wspólny z niemieckiego czasownika tunken.
    Pychotka jedzenie z takiego kociołka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Globalizacja i hybrydyzacja językowa są wspaniałe, prawda? :)

      Usuń
  5. Ja mieszkam na Śląsku i znam tonkać, zatonkać, akurat tonknąć pierwszy raz widzę :)
    Muscat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pewnie lokalna odmiana tego samego słowa :)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.