blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-12-08

koncert 音樂會

Oprócz tego, że świetnie się z ZB dogaduję na płaszczyźnie kulinarnej (dziś zabrał do pracy zamiast kanapek dwa solidne kawałki takiej pizzy), oboje mamy hopla na punkcie muzyki. W skład jego przysięgi małżeńskiej weszły wielkie słowa o codziennym graniu dla mnie na saksofonie. Wywiązuje się, nie ma rady. Ja ze swej strony czasem podśpiewuję, czasem podgrywam na klawiszach - sprawia nam to dużą przyjemność. Nie, źle powiedziałam. Prawda jest taka, że nie moglibyśmy bez tego żyć.
Kunming jest sporym miastem, choć w skali Chin - prowincjonalnym. Jest tu teatr muzyczny, filharmonia, opera. Jest wystarczająco dużo ludzi, żeby istniało grono melomanów. Cokolwiek rozbestwiona Krakowem, próbowałam przymusić męża, żeby zabierał mnie na koncerty i przedstawienia. Zawsze się wykręcał; sam będąc oboistą tutejszej orkiestry twierdził, że orkiestra jest do kitu i on sam nie może tego ścierpieć, więc nie będzie mnie zmuszał do zadręczania uszu. I że jeśli przydarzy się tu kiedyś koncert z prawdziwego zdarzenia, to mnie zabierze.
Dnia pewnego dzwoni do ZB jego własny osobisty kuzyn, altowiolista pewnej pekińskiej orkiestry, o której więcej za chwilę. Że będą koncertować w Yunnanie i czy ZB dałby się namówić na zagranie z nimi jednego kawałka, łatwego i znanego. ZB oczywiście się zgodził; nigdy nie słyszał tej orkiestry, ale wie, że muzycy pokończyli dobre uczelnie muzyczne w Chinach i powinni znać się na rzeczy. Kiedy dostanę nuty? - pyta. Kuzyn odpowiada, że na dwa dni przed występem. Cóż, kawałek jest łatwy i tylko jeden, więc nie powinno być źle. Chodzi głównie o to, że wersji jest milion i trzeba wiedzieć, co ma grać orkiestra, gdzie będą powtórzenia itd.
Orkiestra przyjeżdża, nut nie ma. "Dostaniesz w dzień występu, przyjdź po prostu wcześniej na próbę". Ja sarkam na kompletny brak profesjonalizmu, ZB jest przyzwyczajony. Ćwiczy sobie tę tonację, w której ma być utwór, żeby palce trafiały.
Piątego grudnia, w dzień koncertu, jedziemy do miejscowej opery. ZB mnie prowadzi, prowadzi... Przechodziłam tędy milion razy! Ale nie wiedziałam, że jest tu opera... Wejście wygląda tak:
Gdzieś tam u góry, jak się bardzo dobrze przyjrzeć, zauważyć można dumny napis "昆明剧院". To, że ciężko skupić na nim wzrok z powodu migotliwych Topsportów i innych Adidasów... Cóż. I tak dobrze, że żeby wejść do opery, nie trzeba w żadnym z tych sklepów najpierw zrobić zakupów. Ale może z czasem będzie tak, że do opery będzie można pójść za okazaniem paragonu? Wszystko przed nami...
Weszliśmy. Znaleźliśmy panią menedżer. Nut nie ma. "Przecież wysłałam pocztą elektroniczną". Nie, nie wysłała pani. A może pani wysłała, ale nie do mnie? Nut nie ma. Po godzinie nerwowej bieganiny znajdują się jedne nuty. Partytura dyrygenta znaczy. Ale, proszę pana, to jest wersja dla wokalisty, a nie dla saksofonu! Dyrygent patrzy zaskoczony - no i co z tego? Nigdy dotąd nie spotkałam dyrygenta, który by nie wiedział, że saksofony transponują...
No dobrze, innych nut nie ma, kserujemy partyturę, wycinamy partię wokalną i sklejamy w całość. ZB na bieżąco transponuje; niewygodny układ klapek - logiczne, bo to przecież nie wersja na saksofon, a na wokal, grrrr... Nic to. Z marszu próba z orkiestrą, w której nie stroją puzony, nikt nie zwraca uwagi na dyrygenta i jest rozstrojone pianino. Tak! Pianino! Marki "Pearl River", najgorszej chińskiej marki. W międzyczasie podsłuchuję panią menedżer orkiestry, która dzwoni do szefa opery:
Proszę pana, pianino jest nienastrojone, uprzejmie prosimy o podesłanie stroiciela... Tak, mamy pianistę... Nie, proszę pana, pianista to nie to samo, co stroiciel... Nie, pianista nie ma narzędzi do strojenia ani kwalifikacji po temu, czy państwo nie mają kontaktu ze stroicielem?... Aha, od trzech lat jest pan dyrektorem i pianino nigdy nie musiało być strojone, tak?...Rozumiem, dziękuję...". W końcu zresztą znaleźli tego stroiciela, co nie bardzo pomogło, bo pianinom tej marki żaden stroiciel nie pomoże.
Ad rem.
Orkiestra gra, ZB się nie poddaje. Nazwisko na plakatach i w programach wydrukowali, nie może sobie tak po prostu pójść. A szkoda instrumentu. Źle one znoszą zmiany temperatury. Opera zaś, jak w zasadzie wszystkie budynki w Kunmingu, jest oczywiście nieogrzewana. Inna temperatura na korytarzu, inna w ćwiczeniówce, inna na dobrze oświetlonej scenie. Instrument zimny ma inny strój niż ciepły. Niestety, ZB aż do wyjścia na scenę siedzi w zimnie, a potem nagle zmienia miejsce na bardzo ciepłe - i nie stroi z orkiestrą. Ale jest to w sumie mały problem, skoro orkiestra sama z sobą nie stroi i jest nie w rytmie.
Co to za beznadziejna orkiestra? I w ogóle co to za niedorobiony koncert?
Był to, moi drodzy, koncert zorganizowany przez chińskie PZU - New China Life Insurance Company LTD., istniejącą od 1996 roku firmę ubezpieczeniową, która jest tak bogata, że ma własną orkiestrę symfoniczną. Profesjonalną. To znaczy, pełen skład orkiestry jest po studiach muzycznych. Co nie zmienia faktu, że nie grają ani do rytmu ani do melodii...
Nie wierzyłam, że mogą być aż tak źli. Myliłam się.
Przyszedł czas koncertu. Na wspaniałym wyświetlaczu ukazała się reklama naszej firmy:
Muzycy zajmują miejsca. Orkiestra gra marsz Radetzky'ego. Mniejsza o to, że nieczysto i że słychać tylko fatalne waltornie. Najgorsze, że ludzie siedzący obok mnie nie byli w stanie ich zagłuszyć nawet jedząc chipsy i gadając przez telefony...
Repertuar cokolwiek zaskakujący. Po Radetzkym oczywiście Walc Kwiatów. Jedyne co zapamiętałam z całej interpretacji to to, że bezwzględnie był to walc, bo przez cały utwór to, co wybijało się na pierwszy plan, to było "um-pia-pia"; gdzieś w tle czasem można było dosłyszeć melodię.
Był też kawałek zatytułowany "Tom i Jerry". Serio. Tak było w programie. Puścili kreskówkę. Przemianowali uwerturę do "Zemsty nietoperza" na Toma i Jerry'ego! I nie bacząc na to, że w kreskówce wyraźnie widać, jak powinien wyglądać rytm, grali po swojemu, w sposób zupełnie nieskoordynowany. Było jeszcze "O sole mio" wykonane przez solistę, który nie rozumiał znaczenia słów, które śpiewał i wreszcie przyszedł czas na mojego męża. Zwróćcie, proszę, uwagę, na to, jak na początku jest on niedostrojony (bo zimno), ale przynajmniej w rytmie z dyrygentem. Czego nie można powiedzieć o reszcie orkiestry...

Po zakończenia numeru ZB wyszliśmy. Od razu. Stwierdziłam, że przemęczenie choćby jednego więcej numeru jest ponad moje siły.
Opowiedziałam ZB wszystkie moje odczucia. Żywo gestykulowałam, podśpiewywałam te fragmenty, w których najbardziej fałszowali i powiedziałam, że się cieszę, że on na co dzień nie musi się męczyć z takimi pseudomuzykami.
ZB: Nasza kunmińska orkiestra jest jeszcze gorsza...
I właśnie w ten sposób dowiedziałam się, dlaczego nigdy nie chodzimy na koncerty do tutejszej filharmonii...

10 komentarzy:

  1. Ach, jak ja kocham o Was czytać.. :* za podlinkowanie..

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbardziej mi się w tym wpisie podoba link do kuchniowego bloga ;)

    Na muzyce znam się mało i pewnie wiele nie słyszę, bo na pewno nie zauważyłabym nic z tych rzeczy, które im zarzucasz, ale nawet mnie nie podoba się, jak te sksypecki grają. Jakoś tak nierówno ze sobą nawzajem i innymi instrumentami. A i samej piosenki nie znoszę.

    Rozumiem, że ZB więcej się na takie występy artystyczne nie zgodzi, chyba że najpierw przetestuje gruntownie jakość orkiestry ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. My też nie lubimy tej piosenki :) Ale ZB zawsze się będzie zgadzał - bo na przykład od piątku ma nowego ucznia saksofonu w perspektywie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Decyzja biznesowa, rozumiem :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wielkie Gratulacje dla ZB!
    Dziekuje, ze pozwolilas mi zobaczyc meza "w akcji" . Super - teraz mnie juz nic nie zdziwi. Mam na mysli wspolne Wasze muzykowanie . Gdyby moj tak umial Lol...
    Kiara

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, najwspanialsze jest właśnie to, jak udaje nam się coś zrobić razem :) Mniejsza o tę operę i orkiestrę ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie ten występ przypomina strojenie instrumentów przed występem. Nigdy bym nie pomyślała że ta orkiestra już wykonuje utwór.
    Ale za to twój ZB fajnie gra.
    Gratulacje.

    Katia

    OdpowiedzUsuń
  8. :) tak, orkiestra jest przerażająca :) Dzięki za miłe słowa :)

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.