blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2019-01-06

Kawalerska Stromizna 先生坡

Wszystkie dróżki, które prowadzą do Szmaragdowego Jeziora, są strome. To oczywiste. Jezioro jest w dole, a cała reszta u góry. Więc poza jedną, jedyną ulicą, która okrąża Jezioro, wszystkie drogi dojścia są strome. Tak się dawniej nazywały - stromizny 坡. Zbocza, spadki, nachylenia, co nam wpadnie do głowy. Idąc od Jeziora w dowolną stronę można się zasapać. Bodaj tylko kawałek przy Rzece Spławiania Koni, prowadzący do Małej Zachodniej Bramy, został wygładzony i spłaszczony.
Wiele takich stromizn biegnie między północnym brzegiem Jeziora a Ulicą Kręgu Kultury 文林街, czyli tą między Jeziorem a Uniwersytetem Yunnańskim. Jedna z nich, licząca zaledwie 115 metrów, powstała dawno temu, jeszcze za Mandżurów, w czasach, gdy nie było jeszcze Uniwersytetu Yunnańskiego, a jego daleki przodek: budynek, w którym zdawano egzaminy urzędnicze, czyli tak zwany Gongyuan 貢院. Pamiętajcie o tonach: gòngyuàn, czyli dwa tony opadające, jak opadałyby nasze głowy przed urzędnikami, którzy dręczyliby nas w czasie egzaminu, a nie na przykład gōng​yuán jak park 公園 albo jak 公元 czyli AD... Egzaminy wstępne odbywały się lokalnie, ale lokalnie - to znaczy, że jeden taki budynek znajdował się w danej prowincji. A to z kolei znaczyło, że ci, którzy przybyli na egzaminy, musieli być gdzieś zakwaterowani. Akurat przy tym zboczu znajdowało się dużo zajazdów i to właśnie w nich szukali sobie miejsca ci, którzy ubiegali się o stopień xiucai 秀才 - a tych kandydatów nazywano potocznie xiān​sheng 先生. Xiansheng w zależności od okoliczności może mieć różne znaczenia: pan, doktor, małżonek, nauczyciel (właśnie te znaki czyta się po japońsku sensei), mistrz... Jednak ja sobie ich akurat w tej sytuacji tłumaczę jako "kawalerów" - większość z nich była młodzieńcami pełnymi wzniosłych ideałów, chcieli zmieniać świat, począwszy od własnego żywota. Mało tego! Ponoć prefekt, który oceniał testy (też xiansheng), również mieszkał w tej okolicy...
I tak się narodziła Kawalerska Stromizna. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, nic nadzwyczajnego. Kilka metrów szerokości, po obu stronach maleńkie osiedla (świetna lokalizacja, bo nad Jeziorem, ale osiedla powstały w czasach, gdy samochody były luksusem a nie oczywistą oczywistością, więc z parkowaniem sporo kłopotów), na dole knajpa, u góry miejski szalet... A przecież była to kiedyś najbardziej "uczona" uliczka Kunmingu! Nie mieszkali tu najbogatsi, tylko najinteligentniejsi i - zazwyczaj - najlepiej wychowani. Prowadzono tu filozoficzne czy poetyckie dysputy przy herbacie i innych trunkach; kolejne pokolenia przybywały do Jesiennych/Wiosennych Bram 秋闈/春闈 - egzaminy się odbywały zawsze jesienią bądź wiosną, a w założeniu miały otwierać pałacowe bramy, stąd bardzo poetycka nazwa na - cóż, nie oszukujmy się, coś w rodzaju sesji...
Mogli się tu w zaciszu przygotowywać do egzaminów: pamiętajmy, że w dawnych czasach, gdy zabudowa nawet wewnątrz Kunmingu nie była jeszcze gęsta, było tu sporo zieleni... Bodaj tylko gdy kandydaci zjeżdżali się z całej prowincji, odludny zwykle zakątek nagle stawał się sercem miasta. Iluż tych kandydatów być mogło? - pewnie się zastanawiacie. Cóż, znalazłam źródło, które mówi o pięciu tysiącach przyjezdnych. Rozlokowywali się oczywiście nie tylko na naszej Kawalerskiej Stromiźnie, a również na Ulicy Kręgu Kultury, Ulicy Szybującego Smoka, Ulicy Wzlatującego Feniksa wszystkie zajazdy były przepełnione. Były to lokale różnego kalibru - bo i zdający różnili się między sobą bardzo: nie było ograniczeń wiekowych, nie było obostrzeń finansowych, nie gardzono wieśniakami z dzikich ostępów - byle tylko byli piśmienni. Czasem zjawiali się całymi rodzinami, w których wszyscy umni mężczyźni razem przystępowali do egzaminów. Byle jednemu się udało, cała rodzina mogła liczyć na wspaniałe życie. Niektórzy z nosami w książkach do ostatniej sekundy powtarzali materiał, paląc lampiony aż do ostatniego gengu, niektórzy palili trociczki rozmaitym bóstwom, od nie całkiem boskiego Konfucjusza poczynając.
Tylu przyjezdnych było oczywiście świetną okazją do zarobku. Musieli przecież gdzieś nie tylko spać, ale również załatwiać inne potrzeby, od jedzenia i picia poczynając, przez inne intymne czynności na zabawie kończąc. A jeszcze przydałby się i golibroda, i krawiec, i doktor. A jeszcze trzeba u "wodnika" nabyć wody prosto z koromyseł, u innego "nosiciela" - pozbyć się produktów przemiany materii... nie brakowało tu żadnego przedsiębiorczego rzemieślnika czy fachmana. Wokół mnożyły się herbaciarnie, knajpki i wszystkie inne niezbędne miejsca.
Niektórzy ze zdających nie mieszkali w samym mieście, ale i tak przysparzali pieniędzy tragarzom. Przypływali bowiem łódkami znad Jeziora Dian i od Małej Zachodniej Bramy do Gongyuanu musieli przynieść wszystkie potrzebne przybory - czyli przede wszystkim cztery skarby gabinetu w nieporęcznym kuferku, ale również suchy prowiant i coś, co zarówno delikwenta, jak i jego skarby mogło ochronić przed deszczem. Jako, że sala egzaminacyjna mieści się na sporym podwyższeniu, niedoszli uczeni zamiast wylewać siódme poty, zatrudniali tragarzy za grosze. Ba! Pod koniec panowania Mandżurów władze Yunnanu zadecydowały, że aby zaopiekować się starymi i słabymi kandydatami, same zatrudnią niemal stu tragarzy, którzy mieli pomagać transportować przybory zdających, najpierw znad Szmaragdowego Jeziora do ich miejsc zamieszkania, a potem z zajazdów do sali egzaminacyjnej. Opłaceni przez władze tragarze nie mogli się ubiegać o ekstra zapłatę. Szczerze mówiąc, bardzo chciałabym, żeby współczesne władze wszystkich krajów tak bardzo wspierały wykształciuchów. Zresztą - dbały o nich nie tylko władze, ale też bogacze, których dziś lekko pogardliwie zwiemy dorobkiewiczami. Jeden z takich właśnie ludzi, Li Taozhai, zaczynał od małego straganu z linami i sznurkami wykonanymi z palmowych, konopnych i innych naturalnych włókien. Uczciwy, serdeczny człowiek - szybko dorobił się własnego sklepu, a w niedługim czasie współpracował z handlarzami z Syczuanu, Jiangxi czy Kantonu i szybko pomnażał kapitał. W ciągu dwudziestu lat stał się jednym z najbogatszych ludzi Kunmingu, nazywano go Li Bogiem Bogactwa. Robił dużo dobrego, m.in. opiekował się sierotami i wdowami, naprawiał mosty i drogi - no, prawdziwy filantrop. Usłyszawszy, że niektórzy uczeni byli tak ubodzy, że nie stać ich było na zapłacenie wpisowego, z własnej woli uiszczał tę opłatę. Mało tego! Gdy zainteresował się zdającymi, zorientował się, że budynek egzaminacyjny jest w fatalnym stanie. Egzaminy odbywały się raz na trzy lata, a na co dzień nikt o niego nie dbał, więc budynek się rozpadał. Dosłownie. Jeśli egzamin odbywał się w deszczowy dzień, trzeba było zdawać egzaminy i spać (egzamin trwał trzy dni) z parasolem w dłoni... Zamiast tych rozpadających się, glinianych chatynek, postawił więc porządny budynek, ku uciesze zdających.
Przy Stromiźnie Kawalerów pomieszkiwali zresztą nie tylko kandydaci na urzędników, ale i korepetytorzy. Łatwo było im znaleźć uczniów, a uczniowie - mieli nauczyciela pod nosem, więc korzyść była obopólna. To też jeden z powodów, dla których stromizna zyskała swe imię (pamiętacie, że xiansheng to nie tylko kawaler, ale też m.in. nauczyciel). Zresztą - mieszkało tu bardzo, bardzo wielu ludzi sławnych w całym Yunnanie, od Smoczej Chmury i jedynego yunnańskiego zhuangyuana poczynając, przez filozofa, poetę i kaligrafa Zhou Zhongyue, polityka Chena Rongchang, poetę i kaligrafa Chena Guyi i cała rzesza innych światłych Yunnańczyków. Pod koniec życia również słynny artysta Yuan Xiaocen miał tu swą pracownię.
Pewnego dnia idziemy sobie z Tajfuniątkiem od strony Jeziora i nagle odkrywamy, że zapuszczona dotąd trochę Stromizna zmieniła się nie do poznania, a kilka rzeźb na środku uliczki przypomina jej historię:
Dla niezorientowanych to po prostu dziadek i dziecko. Ale - ma książkę, a ilość piśmiennych Chińczyków w czasach qingowskich nie była aż tak duża. Jest zatopiony w lekturze: może powtarza materiał przed egzaminem, który ma zmienić jego życie?... Może jednocześnie uczy wnuka, chcąc jego też wykształcić na urzędnika? A może to obcy dzieciak z guwernerem?
Opowiedziałam Tajfuniątku historię Stromizny, pozwoliłam się pobawić z rzeźbami. Cieszę się szalenie, że Kunming stara się sobie przypomnieć trochę dawnych czasów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.