blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2009-04-04

Ujgurzy 維吾爾

Wracam sobie wczoraj z Linzi z herbaciarni. Późna noc - ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie... a my głodni nieprawdopodobnie. Moja kochana ulica, zazwyczaj tętniąca życiem i płynąca zapachami, wyludniła się. Widać tylko grupkę nosatych facetów zaraz naprzeciwko mojego domu. Siedzą przy stoliku przed zamkniętą knajpą i piją. Kiwam im przyjaźnie głową, bo poznaję właściciela knajpy z naprzeciwka. Wprawdzie jeszcze nigdy tam nic nie jadłam, ale przechodzę kilka razy dziennie i się znamy z widzenia, dlatego kiwam. Poza tym świetne chlebki naan tam sprzedają.
Idziemy z Linzi dalej w stronę światła (może jakaś knajpa jest jednak czynna?) gdy nagle jeden z nosatych podbiega z krzykiem. Zaczyna potrząsać naszymi rękami i nas zapraszać do stołu. Domyślili się widocznie, że głodniśmy jak psy.
Siadamy. Wręczają nam talerze. Zaczynają do mnie mówić. Ja nic nie rozumiem. Dopiero jeden przytomny się znalazł i zaczyna do mnie mówić w MOIM chińskim: skąd jesteś? Mówię, że z Polski. I dopiero wtedy zrozumieli, że nie jestem jedną z nich...
Bo Ujgurzy maja białą skóre, zarost, długie nosy i wyglądają bardziej jak Turcy niż Chińczycy.
Nie okazali rozczarowania, że do nich nie należę. Okazało się, że jeden ma matkę Rosjankę. Drugi ma szwagra Yi, więc się szybko dogadał z Linzi. Zostaliśmy nakarmieni, napojeni, nastąpiła uroczysta wymiana numerów telefonów, a potem mi powiedzieli, że jeśli mi smakuje, to może bym kiedyś jednak wpadła za dnia do knajpy na jakiś obiad? Wróciliśmy do domu dwie godziny później, Linzi nawet nie zdziwiony, że obcy ludzie nas zaprosili na kolacje (u nich na wsi to normalne). A ja... Ja uważam, że TO są prawdziwe Chiny. Nie wielka polityka, nie wredne żółtki, które nawet litery "r" porządnie wymówić nie potrafią, nie kanciarze chcący zarobić na każdym obcokrajowcu, nie kurduple z lizusowatym fałszywym uśmiechem. Prawdziwe Chiny to jest moment, kiedy już jesteś "swój" i dlatego dostajesz coś za nic. Idziesz ulicą i ktoś Cię zaprasza na kolacje, ktoś Ci coś ofiarowuje, dlatego ŻE TAK! I jeśli Ty też jesteś Chińczykiem, odpowiesz dokładnie tym samym.
Ja jestem Chińczykiem. Jutro idę do nich na obiad i zabieram ze sobą znajomych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.