blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-06-12

zongzi 粽子

Właściwie skoro i o pochodzeniu samego Święta Smoczych Łodzi, i o kunmińskich tradycjach z tym dniem związanych już pisałam, mogłabym w tym roku wpis smoczołodziowy sobie po prostu odpuścić.
W tym roku jednak pierwszy raz Święto będę obchodzić jako prawowita małżonka Chińczyka, a to wszystko zmienia.
Świekra mnie uwielbia. Przestała dzwonić do syna, woli do mnie. Wpada na kawę, bo moja kawa jest najlepsza na świecie. Jest przemiła. Mam z nią tylko jeden problem: brakuje nam wspólnych tematów. Długo szukałam jakiegoś, który by się sprawdzał za każdym razem, bo ileż można mówić, jak bardzo uwielbiam jej syna czy jak wspaniała jest pogoda w Kunmingu?
Znalazłam. Świekra jest urodzoną kucharką - a ja chętnie się od niej uczę. Wiele przepisów blogowych to właśnie przepisy świekry, dające najlepszy obraz tradycyjnej kuchni kunmińskiej.
Tym razem zapytałam o dzongdze (nazwę zongzi wymawia się właśnie dzongdzy, a ja oczywiście je po polsku odmieniam, a co!). Opowiadała z gestykulacją i tak plastycznie, że aż się zapaliłam do pomysłu własnoręcznego ich wyrobu. Wprawdzie wraz ze zbliżającym się Świętem na targowiskach i przy knajpach roi się od stanowisk dzongdzowych,
do wyboru, do koloru, do smaku, ale przecież to zupełnie coś innego niż te domowe...

Składniki:
*naręcze liści bambusowych
Tu dygresja: w Kunmingu można dostać dwa typy liści - cienkie i długie oraz szerokie i krótkie. Oba się nadają, choć na te cienkie trzeba uważać, bo są łamliwe; najlepiej robiąc dzongdze z tych długich, zawijać ryż w dwa liście naraz - nawet jeśli jeden pęknie, to drugi nie pozwoli ryżowi wypaść
*ryż kleisty
*nadzienie według uznania: pasta fasolkowa, konfitura z róży, wieprzowina, wołowina, co kto lubi

Wykonanie:
1) Namaczamy ryż - po wypłukaniu pakujemy go do miski z wodą, żeby go zmiękczyć.
2) Gdy ryż się moczy, myjmy dokładnie bambusowe liście.
3) Odkrawamy końcówki liści u nasady (tam, gdzie jest ogonek) na ukos.
W szerokich, miękkich liściach robić tego nie trzeba, bo nawet ogonki są giętkie. Długie, sztywne liście trzeba w ten sposób przygotować, żeby się lepiej zwijało ryż.
4) Przygotowujemy warsztat pracy: liście, ryż, nadzienie, sznurek do obwiązania dzongdzów.
5) Zwijamy liść w rożek tak, by w szpicu nie było dziurki - jeśli jest dziurka, ryż będzie wypadał.
6) Wkładamy tyle ryżu, by sięgał do połowy stożka.
7) Ubijamy ryż pałeczką do ryżu, żeby dokładnie wypełnił stożek i żeby wyciekła woda.
8) Wkładamy nadzienie.
9) Przykrywamy nadzienie następną warstwą ryżu.
10) Zawijamy kolejno trzy boki liścia, by uzyskać trójkąt 3D.
11) Ściskając mocno liść, by się nie porozwijał, obwiązujemy dzongdza ciasno sznurkiem i wiążemy supeł. Jako, że jedną ręką trudno, ja sobie pomagałam zębami, na wzór ludzi robiących dzongdze na targu.
12) Tak przygotowane dzongdze trzeba gotować na wolnym ogniu kilka godzin - dokładny czas trwania zależy od wielkości dzongdzów i ich stopnia napakowania ryżem. Nasze dzongdze spędziły w garnku do gotowania ryżu całą noc - ryż pachnie bambusem i smakuje nadzieniem, są pyszne!
Siedziałam więc i zawijałam, zawijałam, zawijałam... Na początku szło mi niesporo, tu się coś wysypało, tam rozwinęło, jeszcze gdzie indziej zamiast trójkąta wyszło... coś. Zawstydzona patrzę na świekrę, żeby obczaić technikę.
A ona, jeszcze bardziej zawstydzona pokazuje jakiegoś nieszczelnego dziwoląga i z krwistym rumieńcem zaczyna się tłumaczyć: bo widzisz, za dwadzieścia lat ich nie robiłam... myślałam, że pamiętam, ale nie umiem sobie przypomnieć, co trzeba było zrobić, żeby uzyskać trójkąt... Wiem, że to było szalenie proste, ale nie umiem sobie przypomnieć... A Tobie to tak ładnie wychodzi... To ja pójdę odpocząć, a Ty sobie poradzisz, prawda?
Tak to uczyłam Chińczyków ich własnej tradycji :)
Udanego Święta Smoczych Łodzi!

5 komentarzy:

  1. Odmiana naszych gołąbków, tylko trzeba mieć jeszcze sprytniejsze paluszki :-)
    Biedne pandy, po Święcie Smoczych Łodzi muszą głodować, bo ludzie ich jedzonko zawłaszczyli :-(

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie się zastanawiałem nad określeniami: pierogi to nie są (choć sam je tak określiłem u siebie na blogu), aczkolwiek wiele osób pisze o nich po angielsku "dumplings", "gołąbki" chyba lepsze, choć liści się nie zjada... Najbardziej jednak podoba mi się Twoja opcja - dzongdze, dzongdzami, o dzongdzach! Choć Kaja pewnie by się oburzyła i może nawet odmówiła spożywania DZONGDZÓW! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech, Kaja to by odmówiła, bo ryżu nie lubi, a sama chodzi do bentowni i zażera się jiaodzami, od czasu do czasu wyklinając fuwuyuanki ;)
    Ja się naprawdę długo zastanawiałam, ale tak bardzo mi nie pasują inne angielskie/polskie odpowiedniki, że stwierdziłam, że najłatwiej jednak skojarzyć po chińskiej nazwie... Swego czasu wymyśliłam bardziej wykwintną nazwę: rolada ryżowa gotowana w liściu bambusa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahhaha, obsmiałam się z tej twojej historyjki :) No widzisz, jestes lepsza od teściowej :) Okazuje sie, ze chyba to jadłam bedąc w Chinach...(?) A moze nie? jadłam cos takiego, ale wtedy nie miałam pojęcia czy to dzongdze czy nie dzongdze... Smakowało mi, a to najwazniejsze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. jeśli były w liściu, to znaczy, że to na pewno dzongdze :) Są przepyszne, dziś uskuteczniałam resztki w porze lunchu :)

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.