blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2018-05-03

rwanie róż 摘玫瑰

Żeby dotrzeć do pól różanych Ośmiu Ulic, trzeba mieć dobry samochód. Raczej terenowy, albo przynajmniej osobówkę z wysokim zawieszeniem. Do samego miasteczka dochodzą oczywiście dobre asfaltowe drogi, ale okoliczne wsie dysponują tylko drogami z gliny utwardzonej pokruszonymi cegłami. Może dzięki temu tak łatwo zakochać się w tej okolicy - po prostu mało osób zadaje sobie trud, by tu przyjechać, więc jest pusto i dziko. Zapewne odstrasza ich też wizja sławojek z blachy falistej, brak bieżącej wody i kiepskie wifi. Akurat to ostatnie nie jest spowodowane zacofaniem, a sąsiedztwem bazy wojskowej. Nie da się stąd przesłać lokalizacji na mapie, internet trochę wariuje - dla młodych Chińczyków to musi być naprawdę nieznośne.
Kiedy dojechaliśmy do gospodarstwa "Pod Księżycem", ujrzeliśmy coś rozbrajającego: pięknie zagospodarowane hektary pól winogronowych, zagony aromatycznych róż, setki drzew brzoskwiniowych, zadbane dzikie morwy... i niewykończony dom, w którym jeszcze nie da się mieszkać. Wiecie, taka prowizorka - są ściany, dach i drzwi, ale kuchnia polowa, opalana węglem, a sławojka dość hardcore'owa. Sądząc po wielkości drzew rosnących na dziedzińcu, ta prowizorka trwa już ładnych parę (-naście?) lat... Stary Wang mówił, że zawsze, gdy zarobi trochę grosza i staje przed wyborem: ładować w dom czy w gospodarstwo, wybiera gospodarstwo. Z domem się nie spieszy, wszyscy już się przyzwyczaili. Syn wyrośnięty; nie trzeba się martwić, że ma złe warunki do nauki i tak dalej. Żona pochodzi ze wsi, tak samo jak Wang, i to, że mają w domu prąd, uważa za wystarczający luksus.
Po przyjeździe wypiliśmy po kilka łyków pysznej różanej herbatki. "To herbata z pączków róż, prawda?". Wang śmieje się i robi mały wykład: Robić herbatę z pączków róż to tak jak kazać rodzić dwunastoletniej dziewczynce. Można. Ale to bez sensu. Lepiej poczekać, aż róża dojrzeje i będzie miała pełny, mocny smak i aromat. Tak samo lepiej, by rodziła kobieta w pełni dojrzała, prawda? Dlatego na herbatę zasuszamy płatki dojrzałych róż; dzięki temu napar będzie dużo bardziej intensywny. Te wszystkie herbaty z pąków róż, które cieszą oczy w sklepach herbacianych, muszą mieć aromat wzbogacany olejkami różanymi, bo same pąki nigdy nie będą wystarczająco mocno pachnieć.
Idziemy polną drogą; Tajfuniątko zachwycone, bo motyle, ptaki, kamienie i patyki, a także fantastyczne głębokie kałuże są przecież wszystkim, czego dziecku trzeba do szczęścia.
Pola pełne są róż. Wang uprzedza nas, byśmy nie zrywali samych płatków, a całe okwiaty, czyli korony wraz z kielichami. Powiedział, że po zerwaniu samych płatków łodygi zaczynają umierać, więc zawsze trzeba odłamać okwiat przy samym czubku szypułki. Zrywaliśmy więc kwiaty w omdlewająco rozkosznym aromacie różanego ogrodu, a Wang opowiadał o gatunkach jadalnych róż, które są popularne w Yunnanie. Mamy więc różę jadalną wielkopłatkową i małopłatkową, a także różę o mocnym zapachu (糯香食用玫瑰), którą uprawia Wang. Dawniej yunnańskie wyroby cukiernicze - różane ciasteczka, woda papajowa z cukrem różanym itd. wyrabiane były z tej ostatniej odmiany. Obecnie chętnie używa się znacznie bardziej wydajnych róż wielkopłatkowych, które wszakże są dużo mniej aromatyczne. Róż jadalnych nie wolno oczywiście pryskać; podlewać należy idealnie czystą wodą źródlaną. I trzeba bardzo pilnować, żeby zrywać kwiaty, które są już w pełni dojrzałe, ale jeszcze nie przekwitłe. Dlatego trzeba codziennie chodzić po polach i zrywać kwiaty na bieżąco. W trakcie gdy my ze śmiechem próbowaliśmy nakłonić Tajfuniątko, by jednak zamiast bezpośrednio do dzioba, wsadzała kwiaty do koszyka, po pozostałych zagonach buszowało dziewczę z wielkim bambusowym koszem na plecach. Sprawnie przerzucając zerwane kwiecie przez ramię tempem mogłaby zawstydzić niejedną maszynę: w pół godziny zapełniła ogromny kosz. Sama przyjemność patrzeć na jej zręczne palce. Podśpiewywała piosenki; do pełni szczęścia brakowało mi tylko, by śpiewała tradycyjne pieśni pracy zamiast popu.
Dzień zwieńczyło "chłopskie jadło" - wszystko proste, ale pyszne. Najwspanialsze były smażone pędy dzikiej lebiody oraz róże w tempurze. O nich jeszcze napiszę. Do popicia dla dzieci i kierowców - herbatka różana, a dla pijących wspaniała nalewka na płatkach róż.
Do domu wróciliśmy obładowani kwieciem. Już mam parę kulinarnych pomysłów. Jednak najważniejsze, że wyrwaliśmy się znów z Kunmingu na cały dzień, że było pięknie, słonecznie, pachnąco, smacznie, wesoło i szczęśliwie. Prawda?

4 komentarze:

  1. Tafuniątko przebrane za dumę i uprzedzenie wygląda rozkosznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Tylko adidasy psują wrażenie, ale nie mogłam się przemóc, by delikatne sandałki wylądowały w glinie i błocku... :D

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.