blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2018-05-10

początki

Szliśmy ulicą. Za rękę z ZB, a Tajfuniątko siedziało u taty na barana. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, Tajfuniątko opowiadało dwujęzycznie niestworzone historie. Podszedł do nas pan, by zapytać: "przepraszam, czy pani jest Ujgurką?". Zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie. A pan na to: "też się zastanawiałem, ale tak świetnie mówi pani po chińsku, z tylko lekkim akcentem, takim śpiewnym, właśnie jak u Ujgurów! No i jest pani do nich trochę podoba z tą białą skórą...". Uśmiechnęłam się do pana serdecznie i podziękowałam za komplement. Nie dla wszystkich Chińczyków mandaryński jest językiem ojczystym; miło, że zamiast pomyśleć o mnie jak o obcokrajowcu, pan się zawiesił i skojarzył mnie z jedną z grup etnicznych pochodzenia tureckiego, podobną do ludzi Zachodu, ale jednak - chińską.
Doszliśmy na targ. Mój ulubiony stragan z wołowiną zamknięty na trzy spusty. Pytam sprzedawcę ze straganu obok, co to się stało i czy wiadomo, kiedy będzie otwarte. Brodaty Ujgur wychyla się do mnie z uśmiechem i odpowiada śpiewnym mandaryńskim: ach, pojechali bić bydło, wrócą dopiero po weekendzie, droga krajanko! (老乡)". Jestem przekonana, że odpowiadał po mandaryńsku tylko dlatego, że byłam z chińskim mężem. Gdybym przyszła sama, pewnie próbowałby mówić po ujgursku i bardzo by się zdziwił, że go w ogóle nie rozumiem...
***
Pewna znakomita blogerka językowa opowiadała ostatnio z humorem o tym, jak rozpoczęła naukę rosyjskiego. Jaką traumą jest dla niej ślamazarne przyswajanie cyrylicy i jak inaczej się teraz, jako dorosła i zorientowana głównie na angielski, uczy całkiem obcego języka.
Znam to. Przygodę z chińskim zaczęłam jako dwudziestoparolatka z całkiem sporym bagażem językowym. Angielski, francuski, łacina, niemiecki i włoski do tej pory. Z francuskiego pamiętam pojedyncze słowa i kilka zwrotów. Z niemieckiego w zasadzie nic. Z włoskiego sporo słów i nic więcej, za to łacińskie czytanki nadal lubię tłumaczyć ze słownikiem w ręku. Słówka jednak zapadły w niepamięć. Niećwiczony język zanika z prędkością światła. Dziś wstyd byłoby mi stanąć przed nauczycielkami tych języków. Swego czasu postawiły mi one pozytywne oceny końcowe, zaświadczając, że umiem się powyższymi językami posługiwać, a ja tymczasem wszystko zapomniałam. Inaczej mówiąc: zrobiłam sobie miejsce na chiński, który jest teraz całym moim światem.
Zaczęłam się uczyć chińskiego na Tajwanie. Dzięki temu opanowałam tradycyjne pismo chińskie, które nadal bardziej mi się podoba od uproszczonego i znajduję je... łatwiejszym od wersji uproszczonej. Nie nabawiłam się właściwych Tajwańczykom błędów w wymowie; nauczycielki mówiły po mandaryńsku bardzo poprawnie. Nauczyłam się pisać, choć - przyznaję ze wstydem - teraz raczej czytam niż piszę i przypomnienie sobie zapisu niektórych, nawet względnie prostych, znaków jest dla mnie coraz trudniejsze. Znów: brak praktyki. Przy Tajfuniątku po prostu nie ma na to czasu. Teraz jednak o tym, jak to się zaczęło.
Otóż: pojechałam na Tajwan "bez przygotowania", poszłam na uniwersytet oferujący kursy językowe i wybrałam tzw. kurs intensywny - trzy godziny dziennie. Zwykły kurs to były dwie godziny dziennie i jedna czytanka tygodniowo. My mieliśmy dwie czytanki tygodniowo, masę słówek, codziennie kartkówki i dwa duże testy w tygodniu. Podczas zapisywania się na kurs nie pytano o narodowość. A szkoda.
Podczas pierwszych zajęć nauczycielka zapisała tablicę mnóstwem chińskich znaków. Byłam jedyną osobą, która ich nie znała. Reszta klasy to byli Japończycy, a znaki to były ich imiona.
Pierwsze trzy miesiące nauki pamiętam jak przez mgłę. Kurs intensywny był intensywny nawet dla Japończyków, którzy większość znaków mieli w małym palcu - bo przecież Japończycy też używają znaków chińskich. Nie zawsze mają one to samo znaczenie, rzadko mają tę samą wymowę, ale - jeśli już się je zna i potrafi zapisać, jest się w zupełnie innej sytuacji, niż gdy się człowiek uczy od zera. Więc goniłam Japończyków - bo intensywność kursu i to, na czym skupiała się nauczycielka, było dostosowane do większości grupy. Oni po zajęciach wychodzili na miasto, dobrze się bawili i ćwiczyli wymowę w czasie interakcji z tubylcami. Ja wychodziłam ze szkoły i pędziłam do domu, żeby w nieskończoność pisać "krzaczki". Żeby milion razy sprawdzać słownik. A nawet dwa. Bo najpierw chińsko-angielski, a potem angielsko-polski. Żeby przepisywać na czysto notatki z lekcji. Nauczycielka nie zatrzymywała się nad pisaniem każdego znaku (przecież Japończycy je znali!), a aparaty w telefonie były jeszcze wtedy rzadko widzianym wypasem. Dlatego notatki to był chińsko-angielsko-polski miszmasz i "rysunki" znaków, takie na oko, bez pilnowania właściwej kolejności kresek, bo nad tym miałam usiąść dopiero w domu. Nauczycielka podczas lekcji skupiała się na wymowie, bo ta u Japończyków bardzo kulała. Niby dobrze, bo przynajmniej wymowę powinnam mieć opanowaną do perfekcji, prawda? Nic z tych rzeczy. Na tle japońskich kolegów i koleżanek wypadałam tak wspaniale z tymi wszystkimi "dź", "ś" i innymi takimi, że nauczycielka ANI RAZ nie poprawiła mojej wymowy. Dopiero słuchając nagrań zrozumiałam, jak bardzo wymowa, którą słyszę w głowie różni się od tej, która wychodzi z mojego aparatu mowy. Wtedy niestety było już za późno - złe nawyki zmienia się dużo ciężej niż po prostu uczy od zera.
Wieczorem wychodziłam z Tatą na kolację. Coraz lepiej rozumiałam menu, już umiałam odróżnić kurczaka od wieprza i znałam nazwy kilku warzyw. Po kolacji wracałam do mieszkania wypchanego... fiszkami. Z jednej strony chiński znak, z drugiej - wymowa napisana romanizacją pinyin. Z trzeciej strony (zaginałam fiszki na pół) - tłumaczenie na angielski i polski.
Zeszyty do kaligrafii. Duże kratki, w których trzeba ładnie zmieścić znak. Boląca ręka od pisania sto razy tego samego. Bo trzeba napisać sto razy, żeby weszło w rękę i żeby podczas testu wyskoczyło z ręki na kartkę.
Co było najtrudniejsze? Wszystko.
Znaki, których nikt mi nie rozkładał na części pierwsze i których musiałam się nauczyć całkiem sama.
Romanizacja pinyin, która każdemu Polakowi wydaje się nieintuicyjna, bo zamiast po prostu napisać "ć", piszemy "q". Kto czyta "q" jak "ć", ja się pytam?!
Wymowa wraz z tonami, które do dziś mi się mylą zdecydowanie zbyt często.
Najtrudniejsze jednak było pogodzenie się z tym, że obojętnie, z czego wynikały moje porażki - np. z tego, że nauczycielka nie zwracała uwagi, że źle mówię, z tego, że samodzielna nauka znaków, nieweryfikowana przez nauczycieli może się wiązać z błędami, z tego, że to, jak mówili ludzie na ulicy, bardzo różniło się od tego, co było w szkole - bez względu na to wszystko Chińczycy zawsze uważali, że nie nauczę się nigdy naprawdę dobrze mówić po chińsku, bo jestem biała. A biali zawsze będą mówić z akcentem, do końca świata i o jeden dzień dłużej. Wszelkie próby przeskoczenia tej granicy po prostu muszą się skończyć klęską. Z wyjątkiem Da Shana oczywiście.
***
Uczę się chińskiego od prawie piętnastu lat. Od niemal dziesięciu lat mieszkam w Kunmingu, tu jest mój dom, tu założyłam rodzinę. Język chiński jest moim językiem podstawowym. Od lat słyszę, że nigdy się nie nauczę mówić jak Chińczyk. A jednak... wielu Chińczyków uważa, tak stricte na słuch, że jestem Chinką. Niekoniecznie z większości etnicznej Han (tutaj już wygląd robi swoje), niekoniecznie z obszaru, na którym króluje mandaryński. Ale jednak - Chinką. To nie jest tylko kwestia samej wymowy, wyglądu itd. To kwestie tak rzadko wliczane do "nauki języka" jak mowa ciała, posługiwanie się specyficznym poczuciem humoru, rozumienie aluzji do filmów czy książek, "odpowiednie" zachowanie, naturalność w użyciu języka, mierzona szybkością udzielania odpowiedzi na pytania i ich adekwatnością, odczytywanie rozmaitych kodów kulturowych... Gdy spaceruję za rękę z mężem-Chińczykiem, nie całuję go publicznie, bo tego się w Chinach nie robi. No chyba, że chcę go zawstydzić - to całuję aż słychać po przeciwnej stronie ulicy. Ale za to gdy siedzimy przy wspólnym stole, wrzucam mu do miseczki własnymi pałeczkami najlepsze kąski. A gdy mówi, że się źle czuje, doradzam, by napił się ciepłej wody. Coś się we mnie zmieniło wraz z językiem. I będzie się zmieniać dalej, tak długo, jak długo będę się uczyć i przyswajać nowości.
Czyli pewnie do końca życia...

10 komentarzy:

  1. Piekny i inspirujay tekst :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11/5/18 14:51

    Wyglądasz na zdjęciach bardzo podobnie do chińskich kobiet - masz bardzo podobną tzw. posturę. Jesteś poza tym ogólnie bardzo... pulchna, przez co mocno już zatarły się Twoje europejskie rysy twarzy. Tak więc na podstawie cech fizycznych też mogą mieć Cię za Ujgurkę lub taką mniej „skośną” Chinkę. Chińczycy są baaaardzo różni. Od pulchnych i grubokościstych do filigranowych. W niektórych rejonach mają skórę bielszą i delikatniejszą od nas - rdzennych Europejczyków.
    Siedziałam kiedyś na pewnym miedzynarodowym weselu obok (jedynej na tym weselu) Chinki z jakiegoś górzystego regionu - miała tak białą, cieniutką jak pergamin i delikatną skórę, śliczną twarzyczkę bez krzty rumieńca, cieniutkie i długie palce o delikatnych jak niemowlę paznokciach... Była jak filigranowa figurka z najcieńszej porcelany. Miałam wrażenie, że ja (sama nienajgrubsza przecież) mogłabym ją nieostrożnym gestem dosłownie zmiażdżyć... Tak więc rozpiętość cech fizycznych jednej rasy porażająca.

    Z Polski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wpadłabym na to, że po przytyciu zatraciłam europejskie rysy twarzy. To rzuca zupełnie nowe światło na bardzo wiele spraw!

      Usuń
    2. Wystarczy porównać zdjęcia sprzed ślubu z tymi po urodzeniu dziecka, aby zauważyć ogromną różnicę także w rysach twarzy. Tycie dotyczy także twarzy - a ponieważ rasa żółta ma rysy twarzy charakterystyczne (poduszki tłuszczowe wokół oczu i na kościach jarzmowych), to kiedy biały zyskuje otłuszczenie (także) na twarzy, jego twarz staje się okrągła, oczy zagłębiają się w warstwie tłuszczu podskórnego i stają się węższe, mniej widoczne, jak właśnie u rasy żółtej. Że mniej skośne - w ogólnie otłuszczonej twarzy nie jest to aż tak widoczne. Dlatego ludzie różnych ras po utyciu stają się do siebie dosyć podobni przynajmniej w ogólnych zarysach sylwetki i twarzy.


      Usuń
    3. Cóż. Może jeszcze kiedyś schudnę do norm europejskich :)

      Usuń
  3. A wiesz, ja nie rozumiem tej perfekcyjności "muszę mówić jak miejscowi, bo inaczej nie zasłużę na ich szacunek". Obcy zawsze będzie obcy, chyba że będzie się wydawał "swój" dlatego, że będzie dobrym aktorem udającym kogoś stąd. Tak jest w każdej kulturze i to zupełnie normalne zjawisko, nie wiem, dlaczego teraz się z tym walczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dążę do perfekcji (jestem leniwa :D), a mówienie "jak swój" to nie tylko kwestia szacunku, ale (jak dla mnie) przede wszystkim możliwości wejścia w głębsze relacje. Kiedy mówi się biegle językiem kraju, w którym się mieszka, miejscowi przestają Cię traktować jak obcego, a to dla emigranta, który CHCE stworzyć w nowym miejscu więzi, jest na wagę złota. Są oczywiście kraje, w których ilość rodzimych akcentów jest tak wielka, że nikt nie zwraca uwagi, ale nawet wówczas opanowanie lokalnego akcentu czy dialektu pozwala na zadzierzgnięcie więzi, które w innym wypadku być może by nie powstały. A stadiów "obcości" jest też wiele. Po wielu latach mieszkania w Chinach odkryłam z zaskoczeniem, że różne chińskie zachowania są już moje. Nie dlatego, że gram. Dlatego, że je wchłonęłam i używam bez konieczności zastanowienia.

      Usuń
  4. Ja nadal uwazam, ze nam latwiej z budowy paszczy z chinskim i ze mamy kulturowo nawet sporo wspolnego z Chinczykami - chodzi o te takie troche rozne domowe i rodzinne przyzwyczajenia i tradycje. Oczywiscie, ze sa tez i skarjne roznice, ale u mnie tez zawsze na bol brzucha polecalo sie ciepla gorzka herbate, moze mozna to uznac, za podobne do wody :)
    Ja mam do dzis najtrudniej z tonami... Znam mando, ale pisany, nie mowiony, tyle na ile jako samouk sie nauczyla w ramach zainteresowan. Slon mi na ucho nadepnal juz w dziecinstwie, a w w nastoletnosci poprawil uszkadzajac sluch tak, ze mam trudnosci zrozumiec slowa polskie czy ang - slysze, ale rozumiem co innego niz brzmi - co tu wiec mowic o spiewnym chinskim... Ale pamimec do krzaczkow mam dobra, tyle ze ja juz nie bardzo potrafie powrocic do recznego pisania i wole wszystko elektroniczne. Tak wiec jak pisze, to dla zabawy, proby artystycznej, pedzelkiem, z namaszczeniem, a tak to klawiatura.
    Milo slyszec, ze jednak bialy moze sie tego jezyka nauczyc tak dobrze. Tak, to pojmowanie kulturowe, intuicyjne jest wazne. Ja sama zreszta zauwazylam, ze kumam wiecej rzeczy z Azji poprzez ten jezyk, ktore dla Polaka, czy zachodniego sa zupelnie niezrozumiale... Tez przylapuje sie na tym, ze np. mowie o jaka bezwsytdnica obojczyk pokazuje :P Albo wytykam w jakims filmime blad, ze tak to by nie zachowal sie Azjata, ze to bledne wyibrazenie zachodniego o czyms itp. Ja uczylam sie rosyjskiego jako dziecko i walsnie trudniej bylo mi sie przestawic na angielski i zupelnie dla mnie inna gramatyke i wymowe. A wlasnie arabski czy mando nie stanowily dla mnie problemu i od zawsze przekonuje, ze dla Polakow to sa latwe jezyki. Szczegolnie w wymowie i moze nawet w gramatyce w porownaniu z nasza.
    Za to mordega bylo dla mnie uczenie sie niemieckiego i francuskiego. Slowka zpaamietywalam, czemu nie, ale nie potrafilam mowic tego z akcentem innym niz ang...
    Sadze, ze samo interesowanie sie jakas kultura oraz przebywanie na codzien w niej automatycznie sprawia, ze przejmujemy jakies zachowania z czasem czysto automatycznie.
    A, widac, ze jestes z poludnia Polski :) Ani razu.

    A z tymi dopasowaniem sie, to przeciez znamy i ze swojego podworka. Jak jakis cudziemiec mowi po polsku i jeszcze rozumie, a nie tylko zna nasze zwyczaje od razu jakos tak przyjazniej sie do niego odnosimy, ze on swoj, ze opanowal ten polski, ze kuma czemu cos robi sie tak, a nie inaczej. A tak to jest lekka niechec, ze co on tam wie, nic nie rozumie. A Chinczycy tez przeciez bardzo lubia jak wajguren zasuwa po ich.
    Mnie podoba sie mando z brzmienia, lubie te wszystkie szy, mszy, ao i ci. A kantonski smieszy, bo brzmi jakby wszuscu ciagle narzekali, marudzili i mieli pretensje :P
    I chyba tak samo jak ty uwielbiam chinski w coraz starszym zapisie i rozbieranie znaczkow i krzackow na czynniki pierwsze i jak to ewoluowalo.

    OdpowiedzUsuń
  5. co dzien oczywiscie. Szkoda, ze nie moge edytowac, tylko skasowac, a literowek i potkniec z wiekiem coraz wiecej...

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.