Dokładnie 105 dni po przesileniu zimowym przyszedł czas na Święto Zimnego Jedzenia, zwane również Świętem Zakazanego Ognia 禁火节, Świętem Zakazanego Dymu 禁烟节, Świętem Sto Pięć 百五节 albo po prostu Zimnym Świętem 冷节. Najłatwiej zapamiętać nie licząc dni od przesilenia, a po prostu kojarząc, że to dzień lub dwa przed Świętem Czystym i Jasnym czyli chińskim świętem zmarłych.
Większość uważa, że święto nasze obchodzone jest ku pamięci szlachcica o mianie Jie Zitui 介子推, żyjącego w Okresie Wiosen i Jesieni. Początkowo Jie czczony był tylko lokalnie, jednak z czasem kult przestał być w zasadzie kojarzony z upamiętnianiem jednej osoby, a stał się okazją do oddawania czci przodkom i rozprzestrzenił się nie tylko w wielkiej części Chin, ale również w innych krajach, m.in. w Wietnamie i Korei.
Jak łatwo się domyślić, nazwy wiążą się ze zwyczajem, by w trakcie obchodów nie rozpalać ognia, nawet po to, by przyrządzić posiłek. Co chyba najbardziej zaskakujące, początkowo obchody nie dość, że trwały cały miesiąc, to jeszcze w dodatku zaczynały się od przesilenia zimowego! Władze w trosce o zdrowie i życie poddanych zakazały jednak tego typu obchodów w środku zimy i w Okresie Trzech Królestw (III w.n.e.) święto zostało ograniczone do trzydniowych obchodów w okolicach Święta Jasnego i Czystego. I choć dziś oficjalnie obchodzi się tylko to drugie święto i mało kto (przynajmniej w moim bezpośrednim otoczeniu) pamięta o Zimnym Święcie, to nadal bywa obchodzone przez co bardziej tradycyjne społeczności czy rodziny.
A wszystko przez Jie Zitui; stał się on symbolem poświęcenia i lojalności. A było to tak:
Królestwo Zhou chyliło się ku upadkowi, a możni coraz mniej przejmowali się królem i losami królestwa, nade wszystko pragnąc wolności i władzy. Każdy próbował uszczknąć coś dla siebie. Jednym z takich państewek było Jin, mieszczące się w okolicach dzisiejszego Shanxi. Król Jin miał, jak to podówczas bywało, wiele żon, a jedną z nich była Li Ji - niższego stanu, uboga dzikuska z Zachodu, sprytna na tyle, by zostać pełnoprawną żoną, a jej syn został ogłoszony następcą tronu. Jak jednak do tego doszło? Tak zamotała, że poprzedni następca tronu, książę Chong'er został oskarżony o zdradę stanu, w konsekwencji czego uciekł na Północ wraz z piętnastoma śmiałkami. Ich tułaczka trwała ponoć dziewiętnaście lat! Jednym z druhów był Jie Zitui, który dbał o dobry nastrój władcy śpiewając dlań i recytując wiersze. Jednak największą troską był się wykazał, gdy skradziono im wszystkie zapasy, a Jie, by ratować księcia od głodu uwarzył zupę na mięsie z własnego uda*.
To musiało księciu dodać sił, bo sprzymierzywszy się z księciem Qin napadł na królestwo ojca i osiadł w Jin jako jego król. Ponoć wykazywał wielką wdzięczność względem swych starych druhów... zapominając jednak o Jie, który w związku z tym wycofał się z życia publicznego i zamieszkał w małej chatce w lesie na pobliskiej górze. Poniewczasie Chong'er się zorientował, że najlepszy towarzysz znikł mu z oczu i próbował go skłonić do powrotu na dwór królewski, ten jednak odmówił. Nie pociągało go dworskie życie, nie miał politycznych ambicji, a w dodatku był tak skrajnie lojalny wobec swojego władcy, że nigdy by go nie skrytykował, nawet widząc popełniane przezeń błędy. Uparcie żył więc w lesie w górach ze swą matką staruszką, unikając kontaktu ze światem zewnętrznym.
Nie w smak to było władcy, oj nie! Postanowił on wykrzurzyć Jie z domu - podpalił las z trzech stron i czekał w miejscu, którędy Jie musiał uciekać. Nie docenił był jednak uporu sługi - ten wolał wraz z matką zostać spalonym żywcem niż wrócić na dwór swego króla.
Dopiero wówczas poczuł król wyrzuty sumienia. Górę tę nazwał górą Jie, a pobliskie miasteczko przechrzcił na Jiexiu (Odpoczynek Jie) i zarządził Święto Zimnego Jedzenia, by uczcić jego pamięć.
Potomni wychwalali już to jego lojalność i pokorę, z jaką przyjął zapominalstwo (brak wdzięczności?...) swego władcy, już to altruizm i brak przerośniętych ambicji. Niektórzy zaczęli go nawet czcić jako jednego z taoistycznych Nieśmiertelnych. Od słowa do słowa zaczęło się czczenie jego pamięci przez jedzenie wyłącznie zimnych potraw, co w środku zimy było raczej średnim pomysłem. W końcu więc jeden z cesarskich urzędników stwierdził, że mędrzec taki jak Jie na pewno nie życzyłby sobie, żeby dla uczczenia jego pamięci ludzie chorowali czy nawet umierali z zimna. Czas jakiś później obchody zostały przeniesione na wiosnę, a przy okazji zaczęły się rozprzestrzeniać z Taiyuanu na całe Chiny i nawet poza granice Chin.
Rozmaici władcy próbowali zakazywać obchodów tego święta - Cao Cao, Shi Le i wielu innych - jednak bez względu na surowość kar, zwyczaj przetrwał, choć w nieco zmienionej formie. W końcu w Chinach zrósł się ze Świętem Czystym i Jasnym, wzmacniając jego wymowę - szacunek dla starszych i pikniki (czyli zimne jedzenie) prawdopodobnie wzięły się właśnie stąd.
Inne głosy twierdzą, że początkowo Zimne Święto było związane z obchodami równonocy wiosennej, rozpoczynaniem na wiosnę nowego roku i tak dalej. Niestety, nie pomogę. Wręcz przeciwnie, zamierzam namieszać jeszcze bardziej. Otóż na przekór północnowschodnim tradycjom mamy tradycje południowozachodnie. Tu zakaz ognia został wprowadzony na znak szacunku dla ducha jednego z tutejszych królów - króla Mi, któremu podczas wielkiej bitwy odrąbano głowę, jednak od pozostał na końskim grzbiecie i dojechał aż do pobliskiej wioseczki. Na pamiątkę tego niezwykłego wydarzenia w okolicy obchodzono święto będące odpowiednikiem północnego Święta Zimnego Jedzenia. Nie obchodzono go jednak raz do roku, a zgodnie z zaleceniami taoistycznych mistrzów. Jako naturalizowana Yunnanka myślę, że i takie święto mogłabym zacząć obchodzić...
Tyle legend. Do dziś trwają jednak dyskusje, czy aby legenda o Jie faktycznie tłumaczy proweniencję święta. A może po prostu wraz ze zmianą pory roku i zmianą gatunków drzew rąbanych na opał trzeba było zrobić sobie dzień przerwy? W czasach, gdy ogień krzesano przy pomocy dwóch drewienek, może uważano, że ten wysiłek trzeba uczcić zmianą drewna i zmianą ognia 改季改火?
No dobrze. Wróćmy do tej najbardziej znanej wersji święta. Co wówczas robiono? Po pierwsze: jedzono kleik zbożowy 醴酪 lǐlào, który charakteryzuje dodatek pachnących migdałami pestek moreli a także słodzidło w postaci maltozy. Po drugie: odwiedzano groby przodków, urządzano walki kogutów, trzepano koce i kołdry, a także bawiono się wesoło w przeciąganie liny na przykład. Po trzecie i najważniejsze nie wolno było pod żadnym pozorem zapalać ognia! Widać więc wyraźnie, że choć samo święto zostało zapomniane, wpłynęło ono na obchody Święta Czystego i Jasnego.
W Korei święto również zrosło się ze świętem zmarłych, więc obchody zaczynają się od odwiedzenia i oczyszczenia grobów. Ciekawostką jest to, że ponieważ Koreańczycy tego samego dnia obchodzą Dzień Drzew, to podczas wizyty na cmentarzu sadzą wokół grobów młode drzewka.
W Wietnamie święto niemal zanikło; tam, gdzie jeszcze się o nim pamięta, jest obchodzone trzeciego dnia trzeciego miesiąca księżycowego (w tym roku był to 31 marca). Wietnamczycy gotują wtedy swoją wersję tangyuanów czyli knedelków z kleistego ryżu podanych w słodkiej zupie, zwanych tam chè xôi nước. Zarówno w Wietnamie, jak i w Korei, a także w samych Chinach pochodzenie święta oraz tabu związane z ogniem zostały w zasadzie doszczętnie zapomniane; w niektórych częściach Chin Południowych pozostał jednak zwyczaj spożywania potraw na zimno przy okazji Święta Czystego i Jasnego (清明节食寒食).
My zwyczaju nie przestrzegamy, albo raczej - przestrzegamy go połowicznie. Zazwyczaj z okazji długiego weekendu związanego ze świętem zmarłych idziemy bowiem na jakąś wycieczkę, zabierając z sobą wałówę, którą jemy na zimno. ZB nie przetrwałby jednak chyba całego dnia bez miski czegoś ciepłego, więc na kolację idziemy już normalnie, do restauracji i zamawiamy zwyczajne, ciepłe potrawy.
*W innej wersji mięso upiekł. Szaszłyczki zrobił, no!