2025-04-03

寒食节 Święto Zimnego Jedzenia

Dokładnie 105 dni po przesileniu zimowym przyszedł czas na Święto Zimnego Jedzenia, zwane również Świętem Zakazanego Ognia 禁火节, Świętem Zakazanego Dymu 禁烟节, Świętem Sto Pięć 百五节 albo po prostu Zimnym Świętem 冷节. Najłatwiej zapamiętać nie licząc dni od przesilenia, a po prostu kojarząc, że to dzień lub dwa przed Świętem Czystym i Jasnym czyli chińskim świętem zmarłych. 
Większość uważa, że święto nasze obchodzone jest ku pamięci szlachcica o mianie Jie Zitui 介子推, żyjącego w Okresie Wiosen i Jesieni. Początkowo Jie czczony był tylko lokalnie, jednak z czasem kult przestał być w zasadzie kojarzony z upamiętnianiem jednej osoby, a stał się okazją do oddawania czci przodkom i rozprzestrzenił się nie tylko w wielkiej części Chin, ale również w innych krajach, m.in. w Wietnamie i Korei. Jak łatwo się domyślić, nazwy wiążą się ze zwyczajem, by w trakcie obchodów nie rozpalać ognia, nawet po to, by przyrządzić posiłek. Co chyba najbardziej zaskakujące, początkowo obchody nie dość, że trwały cały miesiąc, to jeszcze w dodatku zaczynały się od przesilenia zimowego! Władze w trosce o zdrowie i życie poddanych zakazały jednak tego typu obchodów w środku zimy i w Okresie Trzech Królestw (III w.n.e.) święto zostało ograniczone do trzydniowych obchodów w okolicach Święta Jasnego i Czystego. I choć dziś oficjalnie obchodzi się tylko to drugie święto i mało kto (przynajmniej w moim bezpośrednim otoczeniu) pamięta o Zimnym Święcie, to nadal bywa obchodzone przez co bardziej tradycyjne społeczności czy rodziny. 
A wszystko przez Jie Zitui; stał się on symbolem poświęcenia i lojalności. A było to tak: 
Królestwo Zhou chyliło się ku upadkowi, a możni coraz mniej przejmowali się królem i losami królestwa, nade wszystko pragnąc wolności i władzy. Każdy próbował uszczknąć coś dla siebie. Jednym z takich państewek było Jin, mieszczące się w okolicach dzisiejszego Shanxi. Król Jin miał, jak to podówczas bywało, wiele żon, a jedną z nich była Li Ji - niższego stanu, uboga dzikuska z Zachodu, sprytna na tyle, by zostać pełnoprawną żoną, a jej syn został ogłoszony następcą tronu. Jak jednak do tego doszło? Tak zamotała, że poprzedni następca tronu, książę Chong'er został oskarżony o zdradę stanu, w konsekwencji czego uciekł na Północ wraz z piętnastoma śmiałkami. Ich tułaczka trwała ponoć dziewiętnaście lat! Jednym z druhów był Jie Zitui, który dbał o dobry nastrój władcy śpiewając dlań i recytując wiersze. Jednak największą troską był się wykazał, gdy skradziono im wszystkie zapasy, a Jie, by ratować księcia od głodu uwarzył zupę na mięsie z własnego uda*. To musiało księciu dodać sił, bo sprzymierzywszy się z księciem Qin napadł na królestwo ojca i osiadł w Jin jako jego król. Ponoć wykazywał wielką wdzięczność względem swych starych druhów... zapominając jednak o Jie, który w związku z tym wycofał się z życia publicznego i zamieszkał w małej chatce w lesie na pobliskiej górze. Poniewczasie Chong'er się zorientował, że najlepszy towarzysz znikł mu z oczu i próbował go skłonić do powrotu na dwór królewski, ten jednak odmówił. Nie pociągało go dworskie życie, nie miał politycznych ambicji, a w dodatku był tak skrajnie lojalny wobec swojego władcy, że nigdy by go nie skrytykował, nawet widząc popełniane przezeń błędy. Uparcie żył więc w lesie w górach ze swą matką staruszką, unikając kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie w smak to było władcy, oj nie! Postanowił on wykrzurzyć Jie z domu - podpalił las z trzech stron i czekał w miejscu, którędy Jie musiał uciekać. Nie docenił był jednak uporu sługi - ten wolał wraz z matką zostać spalonym żywcem niż wrócić na dwór swego króla. Dopiero wówczas poczuł król wyrzuty sumienia. Górę tę nazwał górą Jie, a pobliskie miasteczko przechrzcił na Jiexiu (Odpoczynek Jie) i zarządził Święto Zimnego Jedzenia, by uczcić jego pamięć. 
Potomni wychwalali już to jego lojalność i pokorę, z jaką przyjął zapominalstwo (brak wdzięczności?...) swego władcy, już to altruizm i brak przerośniętych ambicji. Niektórzy zaczęli go nawet czcić jako jednego z taoistycznych Nieśmiertelnych. Od słowa do słowa zaczęło się czczenie jego pamięci przez jedzenie wyłącznie zimnych potraw, co w środku zimy było raczej średnim pomysłem. W końcu więc jeden z cesarskich urzędników stwierdził, że mędrzec taki jak Jie na pewno nie życzyłby sobie, żeby dla uczczenia jego pamięci ludzie chorowali czy nawet umierali z zimna. Czas jakiś później obchody zostały przeniesione na wiosnę, a przy okazji zaczęły się rozprzestrzeniać z Taiyuanu na całe Chiny i nawet poza granice Chin. Rozmaici władcy próbowali zakazywać obchodów tego święta - Cao Cao, Shi Le i wielu innych - jednak bez względu na surowość kar, zwyczaj przetrwał, choć w nieco zmienionej formie. W końcu w Chinach zrósł się ze Świętem Czystym i Jasnym, wzmacniając jego wymowę - szacunek dla starszych i pikniki (czyli zimne jedzenie) prawdopodobnie wzięły się właśnie stąd. 
Inne głosy twierdzą, że początkowo Zimne Święto było związane z obchodami równonocy wiosennej, rozpoczynaniem na wiosnę nowego roku i tak dalej. Niestety, nie pomogę. Wręcz przeciwnie, zamierzam namieszać jeszcze bardziej. Otóż na przekór północnowschodnim tradycjom mamy tradycje południowozachodnie. Tu zakaz ognia został wprowadzony na znak szacunku dla ducha jednego z tutejszych królów - króla Mi, któremu podczas wielkiej bitwy odrąbano głowę, jednak od pozostał na końskim grzbiecie i dojechał aż do pobliskiej wioseczki. Na pamiątkę tego niezwykłego wydarzenia w okolicy obchodzono święto będące odpowiednikiem północnego Święta Zimnego Jedzenia. Nie obchodzono go jednak raz do roku, a zgodnie z zaleceniami taoistycznych mistrzów. Jako naturalizowana Yunnanka myślę, że i takie święto mogłabym zacząć obchodzić... 
Tyle legend. Do dziś trwają jednak dyskusje, czy aby legenda o Jie faktycznie tłumaczy proweniencję święta. A może po prostu wraz ze zmianą pory roku i zmianą gatunków drzew rąbanych na opał trzeba było zrobić sobie dzień przerwy? W czasach, gdy ogień krzesano przy pomocy dwóch drewienek, może uważano, że ten wysiłek trzeba uczcić zmianą drewna i zmianą ognia 改季改火? 
No dobrze. Wróćmy do tej najbardziej znanej wersji święta. Co wówczas robiono? Po pierwsze: jedzono kleik zbożowy 醴酪 lǐlào, który charakteryzuje dodatek pachnących migdałami pestek moreli a także słodzidło w postaci maltozy. Po drugie: odwiedzano groby przodków, urządzano walki kogutów, trzepano koce i kołdry, a także bawiono się wesoło w przeciąganie liny na przykład. Po trzecie i najważniejsze nie wolno było pod żadnym pozorem zapalać ognia! Widać więc wyraźnie, że choć samo święto zostało zapomniane, wpłynęło ono na obchody Święta Czystego i Jasnego. 
W Korei święto również zrosło się ze świętem zmarłych, więc obchody zaczynają się od odwiedzenia i oczyszczenia grobów. Ciekawostką jest to, że ponieważ Koreańczycy tego samego dnia obchodzą Dzień Drzew, to podczas wizyty na cmentarzu sadzą wokół grobów młode drzewka. W Wietnamie święto niemal zanikło; tam, gdzie jeszcze się o nim pamięta, jest obchodzone trzeciego dnia trzeciego miesiąca księżycowego (w tym roku był to 31 marca). Wietnamczycy gotują wtedy swoją wersję tangyuanów czyli knedelków z kleistego ryżu podanych w słodkiej zupie, zwanych tam chè xôi nước. Zarówno w Wietnamie, jak i w Korei, a także w samych Chinach pochodzenie święta oraz tabu związane z ogniem zostały w zasadzie doszczętnie zapomniane; w niektórych częściach Chin Południowych pozostał jednak zwyczaj spożywania potraw na zimno przy okazji Święta Czystego i Jasnego (清明节食寒食). 
My zwyczaju nie przestrzegamy, albo raczej - przestrzegamy go połowicznie. Zazwyczaj z okazji długiego weekendu związanego ze świętem zmarłych idziemy bowiem na jakąś wycieczkę, zabierając z sobą wałówę, którą jemy na zimno. ZB nie przetrwałby jednak chyba całego dnia bez miski czegoś ciepłego, więc na kolację idziemy już normalnie, do restauracji i zamawiamy zwyczajne, ciepłe potrawy. 

*W innej wersji mięso upiekł. Szaszłyczki zrobił, no!

2025-04-01

Mężczyzna-feniks i kobieta-paw 凤凰男与孔雀女

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z 
japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Ptaków mam dla Was dwa nowe słówka do kolekcji: mężczyznę-feniksa 凤凰男* i dziewczynę-pawia 孔雀女. No dobrze, będą cztery, bo dorzucę jeszcze mężczyznę-pawia i dziewczynę-feniksa, ale to tylko po to, żeby rozprawić się do końca z tymi pawiami i feniksami...
Mężczyzna-feniks urodził się w biednej rodzinie, zazwyczaj na wsi, i za sprawą ciężkiej pracy udało mu się spełnić marzenie, czyli dostać dobrą pracę w mieście, najlepiej dużym. Z tym wiąże się wiele problemów: po pierwsze to na nim spoczywa niepisany obowiązek zatroszczenia się nie tylko o rodziców (co zrozumiałe), ale również o wszystkich kuzynów i pociotków, którym powinien pomóc, bo przecież jest bogaty i ma znajomości w mieście. Zazwyczaj jest nie tylko najbogatszym członkiem rodziny, ale również najlepiej wykształconym i pierwszym, któremu udało się wybić. Największy jednak kłopot, gdy uda mu się wreszcie zdobyć dziewczynę swoich marzeń, oczywiście miastową, również wykształconą. Jej rodzice będą przeciwni związkowi, ona będzie zakochana i głucha na ich argumenty, on na początku będzie jej słuchał, może z racji miłości, może z racji kompleksów względem miastowej, ale z czasem okaże się, że człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nie. Różnice cywilizacyjno-kulturowe między powinowatymi zazwyczaj doprowadzają do trudności w takich związkach, a gwoździem do trumny jest, jeśli świekra zamieszka z młodym małżeństwem, bo nigdy nie dogada się z synową. Z czasem mężczyznami-feniksami zaczęto nazywać również facetów niekoniecznie ze wsi, ale po prostu z rodziny o niższych dochodach i niższym statusie społecznym - jako przykład podaje się głównego bohatera serialu "Goły ślub" 裸婚时代 - jednak najbardziej typowymi przykładami pozostają ci ze wsi, koniecznie spełniający również te pozostałe warunki: niewykształceni i ubodzy członkowie bliższej i dalszej rodziny, a także kompleksy. Jeśli bowiem facet naprawdę zacznie całkiem nowe życie i nauczy się, jak być człowiekiem miasta, jak postępują cywilizowani, wykształceni Chińczycy nowych czasów, wówczas nikt nie nazwie go feniksem. Nazwa jest zarezerwowana dla tych, którzy z wierzchu będą wydawać się ludźmi sukcesu, jednak w środku nadal będą uważać, że przecież mamusia ma zawsze rację i żona jest od tego, żeby gotować i sprzątać, a jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije. 
Bardzo wiele chińskich seriali opiera się na schemacie: mężczyzna-feniks żeni się z dziewczyną-pawiem i przez następnych czterdzieści odcinków im lepiej się poznają, tym bardziej pokazuje się, jak mocno do siebie wzajemnie nie pasują (pisałam kiedyś o serialu Dwustronna taśma klejąca - to właśnie jeden z typowych przykładów). 
Kimże jest dziewczyna-paw? Świetnie wykształcona dziewczyna z dobrej rodziny, której całe życie przebiegało tak pomyślnie, że nie nauczyła się radzić sobie z żadnymi problemami. Skończyła studia, znalazła niezłą pracę, większość pensji wydaje na rozrywki, kosmetyki i ciuchy, bo rodzice zapewnili jej nie tylko dobre wykształcenie, ale i mieszkanie, a że sami jeszcze pracują (a nawet gdy przestaną pracować, to będą mieć wysokie emerytury), to ani jej w głowie oszczędzanie - przecież pieniądz rzecz nabyta, jak się go wyda, to zawsze można znów zarobić. Pieniądze, które zarabia, należą tylko i wyłącznie do niej - rodzice czy dalsza rodzina nigdy by po nie rąk nie wyciągnęli. Dlatego kolejne (poza kulturowo-cywilizacyjnymi) problemy pojawiają się, gdy jej ukochany mężczyzna-feniks wysyła pensję rodzicom (na wsiach nie ma emerytur), a w ich nowo uwitym gniazdku w wielkim mieście pojawiają się kolejni biedni krewni, roszczeniowi i niezbyt mądrzy, żądając pomocy od "człowieka sukcesu". Feniks narzeka, że pawica jest zbyt rozrzutna, pawica narzeka, że feniks to skąpiec. Feniks ma za złe pawicy, że nie traktuje jego rodziny jak prawdziwej rodziny, a ona jest wściekła, że oboje są przez tę "rodzinę" traktowani jak dojne krowy. Jeśli do tego jeszcze dołożyć tradycyjny na chińskiej wsi pogląd, że chłopcy są bardziej wartościowi od dziewczyn i oczywistą dla mieszczuchów równość płci, łatwo zrozumieć, jak wiele konfliktów na jak wielu poziomach rodzi się w parze tak niedobranego ptactwa. 
Co ciekawe, nie istnieją odpowiedniki tych sformułowań dla odwrotnych par, czyli takich, w których dziewczyna jest ze wsi i dobrze wyszła za mąż w mieście. Może dlatego, że dziewczęta łatwiej dostosowują się do nowego stylu życia? Może dlatego, że tradycyjnie to nie na dziewczęcych barkach spoczywa odpowiedzialność za rodzinę pozostawioną na wsi? Oczywiście, nie znaczy to, że w mezaliansach tego typu nie ma żadnych konfliktów: bez problemu mogę sobie wyobrazić świekrę tłumaczącą swemu wielkomiejskiemu synowi, że nie warto się wiązać z wieśniarą, której słoma z butów wychodzi i że jeszcze się naje przez nią wstydu. Jednak kiedy mówi się o kobietach-feniksach 凤凰女, choć rzecz tak samo dotyczy mądrych, pracowitych i zaradnych dziewczyn wywodzących się z biednego środowiska, które dzięki pracowitości zdobyły wysoką pozycję społeczną i niezależność finansową, jednak w tym sformułowaniu brak potępienia; jest raczej podziw względem dziewcząt, którym udało się zmienić swój los. Za to przy mężczyźnie-feniksie słychać w nazwie politowanie lub wręcz pogardę względem kogoś, kto coś niby osiągnął, ale tylko powierzchownie, bo w środku jest nadal takim samym prostakiem i prędzej czy później wyjdzie szydło z worka. 
Żebyśmy mieli komplet ptactwa, powiedzmy też słów kilka o mężczyźnie-pawiu. Tu nie ma większych zaskoczeń, bo skojarzenie polega raczej na zaakcentowaniu wyglądu: mężczyzna-paw 孔雀男 to taki, który lubi się stroić nie mniej niż kobieta, jego kosmetyczka jest tak samo wypchana maseczkami, szamponami i perfumami, a on sam jest najmądrzejszy, najzdolniejszy, najzamożniejszy, najodważniejszy, najseksowniejszy i w ogóle najnajnaj. Generalnie używa się tego sformułowania względem mężczyzn, którzy przesadnie dbają o swój wygląd. Tu oczywiście warto zapytać: cóż to znaczy przesadnie? W którym momencie przestajesz po prostu dbać o siebie, a zaczynasz być pawiem? Według mnie typowym mężćzyzną-pawiem byłby John Travolta w Grease lub David Bowie tak po prostu ;) W tym sformułowaniu brak jednak zdecydowanego potępienia, co najwyżej jedna zabłąkana złośliwa szpileczka. 
Zawsze, kiedy jestem pytana o różnice kulturowe między ZB i mną, odpowiadam, że nie są zbyt duże przede wszystkim dzięki temu, że choć wywodzimy się z różnych krajów, to nasze rodziny są w sumie dość podobne: jesteśmy oboje miastowi, pochodzimy z inteligenckich rodzin (wiem, jak to brzmi, ale jednak pozwolę sobie na to uproszczenie), a rodzice wspierali nasze wybory życiowe, a nawet jeśli nie, to my i tak je podejmowaliśmy. Oboje nauczyliśmy się sami o siebie dbać, zamiast czekać na mannę z nieba. Względem stereotypowych ról płciowych czujemy raczej rozbawienie: ZB gotuje i zmywa częściej niż ja i w ogóle nie ujmuje mu to męskości, za to mnie zdarza się lepiej zarabiać i to również go nie kastruje, za to jest powodem obustronnej dumy i satysfakcji. Oboje żywimy przekonanie, że co komu pisane, to go nie minie, choć jednocześnie wierzymy w stwarzanie własnych szans. Jeśli do tego dodać mnogość wspólnych zainteresowań (muzyka ze szczególnym uwględnieniem klasyki i jazzu, badminton, obżarstwo, odkrywanie Yunnanu) oraz fakt iż zdołaliśmy wypracować wspólny mianownik jeśli chodzi o tworzenie rodziny i budowanie naszych relacji ze sobą i z dzieckiem - różnice kulturowe zaczynają się wydawać interesującą przyprawą dla tego w sumie dość zwykłego posiłku.
Wiem, że na świecie jest wiele szczęśliwych par stworzonych z dwójki ludzi wywodzących się ze skrajnie odmiennych środowisk; gratuluję im serdecznie przezwyciężenia trudności. W pewnym sensie my, przy wszystkich odmiennościach kulturowych, poszliśmy na łatwiznę wiążąc się akurat ze sobą. Choć po dziś dzień odkrywamy czasem większe lub mniejsze różnice w rozumieniu świata, mamy jednakże bardzo solidne wspólne fundamenty. Być może to właśnie dzięki nim zdołaliśmy zbudować coś pięknego i - jak się wydaje - trwałego (tfu, tfu, odpukać w niemalowane). Czego Wam wszystkim również życzę.

Tutaj poczytacie o japońskich ptasich przysłowiach.

*Pamiętamy oczywiście, że chodzi tu o chińskiego feniksa czyli fenghuanga.