2024-09-10

海菜 Otelia spiczasta

Nasza otelia (ottelia acuminata) to gatunek rośliny z rodziny - uwaga, uwaga! - żabiściekowatych. Gdybym o tym wiedziała, z całą pewnością podchodziłabym do niej zdecydowanie mniej przychylnie. Wywodzi się z Chin Południowych - Kantonu, Guizhou, Hajnanu, Syczuanu, Guangxi i oczywiście Yunnanu, a w wielu regionach świata jest popularną rośliną akwariową, bo ma śliczne białe/żółte kwiatki. Oczywiście, Chińczycy nic sobie nie robią z jej urody, za to rozkminili wszystkie możliwe zastosowania kulinarno-medyczne. Jej liście i głąbiki są jadalne, w związku z czym na targach sprzedaje się je jako warzywo, co doskonale pokazuje nazwa: 海菜 znaczy dokładnie "morskie warzywo", ale pamiętajmy, że yunnańskie szczury lądowe o każdym większym bajorze mówili "morze" - vide dalijskie Erhai czy choćby dawna nazwa Szmaragdowozielonego Jeziora. Ponoć pomaga na astmę, kaszel i obrzęki, więc, jak wszystkie bodaj chińskie warzywa, jest jedzona nie tylko ze względu na smak, ale i lecznicze właściwości.
Wspominałam kiedyś, że w Starym Kunmingu poza jedzeniem świeżej otelii usmażonej z czosnkiem, przyrządzało się z niej także tradycyjne suche kiszonki dża. Nigdy na nie nie trafiłam; zanieczyszczenie Jeziora Dian i kunmińskich rzek spowodowało, że to warzywo przybywa do nas z daleka i nie jest specjalnie tanie. Jeden jedyny raz ujrzałam je w menu jednej z dalijskich restauracji - oczywiście zamówiłam. Jednak podczas wakacji zupełnie niespodziewanie miałam okazję w chłopskim jadle na dalekich rubieżach Kunmingu spróbować oteliowych dża smażonych z ziemniakami (dża to te ciemne bobki):
Pyszności! Z całą pewnością warte polecenia, zarówno w wersji świeżej, smażonej, jak i kiszonej.

PS. Akurat ostatnio moja ulubiona yunnańska blogerka kulinarna wzięła otelię na tapet. Filmik długi, ale wart obejrzenia:

2024-09-07

do Xundian na grzyby 到寻甸采菌

Tak się jakoś paskudnie złożyło, że tego lata ani raz nie wybyliśmy z Kunmingu. Bo choć Xundian jest sto kilometrów od naszego mieszkania, to administracyjnie należy do Kunmingu. A była to jedyna wycieczka z noclegiem, którą udało nam się zaliczyć. Nic to. Dobrze, że chociaż ta jedna, prawda? No i przy okazji spełniliśmy marzenie Tajfuniątka, które chciało wybrać się na grzyby. Ale po kolei.
Wszystko przez Dziką Pszczołę - tym razem muzykujący przyjaciele postanowili się spotkać w klubokawiarniohostelu należącym do Jednego-Z-Nas. Kto mógł, zapakował swe instrumenty - bębny, gitary, saksofon a nawet harmonijkę ustną - i przybieżał do przepięknie wykończonego Miejsca Na Końcu Świata, w którym, po obfitej halalowej kolacji (Xundian jest miasteczkiem obficie zamieszkanym przez muzułmanów), zaczął się koncert.
główny meczet w Xundian
hostel, w którym nocowaliśmy
Miejsce.
W takich oto, w miarę intymnych warunkach, śpiewaliśmy (tak, ja też) i graliśmy do późna w noc, rozkoszując się wspólnym muzykowaniem. Tylko pies, nieprzyzwyczajony do brzmienia saksofonu, zaczynał wyć podczas każdej solówki ZB...
No a drugiego dnia po solidnej misce rosołu na śniadanie poszliśmy w las niczym ogary. Pachniało Beskidami, było pięknie - ciepło, bez deszczu, pochmurno. Idealnie na grzybobranie! 
Oczywiście ruszyliśmy za późno, by zbiory mogły być obfite - gdy wchodziliśmy na szlak, lokalsi wracali już do domów z koszami pełnymi grzybów, ale nas cieszyła chociaż ta odrobina.
Z punktu widzenia Tajfuniątka poza grzybami najważniejszym punktem wycieczki był pies - łagodny olbrzym rasy kangal o dźwięcznym imieniu Simba. Dzięki niemu miała zajęcie, a my mogliśmy pogawędzić, pomuzykować i zrelaksować się wieczorową porą. 
Nie polecam Xundian na wycieczkę - tam w zasadzie nic nie ma i jest cholernie daleko od cywilizacji. No chyba, że szukacie właśnie świętego spokoju, odpoczynku na łonie natury albo chcielibyście w przyjemnym miejscu spędzić emeryturę - wówczas Xundian okaże się strzałem w dziesiątkę.

2024-09-04

marynowane grzyby z Baoshan

Yunnan grzybami stoi. W sezonie (czyli latem) jadamy je oczywiście świeże. Suszone da się kupić, ale nie cieszą się aż tak wielką popularnością. Sądzę, że to dlatego, że są używane jako prosty zamiennik świeżych - to znaczy Yunnańczyk namoczy je, a gdy spuchną - usmaży. A niestety smażone suszone grzyby to zupełnie nie moja bajka. Co innego esencjonalna, aromatyczna zupa grzybowa - no ale takich zup grzybowych jak polskie w Yunnanie się nie uświadczy (ja czasem robię). 

Aby jednak móc się cieszyć grzybami cały rok, Yunnańczycy bardzo chętnie owe grzyby marynują. Tradycyjna marynata nie jest kwaśna jak w Polsce, a pikantna, słona i czasem oleista. Spójrzcie sami:

yunnańskie czubajki
gołąbki zielonawe
czubajki "pochodniowe" albo "pelerynowe"
gąski sosnowe
dzikie twardziaki jadalne
borowiki

Jeśli kiedyś odwiedzicie yunnańskie targowisko zaopatrzone w stragan z marynowanymi grzybami, koniecznie spróbujcie - często można spróbować bez kupowania, choć jeśli próbujemy wielu gatunków, do dobrego tonu należy poczynienie choćby bardzo drobnych zakupów.

Wszystkie stanowią doskonały dodatek do ryżu czy makaronów; ZB lubi przekąsić takie grzyby, gdy kolacja jest w stylu europejskim - to znaczy bez obezwładniającej ilości chilli. Oczywiście jada się i przetwarza dużo więcej gatunków grzybów - najpopularniejsze zebrałam tutaj. A jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda targ grzybowy, zapraszam tutaj.