2026-03-01

双龙 Shuanglong - grillownia Pary Smoków

Gdy wysiedliśmy z ekspresowego pociągu w Mojiangu, miasteczka powiatowego w "województwie" Pu'er, od razu wsiedliśmy w taksówkę - te nowe stacje kolejowe są zawsze budowane "przyszłościowo", to znaczy daleko od miasta, które oczywiście z czasem się rozbuduje w stronę dworca. Tak naprawdę nie mieliśmy przesadnie rozbudowanych planów - ja chciałam przede wszystkim zwiedzić stare miasto Bixi 碧溪 (Akwamarynowy Strumień), Tato chciał wypocząć w miejscu cieplejszym od Polski (południowy Yunnan go pod tym względem nie rozczarował), Tajfuniątku wystarcza, że może spać w hotelu zamiast we własnym pokoju, a ZB jest odpowiedzialny za wynajdowanie lokalnych przysmaków. Kierowca był szalenie serdeczny i pomocny; dowiedziawszy się, że w zasadzie jeszcze nie mamy planów na popołudnie, od razu powiedział: 
- Ależ dziś jest środa, musicie jechać do Shuanglong! 
- A co tam jest? 
- Dwa razy w tygodniu, we środy i soboty, odbywa się tam wielkie targowisko w starym stylu połączone z grillowaniem na świeżo. 
 - Co to znaczy grillowanie na świeżo? 
- To znaczy, że kupuje się na targu produkty, na które ma się ochotę, po czym oddaje się je doświadczone ręce wytrawnych kucharzy mających swe stragany rozstawione tuż przy targu. Oni wszystko na świeżo przyrządzą w naszym lokalnym stylu - a są tam nie tylko stragany prowadzone przez Hanów, ale też przez nasze mniejszości Hani, Wa i inne! Tak pysznego żarcia jeszcze nigdy nie próbowaliście! 
Zastrzygliśmy uszami. Do jedzenia nigdy nie trzeba nas specjalnie przekonywać, więc tylko zapytaliśmy, jak się tam dostać (taksówką, około pół godziny) i tuż po zaniesieniu bagaży do naszego pensjonatu, ruszyliśmy na późny lunch. 
Shuanglong czyli Para Smoków to wiocha nad wiochami - dwie ulice na krzyż. A jednak u wjazdu do wioski znajduje się parking na sto samochodów, a przyjezdnych wita ozdobna brama głosząca skromnie: Shuanglong - pierwsza grillownia Azji. W parę minut dotarliśmy do targu; chciałam tam pobuszować ze trzy godziny, jednak ZB mnie popędzał: najpierw kupmy to, co pójdzie na grilla, a gdy oni będą dla nas piec, my możemy tu pomyszkować. Przyznałam mu słuszność, więc pędem ruszyliśmy w stronę warzyw i mięs, oczywiście kupując wszystkiego zdecydowanie za dużo, ponieważ cała nasza czwórka była już solidnie głodna.
Taksówkarz polecił nam swoją znajomą, właścicielkę i główną kucharkę jednego ze straganów. Niby moglibyśmy kogoś wybrać sami, jednak było za późno na zwykłą kwerendę. Wszyscy wiedzą, że normalnie wystarczy przyjść w porze karmienia i zobaczyć, do którego straganu stoi ogonek - wiadomo, że tam nakarmią lepiej niż przy straganie, który świeci pustkami. No ale my przybyliśmy do Shuanglong ze dwie godziny po lunchu, więc większość straganów była pusta albo zamknięta na cztery spusty - wówczas dobrze mieć polecajkę od tubylca.
Zanieśliśmy produkty spożywcze, wydaliśmy dyspozycje (to ostre, bo dla nas, a to łagodne, bo dla dziecka) i ruszyliśmy z powrotem na targ.
suszona biała rzodkiew
"słodka wódka"
placuszki kukurydziane i z fioletowego ryżu
absolutnie obłędnie pyszne cytrony
tzw. "kwiat drzewny" czyli grzyby przylegające do kory drzew

Zachwyciło nas zwłaszcza bogactwo rozmaitych kiszonek i sałatek, zupełnie niespotykanych w Kunmingu, a tu dostępnych na każdym straganie: z grzybów porastających korę, z dodatkiem szerszenich larw, przyprawionych zupełnie obłędnie. Początkowo chcieliśmy kupić wszystkiego po trochu, szybko jednak okazało się, że jest ich po prostu za dużo! Wybraliśmy więc zaledwie kilka typów. 
 - Po ile to? 
- Pięć yuanów. 
- Za kilogram?! 
- Nie, za miskę. 
W Kunmingu już mało co sprzedaje się na miski, no, może poza ugotowaną fasolą na targu. Kiedy wróciliśmy z zakupami do stolika, okazało się, że... jeszcze niegotowe. Westchnęliśmy z ulgą, że przyjechaliśmy we środę, a nie w sobotę. We środę, zwłaszcza już po porze lunchu, przed nami był obsługiwany tylko jeden stolik; w soboty są tu setki ludzi i czas oczekiwania wzrasta kilkakrotnie. Taksówkarz próbował nas namówić do wizyty w sobotę, jednak my twardo obstawaliśmy przy środzie; nienawidzę tłumów i nie cierpię czekać na jedzenie, gdy jestem głodna. 
W końcu na stół trafiły talerze:
Oboje z ZB nieźle gotujemy; na tyle często odwiedzamy też rozmaite jadłodajnie, by mało co mogło nam zaimponować. Muszę jednak przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie byłam w lepszej grillowni. Warto było czekać. Mięsa rozpływały się w ustach; bakłażan powinien trafić do księgi rekordów Guinessa, ba, nawet idiotyczne ziemniaki były wprost boskie! A już maczajki zaproponowane przez właścicieli, jedna na sucho, złożona głównie z chilli, a druga na mokro... też złożona głównie z chilli, były wyśmienite. Siedzimy sobie, jemy, zachwycamy się... aż tu nagle od sąsiedniego stolika podchodzi do nas lekko podchmielony tubylec i się dosiada, oczywiście rozdając papierosy i częstując wódeczką. 
Skąd jesteście? Z Kunmingu? To pewnie jesteś tłumaczem dla tych zagranicznych gości? Nie? Och, jak dobrze mówisz po chińsku! Ile to już lat w Chinach? Osiemnaście?! Nie wierzę! Napijmy się! Tutaj masz papierosa. Nie palisz? Nic nie szkodzi, napijmy się jeszcze po kieliszku. Nie pijesz wódki? To weź piwo albo herbatę. My tu nie zmuszamy do picia wódki. Ale spróbuj tej naszej, ona nie jest taka mocna, ma ledwo 33% [faktycznie, była trochę łagodniejsza od zwykłych], dobrze wchodzi. Jak następnym razem tu będziecie, to zajrzyjcie do mojego straganu, tego tam - jestem właścicielem i też dobrze grilluję. Zdobyłem tytuł mistrzowski pięć razy z rzędu! Tak, tu odbywają się doroczne zawody w grillowaniu i naprawdę sobie nieźle radzę, chociaż ta szefowa też sobie dobrze radzi. Nie, nie podbieram ci klientów, właśnie cię chwalę! My tu dobrze ze sobą nawzajem żyjemy, nie ma co się o kilku gości handryczyć... 
I tak przez godzinę. Potem się okazało, że wprawdzie jest w wieku ZB, ale ma już czwórkę wnucząt i że już kiedyś przy jego straganie jadł obcokrajowiec, konkretnie Rosjanin, a może jednak przyjedziemy w sobotę? 
Obserwując ukradkiem sąsiedni stolik miałam okazję po raz pierwszy w życiu obejrzeć na żywo grę alkoholową znaną mi z książek, a polegającą na zgadywaniu ilości palców (tutaj możecie poczytać o tej i innych chińskich grach alkoholowych). 
Trzy godziny później byliśmy już objedzeni jak bąki i gotowi do eksploracji innych miejsc w okolicy. Wezwawszy taksówkę (błogosławione apki telefoniczne!) wróciliśmy do naszego urokliwego pensjonatu w samym centrum Mojiangu.

Tutaj kilka fotek z Mojiangu i Shuanglongu - ten drugi poznacie po tym, że jest na nim żarcie. Zwróćcie też uwagę na zdjęcie nr 6, przedstawiające targ i sieć straganów grillowych z lotu ptaka.