Do czego służą te budynki?To suszarnie tytoniu w Hubei.
Kto myślał, że to tradycyjne piece garncarskie, ręka w górę ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wioska Mabao 馬堡村. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wioska Mabao 馬堡村. Pokaż wszystkie posty
2014-04-25
2014-04-23
2014-02-20
suoyi 蓑衣
Podczas wycieczki do wioski Koński Szaniec natknęłam się na coś, co w miejskich Chinach już dawno zostało wyparte przez plastik. Mowa o tradycyjnej pelerynie przeciwdeszczowej suoyi 簑衣/蓑衣.Jak widzimy, powieszona została obok parasolki. I zapewniam Was, w czasie deszczu jest używana równie chętnie.
Zakochana w tego typu rękodziele, zaczęłam szperać. Wikipedia, nawet chińskojęzyczna, niewiele ma do powiedzenia na temat suoyi. Dokładnie jedno zdanie: Suoyi to szeroko rozprzestrzeniona na wsiach południowych Chin, w Japonii, Korei, Wietnamie itd. peleryna przeciwdeszczowa. Zazwyczaj wykonana z włókien palmowych.
Tak, właśnie z palmy o dźwięcznej nazwie szorstkowiec Fortunego zrobiony został ten strój. Oczywiście, w różnych regionach używa się różnego rodzaju włókien - każde się nadaje, pod warunkiem, że się dobrze splata i że nie przemaka. Dawniej używano różnego rodzaju traw, przede wszystkim z situ, który po chińsku nazywa się "trawą smoczych wąsów" 龍鬚草 albo po prostu trawą suo 蓑草 - stąd nazwa ubrania. Później ubrania z trawy zostały wyparte przez ubrania z włókien palmowych, po prostu dlatego, że palmowe są trwalsze.
Lista zastosowań suoyi nie ogranicza się zresztą do ochrony przed deszczem i wiatrem. Chętnie była używana jako wieśniaczy "strój roboczy", do pary z tradycyjnym kapeluszem słomianym. Ze względu na maskujące kolory chętnie używali suoyi myśliwi. A gdy bieda zaglądała w oczy, suoyi z narzędzia ochrony przed deszczem stawało się po prostu ubraniem - przerabiano je na spódniczki czy spodnie.
Szkoda, że tak wspaniałe, ekologiczne peleryny deszczowe już prawie zanikły...
Zakochana w tego typu rękodziele, zaczęłam szperać. Wikipedia, nawet chińskojęzyczna, niewiele ma do powiedzenia na temat suoyi. Dokładnie jedno zdanie: Suoyi to szeroko rozprzestrzeniona na wsiach południowych Chin, w Japonii, Korei, Wietnamie itd. peleryna przeciwdeszczowa. Zazwyczaj wykonana z włókien palmowych.
Tak, właśnie z palmy o dźwięcznej nazwie szorstkowiec Fortunego zrobiony został ten strój. Oczywiście, w różnych regionach używa się różnego rodzaju włókien - każde się nadaje, pod warunkiem, że się dobrze splata i że nie przemaka. Dawniej używano różnego rodzaju traw, przede wszystkim z situ, który po chińsku nazywa się "trawą smoczych wąsów" 龍鬚草 albo po prostu trawą suo 蓑草 - stąd nazwa ubrania. Później ubrania z trawy zostały wyparte przez ubrania z włókien palmowych, po prostu dlatego, że palmowe są trwalsze.
Lista zastosowań suoyi nie ogranicza się zresztą do ochrony przed deszczem i wiatrem. Chętnie była używana jako wieśniaczy "strój roboczy", do pary z tradycyjnym kapeluszem słomianym. Ze względu na maskujące kolory chętnie używali suoyi myśliwi. A gdy bieda zaglądała w oczy, suoyi z narzędzia ochrony przed deszczem stawało się po prostu ubraniem - przerabiano je na spódniczki czy spodnie.
Szkoda, że tak wspaniałe, ekologiczne peleryny deszczowe już prawie zanikły...
2014-02-02
2014-01-30
Koński Szaniec - warunki sanitarne
We wsi Koński Szaniec, z którą wiążą się wyjątkowo przyjemne wspomnienia, nie chciałabym mieszkać za żadne skarby świata. Dlaczego? Przecież jest tam pyszny miód, wspaniałe żarcie, mili ludzie z grupy etnicznej Tujia i cudowne krajobrazy?
Cóż. Wieś nie jest skanalizowana.
Żadna nowość, tak naprawdę. W Yunnanie też na wsiach są sławojki, a ludzie myją się w strumieniach, pod warunkiem, że akurat nie ma suszy - jeśli jest, to się po prostu nie myją.
No dobrze. A czy twierdziłam, że chciałbym zamieszkać na yunnańskiej wsi? No właśnie. Oczywiście, mogę tak spędzić tydzień, może nawet miesiąc. Ale dlaczego miałabym sobie odmawiać przyjemności kąpieli w ciepłej wodzie? Siedzenia na tronie zamiast kucania nad dziurą w ziemi?
W sumie wioska Koński Szaniec wyszła na przeciw dwudziestemu pierwszemu wiekowi. Urządzili wspólną łazienkę wysokiej klasy dla swoich mieszkańców. O, proszę:
Trzyizbowy budynek ma kilka funkcji. Pierwsze pomieszczenie po prawej to prysznic, do którego woda jest ogrzewana słonecznie. Zbiornik wodny znajduje się na dachu, łapie deszczówkę. W sumie deszczówka jest przecież zdrowa dla skóry i włosów, prawda? A to, że słoneczne dni są rzadkością i woda zazwyczaj jest zimna, to już zupełnie inna sprawa...
Drugie pomieszczenie to pralnia. Znaczy: pralka stoi. Jako, że chińskie pralki generalnie piorą w zimnej wodzie, nie przejmujemy się tym, że woda również doprowadzona jest ze zbiornika na dachu, ale z części nieogrzewanej słonecznie.
Ostatni pokój to oczywiście kucany kibelek. W sumie, skoro dostępny jest dla wszystkich, to brak sedesu jest rozwiązaniem bardziej higienicznym...
A, te takie śmieszne lampy to na południe od Jangcy jedyna forma ogrzewania. Są to lampy, które grzeją wystarczająco mocno, żeby człowiek nie zamarzł w zimie pod prysznicem. W mieszkaniu ZB też takie są zainstalowane. Słowo daję, czasem zimą nie miałam ochoty spod nich wychodzić...
No dobrze. Właściwie całkiem nieźle to sobie wymyślili. Może i nie luksusy, ale jest wszystko, co trzeba.
To teraz sobie wyobraźcie, że do kibla/prysznica przekopujecie się przez śnieżne zaspy, których w Hubei zimą nie brakuje, na przykład z małym dzieckiem na rękach...
Cóż. Wieś nie jest skanalizowana.
Żadna nowość, tak naprawdę. W Yunnanie też na wsiach są sławojki, a ludzie myją się w strumieniach, pod warunkiem, że akurat nie ma suszy - jeśli jest, to się po prostu nie myją.
No dobrze. A czy twierdziłam, że chciałbym zamieszkać na yunnańskiej wsi? No właśnie. Oczywiście, mogę tak spędzić tydzień, może nawet miesiąc. Ale dlaczego miałabym sobie odmawiać przyjemności kąpieli w ciepłej wodzie? Siedzenia na tronie zamiast kucania nad dziurą w ziemi?
W sumie wioska Koński Szaniec wyszła na przeciw dwudziestemu pierwszemu wiekowi. Urządzili wspólną łazienkę wysokiej klasy dla swoich mieszkańców. O, proszę:
Trzyizbowy budynek ma kilka funkcji. Pierwsze pomieszczenie po prawej to prysznic, do którego woda jest ogrzewana słonecznie. Zbiornik wodny znajduje się na dachu, łapie deszczówkę. W sumie deszczówka jest przecież zdrowa dla skóry i włosów, prawda? A to, że słoneczne dni są rzadkością i woda zazwyczaj jest zimna, to już zupełnie inna sprawa...
Drugie pomieszczenie to pralnia. Znaczy: pralka stoi. Jako, że chińskie pralki generalnie piorą w zimnej wodzie, nie przejmujemy się tym, że woda również doprowadzona jest ze zbiornika na dachu, ale z części nieogrzewanej słonecznie.
Ostatni pokój to oczywiście kucany kibelek. W sumie, skoro dostępny jest dla wszystkich, to brak sedesu jest rozwiązaniem bardziej higienicznym...
A, te takie śmieszne lampy to na południe od Jangcy jedyna forma ogrzewania. Są to lampy, które grzeją wystarczająco mocno, żeby człowiek nie zamarzł w zimie pod prysznicem. W mieszkaniu ZB też takie są zainstalowane. Słowo daję, czasem zimą nie miałam ochoty spod nich wychodzić...
No dobrze. Właściwie całkiem nieźle to sobie wymyślili. Może i nie luksusy, ale jest wszystko, co trzeba.
To teraz sobie wyobraźcie, że do kibla/prysznica przekopujecie się przez śnieżne zaspy, których w Hubei zimą nie brakuje, na przykład z małym dzieckiem na rękach...
2014-01-26
zapach lotosu i pięć zapachów 荷香和五香
Gdy ja rozmawiam z jej mężem o miodzie, młoda Li uśmiecha się z rozbawieniem i skubie jakąś roślinę. Pytam, co to. Przyprawa do obiadu, mówi ona - a Mały Tajfun natychmiast zaczyna strzyc uszami.
Widząc we mnie bratnią łakomą duszę, pokazuje swoje skarby. Jakiś kwiatek. Wygląda mało zachęcająco...
I właśnie wtedy podtyka mi go pod nos. O, matko! Drodzy moi, gdyby anyż ożenił się z lawendą, ich dziecko byłoby właśnie tym kwiatem! Pytam o nazwę. Konsternacja. "U nas mówimy na to zapach lotosu (荷香), ale ta roślina nie ma nic wspólnego z lotosem, po prostu tak ją nazywamy w naszym dialekcie.
Później szukałam tej rośliny w internecie; nie znalazłam. Jeszcze wszystko przede mną, prawda? Intensywność zapachu i wygląd krzaczka wskazują na jakąś bylicę...
Ale to nie wszystko. Widząc moją żądzę poznania, przy kulinariach objawiającą się z siłą wodospadu, pokazali mi jeszcze tę trawę. Wyglądała... jak trawa. Patrzcie:
A przecież jest pyszna i pachnąca. I znów: nie znają właściwej nazwy rośliny. "U nas mówi się na to 五香".
Kwiat dodają podczas smażenia wieprzowiny. Trawę dodają podczas gotowania kury czy innych kaczek.
Pytam, skąd mają te przyprawy w ogrodzie i że przecież musieli je wysiać.
"Mama mojej babci pokazała mi miejsce w górach, w którym można je zbierać. Jak wyszłam za mąż, poszłam z mężem w to miejsce, wykopaliśmy kwiatki i trawy ze sporym zapasem ziemi i posadziliśmy w ogrodzie. Nie będę przecież codziennie chodzić po nie wysoko w góry".
Później miałam okazję spróbować mięs przyrządzonych z tymi dzikimi przyprawami. Były przepyszne. Ale to już zupełnie inna historia...
Widząc we mnie bratnią łakomą duszę, pokazuje swoje skarby. Jakiś kwiatek. Wygląda mało zachęcająco...
I właśnie wtedy podtyka mi go pod nos. O, matko! Drodzy moi, gdyby anyż ożenił się z lawendą, ich dziecko byłoby właśnie tym kwiatem! Pytam o nazwę. Konsternacja. "U nas mówimy na to zapach lotosu (荷香), ale ta roślina nie ma nic wspólnego z lotosem, po prostu tak ją nazywamy w naszym dialekcie.
Później szukałam tej rośliny w internecie; nie znalazłam. Jeszcze wszystko przede mną, prawda? Intensywność zapachu i wygląd krzaczka wskazują na jakąś bylicę...
Ale to nie wszystko. Widząc moją żądzę poznania, przy kulinariach objawiającą się z siłą wodospadu, pokazali mi jeszcze tę trawę. Wyglądała... jak trawa. Patrzcie:
A przecież jest pyszna i pachnąca. I znów: nie znają właściwej nazwy rośliny. "U nas mówi się na to
Kwiat dodają podczas smażenia wieprzowiny. Trawę dodają podczas gotowania kury czy innych kaczek.
Pytam, skąd mają te przyprawy w ogrodzie i że przecież musieli je wysiać.
"Mama mojej babci pokazała mi miejsce w górach, w którym można je zbierać. Jak wyszłam za mąż, poszłam z mężem w to miejsce, wykopaliśmy kwiatki i trawy ze sporym zapasem ziemi i posadziliśmy w ogrodzie. Nie będę przecież codziennie chodzić po nie wysoko w góry".
Później miałam okazję spróbować mięs przyrządzonych z tymi dzikimi przyprawami. Były przepyszne. Ale to już zupełnie inna historia...
2014-01-19
miodne tajemnice
W dialekcie ludu Tujia, wymieszanym z hubejską wersją mandaryńskiego, miód nazywa się "pszczelim cukrem" 蜂糖. Młody Li opowiada o pszczelim cukrze. Lubi to. I cukier, i opowieści. Opowiada o tym, że w dobrym roku zbiera miód co dwa miesiące. Pokazuje, jak różni się kolor. Faktycznie, barwa waha się od słonecznej żółci aż do ciemnego bursztynu - każdy miesiąc to przecież inne kwiaty. Półdzikie pszczoły z tutejszych uli swobodnie zbierają pyłek w całym lesie. Leśne kwiaty zaś kwitną późno - bo z gór późno schodzi śnieg. Dlatego Li najbardziej jest dumny z miodu sierpniowo-wrześniowego, pachnącego lasem, słodkiego, ale przyprawionego subtelną goryczką dzikiego kwiecia.
Kiedy już zachwycił mnie zapach, smak i kolor miodu młodego Li, uznał mnie on za osobę godną wysłuchania innych miodnych opowieści. Opowiadał o tym, jak roje potrafią się różnić temperamentem, jak dobra atmosfera domu i brak zagrożeń wpływa na miodność pszczół, opowiadał, opowiadał, opowiadał. A na końcu zdradził mi tajemnicę: nigdy, ale to nigdy nie należy kupować miodu wiosennego. Wtedy pszczoły korzystają głównie z kwiatów roślin uprawnych - ani to smaczne, ani zdrowe. Po zjedzeniu dwóch łyżek takiego miodu zaczyna Cię boleć gardło - taki miód jest zbyt gorący. Nadaje się tylko jako lekarstwo dla starych ludzi.
***
Może gdybym trochę pomieszkała w domu młodych Li, zakochałabym się w pszczołach tak samo jak oni?
Kiedy już zachwycił mnie zapach, smak i kolor miodu młodego Li, uznał mnie on za osobę godną wysłuchania innych miodnych opowieści. Opowiadał o tym, jak roje potrafią się różnić temperamentem, jak dobra atmosfera domu i brak zagrożeń wpływa na miodność pszczół, opowiadał, opowiadał, opowiadał. A na końcu zdradził mi tajemnicę: nigdy, ale to nigdy nie należy kupować miodu wiosennego. Wtedy pszczoły korzystają głównie z kwiatów roślin uprawnych - ani to smaczne, ani zdrowe. Po zjedzeniu dwóch łyżek takiego miodu zaczyna Cię boleć gardło - taki miód jest zbyt gorący. Nadaje się tylko jako lekarstwo dla starych ludzi.
***
Może gdybym trochę pomieszkała w domu młodych Li, zakochałabym się w pszczołach tak samo jak oni?
2014-01-12
ciężkie życie
Młody Li, reprezentant ludu Tujia, towarzyszy mi w spacerze po hubejskiej wioseczce na końcu świata. Widzę skały na środku pól z tytoniem i zastanawiam się na głos, jak ciężkie jest życie człowieka związanego z nieurodzajną, kamienistą ziemią.
Li zaczyna opowiadać.
Myślisz, że nasze życie jest trudne, bo na polach są głazy, których nie da się przenieść albo jaskinie, w które łatwo wpaść, a które odbierają nam pola uprawne. Ale teraz nasze życie jest łatwe!
Patrz na ten tytoń. Wiesz, od kiedy go uprawiamy? Dopiero od lat osiemdziesiątych. Wcześniej tylko kukurydza, ziemniaki i bataty. Ryż jedliśmy może dwa razy do roku - tutaj uprawiać się nie da, a ta droga - pokazuje wyasfaltowaną drogę, na której dwa samochody się nie wyminą, chyba, że jeden zjedzie w krzaki - powstała dopiero dziesięć lat temu.
Zresztą, tytoń też nie rośnie wszędzie. Na szczytach, latem mocno słonecznych, jest za gorąco, więc tytoń rośnie tylko w ocienionych dolinkach. Bez względu zaś na to, czy jest to zbocze strome czy łagodniejsze, obecność głazów nie pozwala na użycie maszyn. Ale i tak uprawa tytoniu sprawiła, że nagle poziom życia podskoczył o kilka poziomów. Teraz nikomu nie brakuje mięsa! A ja przecież jeszcze pamiętam, jak mięso było od święta. Mamy ryż. Łatwo go sprowadzić, albo i samemu pojechać do miasteczka po zapas.
Nie, nasze życie nie jest trudne, już nie. Patrz, jaką mamy wspaniałą szkołę! Kiedy ja byłem mały i nie było jeszcze drogi, szedłem do szkoły dwie godziny w błocie i śniegu, górskimi ścieżkami. A przecież to nie było bardzo daleko! Teraz dzieci do szkoły chodzą w adidasach a nie w chodakach czy łapciach starszego brata. Ja to w ogóle miałem przekichane - nie mam starszego brata, tylko trzy starsze siostry...
Nie, dzisiaj nie jest tak trudno. Popatrz - mamy świnie, kury, uprawiamy warzywa na własny użytek, a resztę można kupić w sklepie. Dziecko można posłać do szkoły. A jak przyjdzie czas, wyniesiemy się stąd do miasta - żona jest nauczycielką, na pewno znajdzie pracę. Ja? Nie pracuję (Li się czerwieni)... chwilowo... wiesz, ten miód i w ogóle... Ale na pewno coś wymyślę. Pojedziemy do miasta, żeby dziecko mogło pójść do szkoły. A gdy się zestarzejemy, wrócimy tutaj, jak liść opada do korzeni. Bo nie znam miejsce na ziemi piękniejszego niż te góry, niż te skały, niż te ścieżki, niż te pola ozielenione tytoniem i ozłocone kukurydzą.
Li patrzy na góry, na biedne gospodarstwa, w których hula zimny wiatr i szepcze: mam nadzieję, że kiedy tu wrócę, beton i stal nie odbiorą nam pól i lasów...
Li zaczyna opowiadać.
Myślisz, że nasze życie jest trudne, bo na polach są głazy, których nie da się przenieść albo jaskinie, w które łatwo wpaść, a które odbierają nam pola uprawne. Ale teraz nasze życie jest łatwe!
Patrz na ten tytoń. Wiesz, od kiedy go uprawiamy? Dopiero od lat osiemdziesiątych. Wcześniej tylko kukurydza, ziemniaki i bataty. Ryż jedliśmy może dwa razy do roku - tutaj uprawiać się nie da, a ta droga - pokazuje wyasfaltowaną drogę, na której dwa samochody się nie wyminą, chyba, że jeden zjedzie w krzaki - powstała dopiero dziesięć lat temu.
Zresztą, tytoń też nie rośnie wszędzie. Na szczytach, latem mocno słonecznych, jest za gorąco, więc tytoń rośnie tylko w ocienionych dolinkach. Bez względu zaś na to, czy jest to zbocze strome czy łagodniejsze, obecność głazów nie pozwala na użycie maszyn. Ale i tak uprawa tytoniu sprawiła, że nagle poziom życia podskoczył o kilka poziomów. Teraz nikomu nie brakuje mięsa! A ja przecież jeszcze pamiętam, jak mięso było od święta. Mamy ryż. Łatwo go sprowadzić, albo i samemu pojechać do miasteczka po zapas.
Nie, nasze życie nie jest trudne, już nie. Patrz, jaką mamy wspaniałą szkołę! Kiedy ja byłem mały i nie było jeszcze drogi, szedłem do szkoły dwie godziny w błocie i śniegu, górskimi ścieżkami. A przecież to nie było bardzo daleko! Teraz dzieci do szkoły chodzą w adidasach a nie w chodakach czy łapciach starszego brata. Ja to w ogóle miałem przekichane - nie mam starszego brata, tylko trzy starsze siostry...
Nie, dzisiaj nie jest tak trudno. Popatrz - mamy świnie, kury, uprawiamy warzywa na własny użytek, a resztę można kupić w sklepie. Dziecko można posłać do szkoły. A jak przyjdzie czas, wyniesiemy się stąd do miasta - żona jest nauczycielką, na pewno znajdzie pracę. Ja? Nie pracuję (Li się czerwieni)... chwilowo... wiesz, ten miód i w ogóle... Ale na pewno coś wymyślę. Pojedziemy do miasta, żeby dziecko mogło pójść do szkoły. A gdy się zestarzejemy, wrócimy tutaj, jak liść opada do korzeni. Bo nie znam miejsce na ziemi piękniejszego niż te góry, niż te skały, niż te ścieżki, niż te pola ozielenione tytoniem i ozłocone kukurydzą.
Li patrzy na góry, na biedne gospodarstwa, w których hula zimny wiatr i szepcze: mam nadzieję, że kiedy tu wrócę, beton i stal nie odbiorą nam pól i lasów...
2014-01-04
ciąża wg Tujia
Mała wieś Koński Szaniec w Hubei. Kupuję "pszczeli cukier" 蜂糖, jak go tutaj nazywają. Młody Li jest z miodu znany w całej wsi; dom aż pachnie słodyczą. Czekając na "realizację zamówienia" rozmawiam z żoną Li. Żartuję sobie, że gdyby mój mąż zbierał miód, mogłabym się pożegnać z dobrą figurą i od rana do wieczora bym sobie słodyczą dogadzała. Dziewczę zaśmiało się i mówi, że pewnie, że by jadła, ale nie może, bo jest w ciąży. Patrzę na nią z zaskoczeniem, a ona mówi, że no przecież ciężarne nie mogą jeść miodu, każdy to wie, a już zwłaszcza w pierwszym trymestrze.
Wzięła mnie z zaskoczenia, więc nie wypytałam jej od razu, a potem poszła nieść kaganek oświaty, ale wzięłam młodego Li na spytki. On potwierdził słowa żony. No przecież, że nie wolno, bo dziecko się urodzi za duże!
Drążę temat. Czego jeszcze nie wolno ciężarnej? Sporo tego. Migdałów, owoców morza ze szczególnym uwzględnieniem glonów i alg, a to dopiero początek. Bardziej szczegółowe obostrzenia pojawiają się po wizycie u "pana fengshui" 風水先生, który w zasadzie w wiosce pełni rolę szamana. To on ustala szczegółowy jadłospis pań przy nadziei; zależny jest od pory roku, konstytucji matki in spe i od magii wszelkiego rodzaju.
No dobrze, a czy jest jakiś produkt spożywczy, który jest wskazany dla każdej pani w błogosławionym stanie? Jest jeden: winogrona, świeże i rodzynki. Rozglądam się niepewnie. Przecież w tym klimacie na pewno nie rosną winogrona!
Nie rosną, potwierdza Li. Dlatego rodzynki dla ciężarnych kobiet kupują tylko dobrzy mężowie podczas wizyt w mieście. Bo przecież ciężarna kobieta nie może również podróżować. W późniejszych stadiach ciąży nie powinna nawet przechodzić przez próg. Jeśli już musi, mąż "oszukuje" duchy, przenosząc ją przez ten próg...
Uśmiecham się do wizji ZB przenoszącego mnie przez próg w ewentualnej zaawansowanej ciąży. Li pewnie myśli, że uśmiech wywołało coś innego i mówi - wiesz, to wszystko są przesądy, bo my jesteśmy mniejszością etniczną i wiele naszych zwyczajów to takie właśnie zabobony. My, młodzi, wiemy, że to nieprawda, ale gdybyśmy nie postępowali zgodnie z tradycją, zrobiliśmy przykrość starszym. I po co? Przecież to nikomu nie szkodzi, niejedzenie miodu czy owoców morza przez te dziewięć miesięcy...
Wzięła mnie z zaskoczenia, więc nie wypytałam jej od razu, a potem poszła nieść kaganek oświaty, ale wzięłam młodego Li na spytki. On potwierdził słowa żony. No przecież, że nie wolno, bo dziecko się urodzi za duże!
Drążę temat. Czego jeszcze nie wolno ciężarnej? Sporo tego. Migdałów, owoców morza ze szczególnym uwzględnieniem glonów i alg, a to dopiero początek. Bardziej szczegółowe obostrzenia pojawiają się po wizycie u "pana fengshui" 風水先生, który w zasadzie w wiosce pełni rolę szamana. To on ustala szczegółowy jadłospis pań przy nadziei; zależny jest od pory roku, konstytucji matki in spe i od magii wszelkiego rodzaju.
No dobrze, a czy jest jakiś produkt spożywczy, który jest wskazany dla każdej pani w błogosławionym stanie? Jest jeden: winogrona, świeże i rodzynki. Rozglądam się niepewnie. Przecież w tym klimacie na pewno nie rosną winogrona!
Nie rosną, potwierdza Li. Dlatego rodzynki dla ciężarnych kobiet kupują tylko dobrzy mężowie podczas wizyt w mieście. Bo przecież ciężarna kobieta nie może również podróżować. W późniejszych stadiach ciąży nie powinna nawet przechodzić przez próg. Jeśli już musi, mąż "oszukuje" duchy, przenosząc ją przez ten próg...
Uśmiecham się do wizji ZB przenoszącego mnie przez próg w ewentualnej zaawansowanej ciąży. Li pewnie myśli, że uśmiech wywołało coś innego i mówi - wiesz, to wszystko są przesądy, bo my jesteśmy mniejszością etniczną i wiele naszych zwyczajów to takie właśnie zabobony. My, młodzi, wiemy, że to nieprawda, ale gdybyśmy nie postępowali zgodnie z tradycją, zrobiliśmy przykrość starszym. I po co? Przecież to nikomu nie szkodzi, niejedzenie miodu czy owoców morza przez te dziewięć miesięcy...
2013-11-05
dom Młodego Li 小李的家
Pamiętacie jeszcze, jak chciałam kupić miód w drodze z Przymościa? W końcu udało się kupić, nie w Przymościu, a w wiosce Koński Szaniec 馬堡村, zamieszkanej przez lud Tujia.
Dziś właśnie, częstując się kolejną łychą wspaniałego miodu, który bardziej przypomina płynne złoto niż dzieło pszczelich wnętrzności, przypomniałam sobie, jak to było.
Wioska Mabao właściwie niczym się nie różni od kilkunastu innych hubejskich wiosek. Ot, jedna droga, szkoła podstawowa wielkości sklepu, do poszczególnych gospodarstw prowadzą już tylko polne dróżki; wioska w górach, w których wielkie głazy kradną pola uprawne,
w których jedynym źródłem dostatku są uprawy tytoniu, a pól poszerzyć nie można, bo tuż za granicą wioski zaczynają się tereny parku narodowego. Wiele takich wiosek już widziałam, wielu starszych ludzi w maoistowskich mundurkach, wiele brudnych dzieci, których nauczyciele nawet nie próbują mówić czystym mandaryńskim.
Idziemy polną dróżką między gospodarstwami; widzę domy drewniane lecz podmurowane; wiem, jak chętnie wieśniacy zamieniliby te świszczące wiatrem tradycyjne domostwa na solidne betonowe mieszkanko z bieżącą wodą i szczelnymi ścianami.
Idziemy polną dróżką; nie widać psów, bo jesień już czerwonozłota. Każdy wie, że przed zimą dobrze się objeść psiego mięsa, rozgrzewającego i przepysznego. Młody Li mi później powie, że co roku u schyłku jesieni zaczyna psa przywiązywać do chałupy, od strony podwórza, bo u nich nikt nie pyta, czy pies ma właściciela - jeśli zwierzę da się złapać, to jego los jest już przesądzony, a głupie futrzaki nie wiedzą, że nie należy podchodzić do tych miłych sąsiadów, mieszkających trzy domy dalej.
Idziemy, a cała wioska już wie, że chcemy kupić miód, więc przybiegają, licytując się, czyj miód lepszy. Jednak to właśnie Li zna się na miodzie i potrafi wytłumaczyć, jak poznać jego jakość i jaki miód jest najlepszy. Idziemy więc do Li.
Od frontu wiszą ule; rój jest w formie, praca wre. Trochę boję się pszczół; fascynują mnie, ale jeszcze pamiętam, jak mi spuchła ręka po użądleniu. Na wszelki wypadek nie podchodzę bliżej; przemykam między ulami i wchodzę do domu.
Dom jest typowy: drewniany z podmurówką, wchodzi głęboko w ziemię. Jeszcze trzydzieści lat temu podstawą wyżywienia wcale nie był ryż; jedzono tylko kukurydzę, bataty i ziemniaki. Piwnica była niezbędnym elementem każdego domostwa. Schodziło się po drabinie; ku mojemu zaskoczeniu na drabinie kwitnie dziś pleśń. Młodzi ludzie zapomnieli, że piwnice mogą się przydawać do przechowywania wielu produktów, nie tylko tych nieszczęsnych bieda-ziemniaków. Ale odkąd zbudowano drogę, łączącą Mabao z cywilizacją, możliwe są regularne dostawy ryżu i innych dóbr; dzisiaj nie robią więc zapasów, tylko kupują na bieżąco.
W holu suszy się pastewna kukurydza, podwieszona pod krokwiami. Na ławach rozłożono folię i złożono podsuszony tytoń. W kącie stoją kosze pełne kukurydzy, tuż obok mamy elektryczne miniżarna i kosze z mąką. Oj, bogaty to dom - w domu obok żarna nadal są tradycyjne, kamienne. Są też minimłyny drewniane, śliczne, ale zapajęczone - pewnie nikt od dawna ich już nie używa.
Po prawej wejście do kuchni. W piecu jest otwór wielkości dużej misy; tkwi tam na stałe ogromny wok; moźnaby w nim usmażyć od razu całego kurczaka. Są też mniejsze palniki i mniejsze woki. Rozglądam się w poszukiwaniu elektrycznego garnka do gotowania ryżu - w tak bogatym gospodarstwie powinien jakiś być. Po chwili się orientuję, że w tym pokoju nie ma prądu. Światło zostało doprowadzone przedłużaczem, żarówka wisi, podwiązana do krokwi. Smutna ta kuchnia - w jednym woku brudny olej, w drugim - butelki po taniej wódce. Wracam do holu.
Po lewej jest salon, wytapetowany starymi gazetami, jak w każdym hubejskim domu opatrzony stołopiecem. Młody Li dorzuca do pieca kilka gałązek i ususzone kolby kukurydzy, żeby rozniecić ogień; za chwilę pójdzie po drewno. Ciekawe - większość ludzi tutaj używa węgla o wstrętnym, siarkowym zapachu. Na fajerce aluminiowy czajnior; gorącej wody nigdy dość. Po zagotowaniu ląduje ona w wielkich, dziesięciolitrowych termosach. Będzie do picia, będzie do mycia. O, jest też telewizor, a zaraz obok i garnek do ryżu. Wiedziałam, że gdzieś go musieli schować.
Naprzeciwko stołopieca wiszą tradycyjne wędliny Tujia - suszone na wietrze kawały boczku. Jeszcze o nich opowiem; na razie tylko z fascynacją przyglądam się białym pasemkom pleśni.Z pokoju można wyjść do stodoły, chlewiku i sławojki. Stodoła sucha, dobrze utrzymana i pełna worów ziarna. Jedna komora wypełniona jest tytoniem. Przed domem bambusowo-drewniany "kurnik". Gospodarstwo jest naprawdę bogate.
Wracam do salonu, siadam na kanapie obok pani Li. Jest nauczycielką matematyki w tutejszej szkole, ma zaledwie kilka klas dziennie. Rozmawiamy o miodzie; kiedyś jeszcze opowiem, czego się od niej dowiedziałam.
Młody Li przynosi baniak miodu i jeden litrowy słój; tyle mu zostało z jesiennych zbiorów. Kupuję wszystko, do ostatniej kropelki. Miód ten nie jest tani - 160 yuanów za kilogram. Właśnie. Tutaj nie sprzedają miodu na litry, tylko na kilogramy. Uważają to za uczciwsze, bo miód zbierany w różnych porach roku ma różny ciężar właściwy. Do domu kupuję półtora kilo miodu, bo tyle wchodzi do mojej litrowej butli Tupperware. Reszta będzie dla jaskiniowców; Kierownik Wyprawy jest spokrewniony z Kubusiem Puchatkiem, dałabym sobie głowę uciąć. Wiem, że z czterema kilogramami miodu dadzą sobie spokojnie radę w te dwa tygodnie.
Miodem pachnie w całym mieszkaniu. Siedzę i próbuję miodów znoszonych mi przez sąsiadów. A jednak dobrze wybrałam. Za miodowe złoto młodego Li zapłaciłam różowymi głowami Mao. Znikąd pojawia się nauczycielka; wyjmuje młodemu Li z dłoni pieniądze, zostawiając mu stówkę na otarcie łez. Cieszę się w duchu - pewnie forsa poszłaby na wódkę albo papierosy. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że nauczycielka zaraz zniknie z domu i w ciągu następnych kilku godzin przegra połowę pieniędzy w madżonga.
W domu Li spędziłam prawie cały dzień, z krótką przerwą na udział w imprezie. Będę Wam opowiadać o tym, czego się dowiedziałam od Li i jego rodziny. Opowiem też o imprezie, której świadkiem byłam. Na razie jednak wrócę myślami do krajobrazu jesiennego hubejskiej wioski Tujia, w której spędziłam jeden z najprzyjemniejszych dni mojego życia.
Dziś właśnie, częstując się kolejną łychą wspaniałego miodu, który bardziej przypomina płynne złoto niż dzieło pszczelich wnętrzności, przypomniałam sobie, jak to było.
Wioska Mabao właściwie niczym się nie różni od kilkunastu innych hubejskich wiosek. Ot, jedna droga, szkoła podstawowa wielkości sklepu, do poszczególnych gospodarstw prowadzą już tylko polne dróżki; wioska w górach, w których wielkie głazy kradną pola uprawne,
w których jedynym źródłem dostatku są uprawy tytoniu, a pól poszerzyć nie można, bo tuż za granicą wioski zaczynają się tereny parku narodowego. Wiele takich wiosek już widziałam, wielu starszych ludzi w maoistowskich mundurkach, wiele brudnych dzieci, których nauczyciele nawet nie próbują mówić czystym mandaryńskim.
Idziemy polną dróżką między gospodarstwami; widzę domy drewniane lecz podmurowane; wiem, jak chętnie wieśniacy zamieniliby te świszczące wiatrem tradycyjne domostwa na solidne betonowe mieszkanko z bieżącą wodą i szczelnymi ścianami.
Idziemy polną dróżką; nie widać psów, bo jesień już czerwonozłota. Każdy wie, że przed zimą dobrze się objeść psiego mięsa, rozgrzewającego i przepysznego. Młody Li mi później powie, że co roku u schyłku jesieni zaczyna psa przywiązywać do chałupy, od strony podwórza, bo u nich nikt nie pyta, czy pies ma właściciela - jeśli zwierzę da się złapać, to jego los jest już przesądzony, a głupie futrzaki nie wiedzą, że nie należy podchodzić do tych miłych sąsiadów, mieszkających trzy domy dalej.
Idziemy, a cała wioska już wie, że chcemy kupić miód, więc przybiegają, licytując się, czyj miód lepszy. Jednak to właśnie Li zna się na miodzie i potrafi wytłumaczyć, jak poznać jego jakość i jaki miód jest najlepszy. Idziemy więc do Li.
Od frontu wiszą ule; rój jest w formie, praca wre. Trochę boję się pszczół; fascynują mnie, ale jeszcze pamiętam, jak mi spuchła ręka po użądleniu. Na wszelki wypadek nie podchodzę bliżej; przemykam między ulami i wchodzę do domu.
Dom jest typowy: drewniany z podmurówką, wchodzi głęboko w ziemię. Jeszcze trzydzieści lat temu podstawą wyżywienia wcale nie był ryż; jedzono tylko kukurydzę, bataty i ziemniaki. Piwnica była niezbędnym elementem każdego domostwa. Schodziło się po drabinie; ku mojemu zaskoczeniu na drabinie kwitnie dziś pleśń. Młodzi ludzie zapomnieli, że piwnice mogą się przydawać do przechowywania wielu produktów, nie tylko tych nieszczęsnych bieda-ziemniaków. Ale odkąd zbudowano drogę, łączącą Mabao z cywilizacją, możliwe są regularne dostawy ryżu i innych dóbr; dzisiaj nie robią więc zapasów, tylko kupują na bieżąco.
W holu suszy się pastewna kukurydza, podwieszona pod krokwiami. Na ławach rozłożono folię i złożono podsuszony tytoń. W kącie stoją kosze pełne kukurydzy, tuż obok mamy elektryczne miniżarna i kosze z mąką. Oj, bogaty to dom - w domu obok żarna nadal są tradycyjne, kamienne. Są też minimłyny drewniane, śliczne, ale zapajęczone - pewnie nikt od dawna ich już nie używa.
Po prawej wejście do kuchni. W piecu jest otwór wielkości dużej misy; tkwi tam na stałe ogromny wok; moźnaby w nim usmażyć od razu całego kurczaka. Są też mniejsze palniki i mniejsze woki. Rozglądam się w poszukiwaniu elektrycznego garnka do gotowania ryżu - w tak bogatym gospodarstwie powinien jakiś być. Po chwili się orientuję, że w tym pokoju nie ma prądu. Światło zostało doprowadzone przedłużaczem, żarówka wisi, podwiązana do krokwi. Smutna ta kuchnia - w jednym woku brudny olej, w drugim - butelki po taniej wódce. Wracam do holu.
Po lewej jest salon, wytapetowany starymi gazetami, jak w każdym hubejskim domu opatrzony stołopiecem. Młody Li dorzuca do pieca kilka gałązek i ususzone kolby kukurydzy, żeby rozniecić ogień; za chwilę pójdzie po drewno. Ciekawe - większość ludzi tutaj używa węgla o wstrętnym, siarkowym zapachu. Na fajerce aluminiowy czajnior; gorącej wody nigdy dość. Po zagotowaniu ląduje ona w wielkich, dziesięciolitrowych termosach. Będzie do picia, będzie do mycia. O, jest też telewizor, a zaraz obok i garnek do ryżu. Wiedziałam, że gdzieś go musieli schować.
Naprzeciwko stołopieca wiszą tradycyjne wędliny Tujia - suszone na wietrze kawały boczku. Jeszcze o nich opowiem; na razie tylko z fascynacją przyglądam się białym pasemkom pleśni.Z pokoju można wyjść do stodoły, chlewiku i sławojki. Stodoła sucha, dobrze utrzymana i pełna worów ziarna. Jedna komora wypełniona jest tytoniem. Przed domem bambusowo-drewniany "kurnik". Gospodarstwo jest naprawdę bogate.
Wracam do salonu, siadam na kanapie obok pani Li. Jest nauczycielką matematyki w tutejszej szkole, ma zaledwie kilka klas dziennie. Rozmawiamy o miodzie; kiedyś jeszcze opowiem, czego się od niej dowiedziałam.
Młody Li przynosi baniak miodu i jeden litrowy słój; tyle mu zostało z jesiennych zbiorów. Kupuję wszystko, do ostatniej kropelki. Miód ten nie jest tani - 160 yuanów za kilogram. Właśnie. Tutaj nie sprzedają miodu na litry, tylko na kilogramy. Uważają to za uczciwsze, bo miód zbierany w różnych porach roku ma różny ciężar właściwy. Do domu kupuję półtora kilo miodu, bo tyle wchodzi do mojej litrowej butli Tupperware. Reszta będzie dla jaskiniowców; Kierownik Wyprawy jest spokrewniony z Kubusiem Puchatkiem, dałabym sobie głowę uciąć. Wiem, że z czterema kilogramami miodu dadzą sobie spokojnie radę w te dwa tygodnie.
Miodem pachnie w całym mieszkaniu. Siedzę i próbuję miodów znoszonych mi przez sąsiadów. A jednak dobrze wybrałam. Za miodowe złoto młodego Li zapłaciłam różowymi głowami Mao. Znikąd pojawia się nauczycielka; wyjmuje młodemu Li z dłoni pieniądze, zostawiając mu stówkę na otarcie łez. Cieszę się w duchu - pewnie forsa poszłaby na wódkę albo papierosy. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że nauczycielka zaraz zniknie z domu i w ciągu następnych kilku godzin przegra połowę pieniędzy w madżonga.
W domu Li spędziłam prawie cały dzień, z krótką przerwą na udział w imprezie. Będę Wam opowiadać o tym, czego się dowiedziałam od Li i jego rodziny. Opowiem też o imprezie, której świadkiem byłam. Na razie jednak wrócę myślami do krajobrazu jesiennego hubejskiej wioski Tujia, w której spędziłam jeden z najprzyjemniejszych dni mojego życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)