Skrótową relację z tegorocznych Świąt już tutaj umieściłam. Być może ciekawi Was jednak, jak mój prywatny Skośnooki zareagował na dania wigilijne i świąteczne, co mu się podobało, a co go zaskoczyło. Poniżej lista tych spraw, które wpadły mi do głowy.
I. Karp.
Karp jest w Chinach rybą popularną, acz bardzo tanią i w związku z tym niepodawaną w trakcie wyjątkowych posiłków. Tylko postem mogłam wyjaśnić pojawienie się tej, dość podrzędnej i ościstej przecież, ryby.
II. Mak.
O maku się ZB naopowiadałam sporo - bo nigdzie w Chinach nie mogłam dostać. Dopiero jak spróbował makowca, powiedział, że w Kunmingu też to mamy. No ale - nie mamy. W Chinach mak spożywczy jest nielegalny, bo kojarzy im się z opium. Mamy za to rozłupki pachnotki zwyczajnej, które faktycznie mogą poniekąd zastąpić mak.
III. Wszystkie potrawy już jadł, bo w zeszłym roku zrobiłam polską wigilię w Kunmingu, więc niestraszne mu były barszcze, fasole i inne pierogi, ale zagięliśmy go opłatkiem. W ubiegłym roku musieliśmy się obejść bez niego i pewnie dlatego nie utrwalił mu się zwyczaj składania sobie życzeń. Kiedy stanęłam koło niego, gotowa do tłumaczenia, ochrzanił mnie z góry na dół za to, że go nie uprzedziłam i musiał życzenia wymyślać na poczekaniu.
IV. 12 dań.
W Polsce to dużo, w Chinach mało. W Chinach często się jada wieloosobowe posiłki, a zasada generalna jest taka, że dań na stole ma być tyle, co gości plus jedna dodatkowa. Łatwo więc wyliczyć, że przy zwykłym dużym okrągłym stole, przy którym siedzi około tuzin ludzi, dań będzie też tyle. W dodatku Chińczycy nie wliczają w tę liczbę tzw. podstawy, czyli ryżu, a w polskiej tradycji ziemniaków/fasoli/chleba, a tylko same dania. W dodatku na chińskich przyjęciach dużym nietaktem byłoby podanie na przykład ryby przyrządzonej na trzy sposoby - klucz chińskich przyjęć tkwi w różnorodności produktów. Tak samo bez sensu jest pojawienie się w trakcie jednego posiłku i uszek, i pierogów, albo kilku rodzajów ciasta. Po prostu w Polsce planując przyjęcie dla dużej liczby gości, planuje się duże ilości - dlatego pieczemy indyka, robimy bigos czy inną galaretkę z nóżek - żeby każdy gość się tym mógł najeść. Za to w Chinach idzie to w różnorodność. Półmiski są mniejsze, ale jest ich więcej - dlatego dwanaście dań to z perspektywy Chińczyka wcale nie tak dużo.
V. Choinka.
Od grudnia zachoinkowane są wszystkie porządne sklepy w Chinach, a poza tym oni też oglądają głupie amerykańskie filmy. Dlatego ciężko Chińczykowi wytłumaczyć, że w niektórych regionach prezentów gwiazdkowych nie roznosi Mikołaj, a na przykład Aniołek, Dzieciątko itd. Po chińsku św. Mikołaj nazywa się w ogóle Bożonarodzeniowym Starym Człowiekiem 聖誕老人, więc polska tradycja jest ciężka do przyswojenia.
VI. Kolędy.
Jak było widać i słychać w poprzednim poście, dawał radę. Zaśpiewać niekoniecznie, ale już na saksie - bardzo chętnie. Zdziwiony był tylko, że nie znał żadnej melodii, bo przygotowywał się przed przyjazdem do grania kolęd amerykańskich, a tu nagle się okazało, że Polacy też się mają czym pochwalić. I jak mu mówiłam, co jest kolędą, co pastorałką, a w ogóle to z którego pochodzi wieku, wielce był zdziwiony, bo jemu się Święta kojarzą z XX-wiecznymi pastorałkami amerykańskimi.
VII. Najbardziej mu smakował smażony karp, bo smakował dokładnie tak jak ryba, którą robię w domu :)
To chyba najważniejsze wrażenia, ale jeśli coś Was jeszcze ciekawi - pytajcie :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska 波蘭. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska 波蘭. Pokaż wszystkie posty
2014-01-06
2013-12-26
Święta polsko-chińskie
Po pierwsze: ledwo dolecieliśmy. W Kunmingu spadło 6 cm śniegu i odwołano trzy czwarte lotów dnia owego. Nasz też. W centrum było tak:
ale z autostrady na lotnisko to się lodowisko zrobiło. A że w Kunmingu odśnieżarek ani na lekarstwo, a i lotnisko niedoposażone, przeprowadziliśmy niezłą batalię, żeby po długich i ciężkich cierpieniach wskoczyć jednak w Pekinie w samolot do Warszawy.
Po przylocie odkryliśmy, że resztki śniegu nie dotrwają do Świąt i że następnym razem na białe Boże Narodzenie to chyba lepiej zostać w Kunmingu...
ZB bardzo się zaangażował w przygotowania świąteczne. Przyniósł choinkę (krzywą, ale za to z charakterem!), ubrał w najlepszym chińskim stylu(a niby skąd są te wszystkie bombki i światełka?), a potem się wziął za karpia. Pożyczonym tasakiem oprawił cztery ryby i łaskawie zostawił dwa dla Mamy, a pozostałe dwa przyrządził po chińsku - jednego w galarecie z czerwonego sosu, a drugiego w sosie słodko-kwaśnym. Kuchnia con-fusion kontratakuje...
W Wigilię łamał się opłatkiem, spróbował wszystkich potraw, wypchał się po uszy ciastami i grał kolędy, cokolwiek koślawo, ale z sercem :)
Wyciągnęłam go nawet na pasterkę, ale czterdziestominutowe kazanie go przerosło...
Tak czy inaczej: świętujemy. Jest nam ciepło, dobrze, rodzinnie, syto. A przed nami Praga i sylwester!
ale z autostrady na lotnisko to się lodowisko zrobiło. A że w Kunmingu odśnieżarek ani na lekarstwo, a i lotnisko niedoposażone, przeprowadziliśmy niezłą batalię, żeby po długich i ciężkich cierpieniach wskoczyć jednak w Pekinie w samolot do Warszawy.
Po przylocie odkryliśmy, że resztki śniegu nie dotrwają do Świąt i że następnym razem na białe Boże Narodzenie to chyba lepiej zostać w Kunmingu...
ZB bardzo się zaangażował w przygotowania świąteczne. Przyniósł choinkę (krzywą, ale za to z charakterem!), ubrał w najlepszym chińskim stylu(a niby skąd są te wszystkie bombki i światełka?), a potem się wziął za karpia. Pożyczonym tasakiem oprawił cztery ryby i łaskawie zostawił dwa dla Mamy, a pozostałe dwa przyrządził po chińsku - jednego w galarecie z czerwonego sosu, a drugiego w sosie słodko-kwaśnym. Kuchnia con-fusion kontratakuje...
W Wigilię łamał się opłatkiem, spróbował wszystkich potraw, wypchał się po uszy ciastami i grał kolędy, cokolwiek koślawo, ale z sercem :)
Wyciągnęłam go nawet na pasterkę, ale czterdziestominutowe kazanie go przerosło...
Tak czy inaczej: świętujemy. Jest nam ciepło, dobrze, rodzinnie, syto. A przed nami Praga i sylwester!
2012-12-26
kolacja wigilijna w Kunmingu
Wigilia to dla mnie, abstrahując od wszelkich znaczeń religijnych, nosicielka polskich tradycji. Specyficzne dania, zachowania, atmosfera.
Wyszłam za mąż za człowieka, którego pragnę nauczyć miłości do tego, co jeszcze we mnie polskiego zostało. Nie jest tego specjalnie dużo - tym ważniejsze jest to, żeby on przyjmował Polskę równie dobrze, co ja Chiny.
Weekend zajęło mi przygotowywanie wigilijnych dań. Oczywiście, były modyfikacje. Po pierwsze - z braku opłatka (nie doszedł był w terminie) łamaliśmy się ujgurskim chlebem. Po drugie, nienawidzę fasoli, więc ją pominęliśmy na rzecz dodatkowego ciasta. Ponieważ w domu zimno jak w psiarni i drożdże nie rosną, podarowałam sobie robienie drożdżowego. Zresztą, maku nie ma tutaj, przynajmniej nie tego naszego. Jest inny, znacznie bardziej interesujący, ale nie bardzo nadający się do ciasta. Z braku normalnego, nieprzyprawionego suszu, również kompot nie wchodził w grę - ogrzaliśmy się zamiast tego grzanym piwem. A zamiast białego sera w pierogach ruskich, które zrobiłam głownie po to, żeby nie marnować ciasta, zmieliłam tutejszy kozi ser. Tak więc tradycja została dostosowana do lokalnych warunków. Ale część dań smakowała właśnie tak jak powinna... A wszystkie bez wyjątku zasmakowały mojemu Panu i Władcy. Więc jest git :)
Zaczęliśmy oczywiście od dzielenia się chlebem i życzeń. Pan i Władca nie popisał się inwencją, ale składam to na karb faktu, że jeszcze nigdy w takim obrzędzie nie uczestniczył.
Potem barszcz na wywarze grzybowym, z uszkami grzybowymi.
Następnie zupa grzybowa, mocno gęsta. Zdjęć nie mam, nie zdążyłam cyknąć, zmietliśmy wszystko w błyskawicznym tempie. Do środka wrzuciliśmy pokruszony chleb.
Potem pierogi. Były dwa typy: z kapustą i grzybami oraz ruskie. Pierwotnie nie miało być ruskich, bo nietradycyjne, ale akurat miałam pod ręką wszystkie składniki, a nie chciałam zmarnować ciasta. Potem wjechały na stół dwa nietradycyjne dania z ryb. Po pierwsze - nie przepadam za karpiami. Miliony ości i smak nieszczególny. Kupiłam więc jakiegoś mięsożernego potwora, który ości właściwie nie miał. Z części zrobiłam fileciki, delikatne i pyszne, a część zabejcowałam już kilka dni temu w ziołach prowansalskich i w Wigilię upiekłam. To znaczy, mój mąż upiekł, bo ja pracowałam do późna, ale pod moje dyktando. Wyszło przepyszne...
Do ryby podałam mój prywatny wynalazek. Jako, że został mi farsz do ruskich, uformowałam zeń kuleczki i obtoczywszy je w bułce tartej usmażyłam na złoto. Do popicia podałam grzane piwo (w całym domu pachniało goździkami i imbirem).
A potem przyszedł czas na słodkości...
W kolacji uczestniczyła koleżanka z pracy, która, ku mojemu zdumieniu, wmłóciła wszystko jak się patrzy - choć smaki dla niej co najmniej egzotyczne...Ubrani-śmy mało wigilijnie, bo zimno jak w psiarni. Wystrój też nieświąteczny. Z jednym wyjątkiem.
Mój Pan i Władca pytał, czy chcę drzewko bożonarodzeniowe. Ja powiedziałam, że sztucznego to nie chcę - od zawsze czuję serdeczną nienawiść do plastikowych podróbek roślin. Z drugiej strony, iglak tutaj nie do dostania. Pogodziłam się więc z tym, że nie będzie choinki.
Fakt. Choinki nie było. Dostałam za to całkiem inne drzewko, od razu z bombkami :)Ktoś wie, jak się opiekować małym kumkwacikiem? :)
Wyszłam za mąż za człowieka, którego pragnę nauczyć miłości do tego, co jeszcze we mnie polskiego zostało. Nie jest tego specjalnie dużo - tym ważniejsze jest to, żeby on przyjmował Polskę równie dobrze, co ja Chiny.
Weekend zajęło mi przygotowywanie wigilijnych dań. Oczywiście, były modyfikacje. Po pierwsze - z braku opłatka (nie doszedł był w terminie) łamaliśmy się ujgurskim chlebem. Po drugie, nienawidzę fasoli, więc ją pominęliśmy na rzecz dodatkowego ciasta. Ponieważ w domu zimno jak w psiarni i drożdże nie rosną, podarowałam sobie robienie drożdżowego. Zresztą, maku nie ma tutaj, przynajmniej nie tego naszego. Jest inny, znacznie bardziej interesujący, ale nie bardzo nadający się do ciasta. Z braku normalnego, nieprzyprawionego suszu, również kompot nie wchodził w grę - ogrzaliśmy się zamiast tego grzanym piwem. A zamiast białego sera w pierogach ruskich, które zrobiłam głownie po to, żeby nie marnować ciasta, zmieliłam tutejszy kozi ser. Tak więc tradycja została dostosowana do lokalnych warunków. Ale część dań smakowała właśnie tak jak powinna... A wszystkie bez wyjątku zasmakowały mojemu Panu i Władcy. Więc jest git :)
Zaczęliśmy oczywiście od dzielenia się chlebem i życzeń. Pan i Władca nie popisał się inwencją, ale składam to na karb faktu, że jeszcze nigdy w takim obrzędzie nie uczestniczył.
Potem barszcz na wywarze grzybowym, z uszkami grzybowymi.
Następnie zupa grzybowa, mocno gęsta. Zdjęć nie mam, nie zdążyłam cyknąć, zmietliśmy wszystko w błyskawicznym tempie. Do środka wrzuciliśmy pokruszony chleb.
Potem pierogi. Były dwa typy: z kapustą i grzybami oraz ruskie. Pierwotnie nie miało być ruskich, bo nietradycyjne, ale akurat miałam pod ręką wszystkie składniki, a nie chciałam zmarnować ciasta. Potem wjechały na stół dwa nietradycyjne dania z ryb. Po pierwsze - nie przepadam za karpiami. Miliony ości i smak nieszczególny. Kupiłam więc jakiegoś mięsożernego potwora, który ości właściwie nie miał. Z części zrobiłam fileciki, delikatne i pyszne, a część zabejcowałam już kilka dni temu w ziołach prowansalskich i w Wigilię upiekłam. To znaczy, mój mąż upiekł, bo ja pracowałam do późna, ale pod moje dyktando. Wyszło przepyszne...
Do ryby podałam mój prywatny wynalazek. Jako, że został mi farsz do ruskich, uformowałam zeń kuleczki i obtoczywszy je w bułce tartej usmażyłam na złoto. Do popicia podałam grzane piwo (w całym domu pachniało goździkami i imbirem).
A potem przyszedł czas na słodkości...
W kolacji uczestniczyła koleżanka z pracy, która, ku mojemu zdumieniu, wmłóciła wszystko jak się patrzy - choć smaki dla niej co najmniej egzotyczne...Ubrani-śmy mało wigilijnie, bo zimno jak w psiarni. Wystrój też nieświąteczny. Z jednym wyjątkiem.
Mój Pan i Władca pytał, czy chcę drzewko bożonarodzeniowe. Ja powiedziałam, że sztucznego to nie chcę - od zawsze czuję serdeczną nienawiść do plastikowych podróbek roślin. Z drugiej strony, iglak tutaj nie do dostania. Pogodziłam się więc z tym, że nie będzie choinki.
Fakt. Choinki nie było. Dostałam za to całkiem inne drzewko, od razu z bombkami :)Ktoś wie, jak się opiekować małym kumkwacikiem? :)
2009-09-09
Beskidy
Stacja koncowa: Baza:Opalac sie lubimy, prosze, prosze...Natura wygrywa z cywilizacja :)
Natura wygrywa z cywilizacja II ;)Natura przegrywa z chamstwem...Kocham tu byc...
Natura wygrywa z cywilizacja II ;)Natura przegrywa z chamstwem...Kocham tu byc...
Subskrybuj:
Posty (Atom)