Idiotyczna nazwa, prawda? Jak rzeka, to chyba oczywiste, że do łowienia? Ale po pierwsze być może akurat ten dopływ różnił się od innych ilością, a po drugie nazwy wcale nie muszą być logiczne.
Laoyu he to obecnie tzw. park bagienny, jeden z tych okalających Jezioro Dian od wschodu, na Zielonej Trasie. Jest spory - tak na dobrą sprawę możnaby go ogarniać choćby i cały dzień, skoro jest i gdzie usiąść, i co zjeść, i co robić. Bo to jeden z tych parków z "atrakcjami", z uliczką pełną przekąsek i nawet McDonaldem (zgadnijcie, co Tajfuniątko chciało jeść...). A co za tym idzie w każdy weekend i w każde święto jest tam jak na jarmarku. To znaczy - w tych najpopularniejszych miejscach, bo dzięki temu, że park jest naprawdę duży, zawsze można znaleźć puste miejsca na piknik i odsapnięcie.
![]() |
| lornetka na ptaki (tak, Migawki, tu też jest ich mnóstwo!) |
Mimo wszystkich swoich wad (odległość od cywilizacji, zatłoczenie i śmieciowe żarcie zamiast fajnego, klimatycznego chłopskiego żarcia, najlepiej związanego z rybami, bo przecież lokalizacja zobowiązuje) jest to świetne miejsce na wyhasanie Tajfuniątka (i dowolnego innego dziecięcia). Dlaczego?
Po pierwsze: kajaki, którymi można pływać między drzewami. Wprawdzie mała przestrzeń, zero swobody i znów - zatłoczenie, ale i tak jest to Wielka Przygoda.
Po drugie: plaża! Wprawdzie kamienista, ale jest! Łagodne zejście do jeziora, muszle, a na brzegu - korzenie drzew filtrujących jezioro i przy okazji będących wielką atrakcją dla osób marzących o ładnym selfiku.
A po trzecie: zawsze, gdy Tajfuniątko stamtąd wraca, jest tak padnięta, że zasypia w taksówce, autobusie czy metrze. A to z kolei świadczy o tym, że naprawdę dobrze i aktywnie spędziłyśmy dzień.






























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.