blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-05-09

冥幣 piekielna forsa

Kiedy, jako dziecko podstawówkowe, uległam szaleństwu zbierania "karteczek", nie wiedziałam jeszcze, że przynajmniej ich część pochodziła z Chin. Nie wiedziałam też, do czego służą. Pewnie Chińczycy też nie wiedzieli, że akurat ten typ "karteczek" służy do zabawy... O jakie karteczki chodzi? O takie z notesików, których cechą szczególną było to, że karteczki były z jednej strony puste, a z drugiej mogły mieć wszystko. Zbierało się serie postaci z Disneya, serie tematyczne o samochodach, zwierzętach, o czymkolwiek. Istniały nawet specjalne klasery do przechowywania pojedynczych karteczek. Wymieniało się nimi na przerwach, starając powiększać zbiory przy każdym kieszonkowym. Pojawiły się i dolary o niespotykanych nominałach i jeszcze jakieś dziwne pieniądze, wyglądające trochę jak forsa do Eurobiznesu czy innej gry planszowej.
Mania minęła, karteczki zostały wykorzystane jako fiszki, życie poszło dalej i dopiero jako osoba dorosła zetknęłam się znów z "pieniędzmi" zadrukowanymi tylko z jednej strony. Czytelnicy już się na pewno domyślili, o jakie pieniądze chodzi - o papierowe pieniądze, które się pali, by z dymem zostały uniesione do zmarłych i mogły im posłużyć w następnym świecie.
Jest wiele rodzajów mingbi 冥幣 czyli "piekielnej waluty". Poza niedbale skserowanymi dolarami, euro czy nawet yuanami, istnieją prawdziwe dzieła sztuki. Z nastaniem nowych czasów pojawiły się też papierowe karty Visa i Mastercard :D Wystawiane są w "banku niebiańskim" albo w "banku piekielnym". Szefem banku zazwyczaj jest Nefrytowy Cesarz - jego podobiznę widać na awersie banknotów; obok niego jego prawa ręka, Jama - władca piekła. Rewersem może być coś buddyjskiego, żeby zmarły był wszechstronnie chroniony, bez względu na to, czy po śmierci trafi w szpony bóstw buddyjskich, czy taoistycznych. Pieniądze te pali się dla przodków, ale można oczywiście palić i papierowe sztabki złota, ubrania, wille, wizerunki modelek, które chętnie by się dostało jako konkubiny itp. Chodzi o to, żeby dusze bliskich nie cierpiały po śmierci głodu i biedy. Ba, pieniędzmi spalonymi w ofierze może dusza przekupić Jamę i w ten sposób uniknąć przynajmniej części kar i mąk piekielnych. Pieniądze ofiarne nie są wynalazkiem nowym - ponoć pojawiły się już za czasów Wschodniej Dynastii Han (25-220r.n.e.). W zależności od regionu i okresu pieniądze takie nosiły różne nazwy i różnie wyglądały, ale funkcja cały czas pozostawała ta sama: pomoc dla tych, którzy już odeszli z tego świata.
Zgodnie z wierzeniami ludowymi, dusza po śmierci zmierza ku Żółtym Źródłom. Gdy dojdzie do mostu, u Babci Meng musi napić się Wody Zapomnienia - dopiero wówczas może dojść do "Ciemnego Hrabstwa". Po drodze trzeba przejść przez wiele bram piekielnych - a żeby je przejść, trzeba zapłacić. Są przecież diabły małe i duże, dusze powieszonych i zabitych za wiarę - a wszystkie duchy czepiają się "gości", i, tłocząc się wokół nich, próbują obmacać im kieszenie... Tak więc muszą mieć pieniądze, żeby sobie oczyścić drogę.
Jest jeszcze legenda o Cai Lunie, wynalazcy papieru. Wynalazł on papier już za czasów Wschodniej Dynastii Han. Młodszy brat też się chciał nauczyć, ale jakoś mu to nie szło - papier wychodził żółtawy i chropowaty, nikt nie chciał takiego kupować. Jego żona okazała się spryciarą. Gdy zobaczyła, że sąsiedzi ofiarowują zmarłym gliniane i brązowe drobne monety (pierwsze to 陶錢, drugie zwą się 五銖錢), pomyślała, że nieudany mężowski papier też by się na ofiarę świetnie nadał. Reklama dźwignią handlu - pewnie wspomniała, że papier można spalić i z dymem łatwiej trafi do dusz zmarłych...
Druga wersja legendy jest moim zdaniem zdecydowanie bardziej interesująca. Mówi ona, że uczeń Cai Lunam You Xiucai znalazł knif, żeby sprzedawać papierowe pieniądze. Udał on otóż, że jest trzy ćwierci do śmierci, jego małżonka zaś zaczęła opowiadać, że podobno palenie papierowych pieniędzy może przywrócić zdrowie umierającemu - przekupuje się Jamę, żeby nie zabierał chorego. Sąsiedzi postukali się w czoła. A jednak parę dni później You wstał, cały i zdrowy, oczywiście dzięki pieniądzom spalonym przez żonę. No i wtedy właśnie zaczęło się szaleństwo papierowych pieniędzy. Chociaż nie, pierwsze opowieści o tym, jak to spalone przedmioty trafiają z dymem do "nieba", pojawiły się chyba dopiero za Mingów, w dawnej tradycji zmarłych po prostu grzebano ze wszystkim, czego mogli potrzebować. Choć legenda jest niejasna, wiadomo, że dopóki papier był kosmicznie drogi, bo wyrób objęty był tajemnicą państwową, palenie go dla zmarłych nie mogło być jakoś mocno popularne - więc pewnie jednak wśród ludu tradycja ta zakorzeniła się nieco później niż za Wschodniej Dynastii Han. Co ciekawe, nawet, gdy zwyczaj ten już przeniknął na dwór cesarski, zdarzali się ludzie jawnie krytykujący wiarę, że duszom zmarłych pomoże spalenie papierowych pieniędzy; sprzeciwiał się tej praktyce m.in. słynny tangowski kaligraf Yan Zhenqing czy takoż tangowski, ale poeta Zheng Ji. Ba, sam Sima Guang, jeden z najważniejszych chińskich historyków, potępiał palenie papierowych pieniędzy jako "czarownictwo". A lud, nic sobie z tego nie robiąc, palił je i pali do dziś. Często kwoty, na jakie opiewa "piekielna waluta", mogą zaskakiwać; idą w dziesiątki tysięcy, biliony nawet. Internauci żartują sobie, że z pewnością piekło ledwo daje radę inflacji.
Jakiś czas temu otrzymałam od czytelniczki zdjęcia banknotu chińskiego. Pytała, co to za banknot, z jakich czasów i czy ma jakąś wartość. Okazało się, że banknot to właśnie piekielna forsa, ale nie jakieś głupie dolary czy euro, tylko małe arcydziełko. Spójrzcie:
Zacznijmy od banku: 天堂地府銀行 czyli bank niebiańsko-piekielny. Tak żeby się zabezpieczyć na wszystkich frontach, nieważne, dokąd trafiła bliska nam osoba :) Numer seryjny banknotu to oczywiście A 9999 - dziewiątki dla długowieczności i nieskończoności, ale też na szczęście i dla cesarza. Jakiego cesarza? Nefrytowego, oczywiście! To jego podobiznę widzicie na banknocie. Ponoć teraz jest dyrektorem naszego banku - tak przynajmniej głosi podpis. Drugi podpis należy zaś do jego zastępcy, Jamy. Podobno to on sądzi dusze i ocenia, które mogą iść do nieba, a które muszą zostać na jakiś czas w piekle. Na lewo od podpisu Jamy widnieje kwota: 拾萬 czyli 10000, oczywiście napisane od prawej do lewej :)
Co ciekawe, wystarczy banknot odwrócić, by wartość się zmieniła - jak byk widnieje tu przecież 100000. W dodatku bóstwa taoistyczne zastępuje tu prosta modlitwa buddyjska: 南無阿弥陀佛 względnie नमोऽमिताभा czyli Namo Amitābhā - powtarzanie tych sześciu prostych słów wystarczy ponoć, by osiągnąć nirwanę. Czyli Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek - na awersie bóstwa taoistyczne, na rewersie modlitwa buddyjska. Tak na wszelki wypadek. I gdyby dziesięć tysięcy to było za mało, na drugiej stronie jest sto...
Jeśli przyjedziecie do Chin, pamiętajcie, żeby nie kupować takich pieniędzy nikomu w prezencie - przecież to podarunek dla zmarłych. No chyba, że kogoś bardzo nie lubicie ;)

4 komentarze:

  1. Anonimowy9/5/14 15:42

    Bardzo interesujacy wpis dziuekuje!
    Kiara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo proszę :) Jak widać, czytelnicy są dla mnie najlepszym źródłem inspiracji :)

      Usuń
    2. oo a sama sobie mogę kupić? :) czy to też źle wróży?

      Usuń
    3. żaden Chińczyk by tego nie zrobił, ale wydaje mi się, że na pamiątkę, w tajemnicy, to jak najbardziej ujdzie na sucho ;)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.