Gdy wspomnieć o zegarach - któż nas ich dziś nie ma? W czyimże domu brakuje czasomierza? Biorąc pod uwagę wysokość zarobków mieszkańców miast, zegarek od dawna już nie jest luksusem; wiele lat temu wszedł pod strzechy./赵正万,昆明忆旧 Zhao Zhengwan, Kunmińskie wspomnienia/
Jednak w Starym Kunmingu niewiele rodzin posiadało zegary, a zegarki były jeszcze rzadsze. Na naszej starej ulicy wśród rzeszy sąsiadów bodaj tylko w jednym czy w dwóch domach znajdowały się zegary, rzadkie jak rogi jednorożca i pierze feniksa. Skoro jednak nie było zegarków ani zegarów, jak sobie radzono z oznaczaniem czasu? Najpierwotniejszy sposób to ten z obserwacją cienia. Po obu stronach ulicy stały dawne domostwa, mniej więcej tej samej wysokości. Od rana do wieczora cień wędrował ulicą, a doświadczeni staruszkowie patrząc na kąt padania cienia wiedzieli od razu, która godzina i na co przyszła pora. Na przykład jeśli cień dotarł już na drugą stronę ulicy, to znaczy, że trzeba zacząć gotować ryż na kolację, a jeśli opiera się już tylko o dachówki - nastała pora kolacji. Oczywiście sprawa komplikowała się, jeśli dzień był pochmurny, a jeśli do tego padał deszcz, wszyscy byli kompletnie zdezorientowani. Jeśli jednak chciało się znać dokładnie godzinę, można było zapytać rodzinę, która posiadała zegar. U jednych sąsiadów wisiał wielki zagraniczny zegar, codziennie nakręcany. O każdej pełnej godzinie wybijał miłą dla ucha melodię. Niestety, był stary i chodził raz wolno, a raz szybko - a że nie było innego wzorca, po prostu zostawiano go w świętym spokoju. Zresztą w owych czasach punktualność nie była mocną cechą kunmińczyków; można się było z kimś umówić a i tak jedno- czy dwugodzinne spóźnienia nikomu nie robiły różnicy. Tak więc życiem wielu rodzin mieszkających przy tamtej ulicy rządził przez wiele lat właśnie ten stary, zdezelowany zegar.
W owych czasach moja matka pracowała na przedmieściach. W lecie i na jesieni, gdy dzień zaczynał się wcześnie, wystarczyło spojrzeć na niebo i już mogła z dużym prawdopodobieństwem ocenić, która godzina. Bardziej kłopotliwe było to w zimie, często zdarzały się pomyłki. Najbardziej mi w pamięć zapadły dwie historie. Za pierwszym razem mama została wprowadzona w błąd właśnie przez ten stary zegar - pokazywał on, że jest dopiero szósta, a tymczasem gdy dotarła do fabryki, okazało się, że jest mocno spóźniona. Gdy wróciła, poszła do sąsiadów sprawdzić. Okazało się, że poprzedniego dnia zegar stanął... Za drugim razem mamę obudziło pienie koguta. Wiedziała, że kogut pieje około piątej, więc cała zaspana ruszyła w drogę; kiedy jednak dotarła do pracy, dzień jeszcze nie wstał. Zapukała do drzwi stróżówki, a tam się okazało, że jest dopiero trochę po drugiej. Czyli została wyprowadzona w pole przez piejącego o północy koguta...
Później, gdy było trochę gotówki w zapasie, kupiliśmy mały budzik. Kosztowały zaledwie 5 yuanów, ale w tamtych czasach był to znaczny wydatek. Mając własny zegar nauczyliśmy się odczytywać godziny, rozróżnialiśmy wskazówki godzinowe, minutowe i sekundowe. Dawniej, gdy chodziliśmy pytać innych, nie znaliśmy się na zegarze. Gdy zaś zegary się upowszechniły, zegarki również spowszedniały. Wszyscy pracujący dorośli nosili zegarki, a rękawy specjalnie podwijali bardzo wysoko. Za kilka następnych lat zegarki nosili zarówno dorośli, jak i dzieci - od uczniów gimnazjów przez podstawówkowiczów aż po dzieci w przedszkolach. Dawniej nikt by nawet nie pomyślał, że to możliwe.
Każdy członek mojej rodziny posiada zegarek, ale nadal potrzebujemy zegara. Z przyzwyczajenia kontrolujemy czas właśnie przy pomocy zegara, na niego też zerkamy, gdy trzeba wieczorem zapędzić dzieci do łóżek. Jeszcze bardziej potrzebny jest rano - poprzedniego wieczoru nakręca się go i ustawia budzik, a o odpowiedniej porze dźwięk budzika stawia ludzi na nogi. Przed podróżą służbową, gdy trzeba zdążyć na pociąg czy na samolot, budzik jest najważniejszy. Wspomnienie czasów nie znających zegarów wywoła pewnie śmiech dzisiejszej młodzieży, a to najprawdziwsza prawda, a w dodatku - wcale nie są to czasy tak odległe, jak by się wydawało.
Przyznajcie się - macie w domach zegary? W moim domu rodzinnym był zegar wiszący, który trzeba było nakręcać. Wszyscy dorośli mieli zegary, a gdy nastał szał zegarków elektronicznych dla dzieci, dostałam prostą wersję i ja. Nosiłam ją z zapamiętaniem jakieś dwa tygodnie, żeby o niej następnie zapomnieć zupełnie - pianistki uprzedzane były, że przed grą na fortepianie należy zdjąć zegarki i bransoletki. Kłopot był z tym zakładaniem i zdejmowaniem. Miałam też budzik. Nawet kilka. Kojarzycie te takie małe budziki na baterie, które strasznie głośno tykały? Stał taki dziad w moim pokoju i tykał, a ja nie mogłam spać. Ze dwa czy trzy takie budziki wylądowały na ścianie, gdy nie mogłam już znieść tykania. A słyszałam je nawet, jeśli włożyłam budzik do szafy i nakryłam go swetrami...
Dziś też nie noszę zegarka. Mam jeden piękny, na specjalne okazje - zakładam, gdy pasuje mi do innej złotej biżuterii. A normalnie - zostaje komórka. A u Was jak to wygląda? Macie zegary czy opanowały Was komórki? :)
