2015-11-22

Zegarki i zegary

Dziś znów spotkanie ze wspaniałym Zhao Zhengwanem.

Gdy wspomnieć o zegarach - któż nas ich dziś nie ma? W czyimże domu brakuje czasomierza? Biorąc pod uwagę wysokość zarobków mieszkańców miast, zegarek od dawna już nie jest luksusem; wiele lat temu wszedł pod strzechy.
Jednak w Starym Kunmingu niewiele rodzin posiadało zegary, a zegarki były jeszcze rzadsze. Na naszej starej ulicy wśród rzeszy sąsiadów bodaj tylko w jednym czy w dwóch domach znajdowały się zegary, rzadkie jak rogi jednorożca i pierze feniksa. Skoro jednak nie było zegarków ani zegarów, jak sobie radzono z oznaczaniem czasu? Najpierwotniejszy sposób to ten z obserwacją cienia. Po obu stronach ulicy stały dawne domostwa, mniej więcej tej samej wysokości. Od rana do wieczora cień wędrował ulicą, a doświadczeni staruszkowie patrząc na kąt padania cienia wiedzieli od razu, która godzina i na co przyszła pora. Na przykład jeśli cień dotarł już na drugą stronę ulicy, to znaczy, że trzeba zacząć gotować ryż na kolację, a jeśli opiera się już tylko o dachówki - nastała pora kolacji. Oczywiście sprawa komplikowała się, jeśli dzień był pochmurny, a jeśli do tego padał deszcz, wszyscy byli kompletnie zdezorientowani. Jeśli jednak chciało się znać dokładnie godzinę, można było zapytać rodzinę, która posiadała zegar. U jednych sąsiadów wisiał wielki zagraniczny zegar, codziennie nakręcany. O każdej pełnej godzinie wybijał miłą dla ucha melodię. Niestety, był stary i chodził raz wolno, a raz szybko - a że nie było innego wzorca, po prostu zostawiano go w świętym spokoju. Zresztą w owych czasach punktualność nie była mocną cechą kunmińczyków; można się było z kimś umówić a i tak jedno- czy dwugodzinne spóźnienia nikomu nie robiły różnicy. Tak więc życiem wielu rodzin mieszkających przy tamtej ulicy rządził przez wiele lat właśnie ten stary, zdezelowany zegar.
W owych czasach moja matka pracowała na przedmieściach. W lecie i na jesieni, gdy dzień zaczynał się wcześnie, wystarczyło spojrzeć na niebo i już mogła z dużym prawdopodobieństwem ocenić, która godzina. Bardziej kłopotliwe było to w zimie, często zdarzały się pomyłki. Najbardziej mi w pamięć zapadły dwie historie. Za pierwszym razem mama została wprowadzona w błąd właśnie przez ten stary zegar - pokazywał on, że jest dopiero szósta, a tymczasem gdy dotarła do fabryki, okazało się, że jest mocno spóźniona. Gdy wróciła, poszła do sąsiadów sprawdzić. Okazało się, że poprzedniego dnia zegar stanął... Za drugim razem mamę obudziło pienie koguta. Wiedziała, że kogut pieje około piątej, więc cała zaspana ruszyła w drogę; kiedy jednak dotarła do pracy, dzień jeszcze nie wstał. Zapukała do drzwi stróżówki, a tam się okazało, że jest dopiero trochę po drugiej. Czyli została wyprowadzona w pole przez piejącego o północy koguta...
Później, gdy było trochę gotówki w zapasie, kupiliśmy mały budzik. Kosztowały zaledwie 5 yuanów, ale w tamtych czasach był to znaczny wydatek. Mając własny zegar nauczyliśmy się odczytywać godziny, rozróżnialiśmy wskazówki godzinowe, minutowe i sekundowe. Dawniej, gdy chodziliśmy pytać innych, nie znaliśmy się na zegarze. Gdy zaś zegary się upowszechniły, zegarki również spowszedniały. Wszyscy pracujący dorośli nosili zegarki, a rękawy specjalnie podwijali bardzo wysoko. Za kilka następnych lat zegarki nosili zarówno dorośli, jak i dzieci - od uczniów gimnazjów przez podstawówkowiczów aż po dzieci w przedszkolach. Dawniej nikt by nawet nie pomyślał, że to możliwe.
Każdy członek mojej rodziny posiada zegarek, ale nadal potrzebujemy zegara. Z przyzwyczajenia kontrolujemy czas właśnie przy pomocy zegara, na niego też zerkamy, gdy trzeba wieczorem zapędzić dzieci do łóżek. Jeszcze bardziej potrzebny jest rano - poprzedniego wieczoru nakręca się go i ustawia budzik, a o odpowiedniej porze dźwięk budzika stawia ludzi na nogi. Przed podróżą służbową, gdy trzeba zdążyć na pociąg czy na samolot, budzik jest najważniejszy. Wspomnienie czasów nie znających zegarów wywoła pewnie śmiech dzisiejszej młodzieży, a to najprawdziwsza prawda, a w dodatku - wcale nie są to czasy tak odległe, jak by się wydawało.
/赵正万,昆明忆旧 Zhao Zhengwan, Kunmińskie wspomnienia/

Przyznajcie się - macie w domach zegary? W moim domu rodzinnym był zegar wiszący, który trzeba było nakręcać. Wszyscy dorośli mieli zegary, a gdy nastał szał zegarków elektronicznych dla dzieci, dostałam prostą wersję i ja. Nosiłam ją z zapamiętaniem jakieś dwa tygodnie, żeby o niej następnie zapomnieć zupełnie - pianistki uprzedzane były, że przed grą na fortepianie należy zdjąć zegarki i bransoletki. Kłopot był z tym zakładaniem i zdejmowaniem. Miałam też budzik. Nawet kilka. Kojarzycie te takie małe budziki na baterie, które strasznie głośno tykały? Stał taki dziad w moim pokoju i tykał, a ja nie mogłam spać. Ze dwa czy trzy takie budziki wylądowały na ścianie, gdy nie mogłam już znieść tykania. A słyszałam je nawet, jeśli włożyłam budzik do szafy i nakryłam go swetrami...
Dziś też nie noszę zegarka. Mam jeden piękny, na specjalne okazje - zakładam, gdy pasuje mi do innej złotej biżuterii. A normalnie - zostaje komórka. A u Was jak to wygląda? Macie zegary czy opanowały Was komórki? :)

2015-11-21

mielec 胗

Czy wiecie, co to jest mielec?
No dobra, ułatwię. Chodzi o żołądek mięśniowy, część ptasiego układu pokarmowego (nie tylko ptasiego, ale u ptaków występuje ZAWSZE). Kojarzycie już? To ta część, w której przy pomocy piasku i kamieni żołądek rozciera żarcie na papkę. Ohyda, prawda?
Oczywiście, skoro jest to ohyda, to znaczy, że Chińczycy to jedzą. Nie tylko Chińczycy zresztą. Grilowane mielce to słynna przekąska Haiti i Azji Południowo-wschodniej. W Indonezji mielec i wątróbka są zawsze częścią smażonego kurczęcia. Duszone jada się w Portugalii, na Węgrzech - przyprawione papryką. W Stanach jada się marynowane żołądki indycze. Jada się je również w Japonii, Pakistanie, Nepalu itd.
W Chinach najpopularniejsze są kacze i kurze mielce smażone w głębokim oleju albo ugotowane w aromatycznym sosie. Oczywiście, istnieją również inne wersje, ale te dwie zdecydowanie wiodą prym. Ja, szczerze powiedziawszy, nie przepadam za wersją gotowaną. Nawet po wielu godzinach są one nadal twarde i ciężkie w gryzieniu. Zdecydowanie preferuję wersję "chipsową".
Wyobraźcie sobie, że sięgacie po aromatyczne, chrupiące, paprykowe chipsy ze świadomością, że do nie węglowodany, a czyste białko. Fajnie, co? :)

Składniki:
  • drobiowe mielce
  • dużo oleju
  • sól, chilli/papryka w proszku
Wykonanie:
  1. Po pierwsze, musimy przygotować mielce. Znajduje się w nich taka żółta błonka, którą koniecznie trzeba usunąć, inaczej mielce będą gorzkie. W tradycji chińskiej usuwa się je, a potem suszy i robi z nich lekarstwa, ale Wy możecie po prostu wyrzucić.
  2. Dokładnie myjemy, suszymy i kroimy na cieniutkie plasterki.
  3. Rozgrzewamy olej i smażymy w nim poplasterkowane mielce jak frytki.
  4. Po odsączeniu z tłuszczu przyprawiamy solą i papryką.
A teraz szepnę Wam na ucho tajemnicę: przyrządziłam tę potrawę tylko raz. Dlatego, że w Kunmingu w co drugiej tradycyjnej kunmińskiej knajpie podaje się nasze mielce smażone z chilli i drobiowymi jelitami jako przekąskę...

2015-11-20

白族扎染 bajskie nierównomiernie farbowane tkaniny

Podczas wycieczki do Dali zajrzeliśmy do jednej z pobliskich wioseczek słynących z "tie-dye". Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o to, że tkaniny się wiąże i farbuje, co skutkuje nierównomiernym zafarbowaniem tkaniny. Angielska nazwa nie tylko jest łatwiejsza niż polska, ale w dodatku jest idealnym tłumaczeniem chińskiej nazwy "dżaran" 扎染. Pewnie dlatego tak trudno mi się przekonać do wersji polskiej...
W tej części Yunnanu wioseczek słynących z dżaran jest bardzo dużo; jest to jedna z tradycyjnych bajskich sztuk. Tak, sztuk - bo efektem nie są dość obrzydliwe nierównomierne plamiska na tiszertach, a wspaniałe, precyzyjne obrazy.
Najpierw ręcznie się wiąże materiał w supełki,





czasem nawet podszywając tkaninę cieniusieńkimi igłami. W każdej manufakturze istnieją matryce najpopularniejszych wzorów - często najpierw się zaznacza zmywalnymi farbami wzory, a dopiero później wiąże supełki.

Następnie tkanina jest wielokrotnie farbowana przy użyciu naturalnych barwników. Dzięki temu wielokrotnemu farbowaniu, choć materiał dość chętnie "puszcza farbę", to i tak bardzo długo zachowuje kolor. Już nie mówiąc o tym, że z każdym następnym farbowaniem kolor jest głębszy i piękniejszy... Tą częścią zajmują się inni artyści, którzy m.in. wymyślają ciekawe połączenia kolorystyczne poprzez rozwiązywanie części supełków między jednym a drugim farbowaniem i dzięki maczaniu tkanin w kadziach z rozmaitymi barwnikami. 
Później zostaje już tylko rozwiązanie supełków i wysuszenie materiału.








Naszym oczom ukazują się obrazy zwierząt i kwiatów, "malowane" na bawełnie, lnie, welwecie, jedwabiu czy nawet sztruksie - przy czym trzeba pamiętać, że tylko te dwie pierwsze opcje są naprawdę tradycyjne. Tak samo, wybierając różnobarwne materiały, warto pamiętać, że te najbliższe tradycji zawsze będą miały tło w kolorze indygo i wzór całkowicie biały (czy też beżowy w wypadku lnu).
W manufakturach można nabyć wiele wspaniałości: całe komplety ubrań, zasłony, obrusy, szale, szmaciane torebki czy kapelusze, a nawet komplety pościeli. 
W dawnej chińszczyźnie technikę tę nazywano zhaxie 扎缬 albo jiaoxie 绞缬 czyli po prostu wiązanie węzełków, a efekt - materiałem ze związanymi kwiatami 扎花布. Ponoć pierwsze wzmianki o tej sztuce pochodzą już z II w.p.n.e.; z całą pewnością ubrania tworzone tą metodą były popularne za czasów państwa Nanzhao. Za czasów dynastii Tang bajski dżaran wędrował z innymi specjalnościami regionu aż do cesarza!
Najpopularniejszymi barwnikami są urzet barwierski, Strobilanthes cusia, bylica i tym podobne rośliny, porastające gęsto Błękitne Góry.

Wzory są zaczerpnięte głównie z otaczającej rzeczywistości: motywy zwierzęce (ryby, motyle), kwiatowe itd., ale zdarzają się też motywy mające źródło w bajskiej mitologii.
Jeśli kiedyś się wybierzecie do Dali, dajcie się namówić na wycieczkę do manufaktury dżaranów. No chyba, że jesteście mało odporni na piękno, a portfel macie pustawy - wówczas pod żadnym pozorem nie dajcie się namówić na taką wycieczkę! Nie znam bowiem nikogo, kto wróciłby z takiej wyprawy z pustymi rękami...

PS. Część zdjęć dzięki uprzejmości Turkusowej Cioci.