2015-10-03

Ryż z masłem i sosem sojowym バーター醤油ご飯

Opowiadałam Wam już o Nocnej Knajpie. To stamtąd wzięłam przepis na najlepszy ryż świata.

Składniki:
  • ugotowany do miękkości, gorący ryż dobrej klasy
  • łyżka masła
  • japoński sos sojowy/maggi
  • ewentualnie furikake

Wykonanie:
  1. ryż spulchnić i wsadzić do miseczki
  2. szybko nałożyć masło; poczekać aż się zacznie roztapiać
  3. polać odrobiną sosu sojowego - według własnych preferencji
  4. jeśli jest to dla Was zbyt mdłe, posypcie łyżeczką furikake.

Voilà!
Teoretycznie można podawać "do czegoś", ale według mnie jest ten ryż tak pyszny, że nie potrzebuje już żadnych dodatków.
Tak. To jest właśnie tak proste:

2015-10-02

uszka

Czy Wy też macie czasem takie dni, że podjęcie najprostszej decyzji jest prawie niemożliwe, nie wiecie, czego tak naprawdę chcecie, a Waszym najlepszym przyjacielem są kocyk, głupi serial i czekolada?
Ja orientuję się, że naprawdę jest źle po tym, że nie mam pomysłu na kolację. Jak wszyscy wiedzą, jestem nieprawdopodobnym łasuchem, który siłą powstrzymuje się od zmiany tego blogu w blog kulinarny. Więc jeśli któregoś dnia nie mam ochoty nawet jechać na mój ukochany targ, to znaczy, że jest naprawdę niedobrze. Zazwyczaj podpuszczam wtedy ZB, żeby to on coś upichcił i zazwyczaj działa. I jest pysznie, bo on świetnie gotuje.
W jeden z takich dni oboje zapadliśmy na niemoc twórczą. W sumie - wylądowalibyśmy w knajpie, gdyby nie to, że nawet na knajpę nie potrafiliśmy się zdecydować. W końcu stwierdziłam, że może poszlibyśmy do kantońskiej knajpki na pyszne uszka (znacie je zapewne jako wontony) w rosole, bo dawnośmy nie jedli. 
Gdyby to była kreskówka, byłoby widać żaróweczkę, zapalającą się nagle nad głową ZB. Uszka! Tak! Ale nie w knajpie, a w domu. Od dawna nie odwiedzaliśmy naszego ukochanego zakładu uszkarskiego, czas to naprawić! 
Rowerujemy po uszka; ponad pół godziny w jedną stronę, ale warto. Parkujemy przy ulicy; ja zostaję, by popilnować naszych Rumaków, a ZB idzie po uszka. Coś do mnie krzyczy, ale nie słyszę, za daleko. Pokazuje na palcach: trzy rozpostarte palce, potem cztery, potem pięć. Ach, pyta, ile uszek kupić! Pokazuję pięć - pięćdziesiąt uszek, piętnaście dla ZB i dziesięć dla mnie to jedna kolacja, czyli będą akurat dwie porcje; drugą się zamrozi i będzie na kiedy indziej. 
Czekam.
Czekam.
Długo coś; ale widzę, że pani się krząta, więc spokojnie czekam.
Podchodzi ZB. Dźwiga dwie torby.
"Fiu,fiu!" - zagwizdałam. - "Hojny dziś jesteś, dużo uszek kupiłeś".
- "Za pięćdziesiąt yuanów, dwieście sztuk." - mówi słońce moich oczu.
- "Ile?!" - myślałam, że się przesłyszałam.
- "No przecież sama mi pokazywałaś, że za pięćdziesiąt yuanów, specjalnie pytałem!" - ZB wyraźnie nie poczuwa się do winy. 
- "Ale ja myślałam, że pytasz o ilość sztuk, a nie o ilość pieniędzy, które masz wydać..." - odpowiadam stropiona i zastanawiam się na głos - "to co, przez miesiąc nie będziemy jeść nic innego na śniadanie? Tylko gdzie my je pomieścimy, zamrażarka już prawie pełna..." - szczerze powiedziawszy, miałam ochotę go ochrzanić. Tylko chłopu mogło wpaść do głowy kupno 200 uszek dla 2 osób. No ale już kupione, a on się zaczyna tłumaczyć - "naprawdę nie wiedziałem, ile tego będzie. Pani podała mi siatkę i myślałem, że to już, a potem podała jeszcze jedną, następną i jeszcze trzecią... A ja zapłaciłem na samym początku, to co, miałem powiedzieć, że się pomyliłem i zażądać zwrotu pieniędzy?" - no tak, utrata twarzy byłaby zbyt bolesna. Chłopy...
I wtedy mnie olśniło. - "Kochanie, pamiętasz, jak żeśmy o tych uszkach opowiadali Twoim rodzicom? Z tego, co pamiętam, mieliśmy ich kiedyś na nie zaprosić, ale chyba nigdy się nie udało, prawda?" - ZB kiwa głową, przeszczęśliwy, że nań nie narzekam. Już, już wyciąga komórkę i dzwoni do świekrów. Tak, są w domu. Nie, nie mają planów na kolację. Tak, chętnie spróbują pierogów. Ukradkiem wysyłam jeszcze SMS do szwagierki - ona jest zawsze chętna na kolację z nami. Jedziemy do świekrów objuczeni ponad dwoma kilogramami uszek. Po drodze zabieramy suszone wodorosty nori i suszone krewetki na zupę. A ja tłumaczę ZB, że ponieważ kupił 200 uszek, to robimy tak - gotujemy 60 - będzie akurat dla 5 osób, 40 zostawiamy świekrom, a 100 bierzemy do domu, bo tyle nam wejdzie do zamrażarki. No i mówię mu, że sam sobie będzie gotował, bo jak tyle nakupował, to niech się teraz męczy. A co. 
Siedzę więc w pokoju ze świekrem i mu tę historię opowiadam - nieopatrznie zapytał, co nas naszło, żeby ni stąd ni zowąd przywieźć im górę uszek, a ja opowiedziałam, nie szczędząc humorystycznych wstawek. W tym samym czasie słyszę z kuchni głośne wybuchy śmiechu - to ZB opowiada swojej mamie tę samą historię. 
ZB stoi przy garach, a świekra wchodzi do salonu, siada naprzeciwko mnie i mówi: "cieszę się, że jesteś żoną mojego syna. 
Wiesz, on mi właśnie opowiedział, jak zamiast 50 uszek kupił 200, a Ty, zamiast na niego nawrzeszczeć, natychmiast wymyśliłaś sposób poradzenia sobie z nadprogramowymi uszkami, przy okazji dając nam możliwość spróbować no i spotkać się z Wami. Potrafisz każdą głupotę (no umówmy się - 200 uszek?...) mojego syna przemienić w radość. Nie mógł lepiej trafić.".
Oczy mi zwilgotniały. Mam cudownego męża i wspaniałych świekrów. Każdy czas, który możemy spędzić razem, jest szczęśliwy, pełen uśmiechów i wzajemnego uczucia. 
Dzwonek do drzwi. Wchodzi szwagierka. - "Słyszałam, że dziś jest wyżerka, co to się stało?". Opowiadamy znów tę samą historię; piątka dorosłych ludzi siedzi przy stole i umiera ze śmiechu. 
To były najlepsze uszka w moim życiu.

2015-10-01

Uniwersytet Yunnański Yunnan University 雲南大學

Odkąd mieszkamy rzut beretem od mojego dawnego uniwerku, jest to moje ulubione spacerowe miejsce.
Dziwaczne to. Kiedy siedem lat temu przyjechałam do Kunmingu na roczne stypendium, nie wiedziałam, że życie zwiąże mnie z tym miejscem na dłużej. Odkrywałam nieznane, uczyłam się, chłonęłam, co mogłam. Codzienny spacer do szkoły z pieczonym erkuajem vel chińskim burrito w jednej łapce, a z podróbką kawy w drugiej; najpierw upały, potem spadające liście miłorzębu, później dojmujące zimno, a potem rozświergolenie - kampus tego uniwerku widział, jak wsiąkam w Kunming.
Żeby było śmieszniej, mieszkam teraz około 500 metrów od mojego pierwszego kunmińskiego mieszkania (tak, byłam burżujką i wynajmowałam mieszkanie, zamiast mieszkać w akademiku. Dla porządku: akademik mi się nie "należał" w ramach mojego stypendium, właśnie dlatego mieszkałam na zewnątrz kampusu). Chadzam tymi samymi uliczkami, niektórzy sprzedawcy nadal mnie pamiętają. By dojść nad Szmaragdowozielone Jezioro, przechodzę obok tego samego Collegium Novum.
To miejsce to moje przeznaczenie. Odkąd to zrozumiałam, moje życie stało się piękniejsze... i prostsze.
Zapraszam na spacer po kampusie Uniwersytetu Yunnańskiego.
Lojalnie uprzedzam, tych spacerów będzie więcej :)