2015-09-06

Yunnańska Akademia Wojskowa - muzeum 雲南陸軍講武堂博物館

Czekałam, psioczyłam, nadal czekałam, a pewnego dnia poszłam oprowadzać przyjezdną Polkę po centrum i bum! Okazało się, że muzeum już działa, tylko jakoś nikt o tym nie wie.
Weszłam i... wsiąkłam. Dwupiętrowe muzeum, parędziesiąt pokoi, parę przaśnych ekspozycji i - setki albo i tysiące wspaniałych, starych zdjęć. Życie codzienne szkoły, krótki kurs historii Yunnanu w pierwszej połowie XX wieku, życiorysy i mapki osiągnięć absolwentów. Stare filmy propagandowe. Dzienniki dyrektorów szkoły. Wszystko, co udało się zebrać lub zrekonstruować, włącznie z opakowaniami po rewolucyjnych papierosach i listami Ważnych Szyszek.
Muzeum jest genialne, a poza tym opatrzone (kulawymi bo kulawymi, ale jednak) angielskimi objaśnieniami. Jeśli chcecie liznąć trochę historii Yunnanu i zobaczyć, jak on dawniej wyglądał - to jest dobre miejsce.
A że całe lato w Kunmingu i tak leje, jest to doprawdy cudna alternatywa :)

2015-09-05

dorayaki 銅鑼焼

Czyli inaczej "ciasteczka Doreamona". To te, które na Tajwanie są sprzedawane pojedynczo i antyseptycznie opakowane. Takie z fasolowym nadzieniem, wyglądające trochę jak szmatolot kosmitów. Nazwa oznacza "upieczone na miedzianym gongu" (w wolnym tłumaczeniu, oczywiście!), ale całe szczęście nazwa nie wpływa na smak; jest za to związana z legendą, jak to wieśniak uratował życie samurajowi, a potem zbezcześcił jego oręż. Gdy pierwszy raz trafiłam na ciastko z nadzieniem fasolowym, sądziłam, że jest to również ostatni raz. Teraz jednak jest to dla mnie otulony miłymi wspomnieniami smak młodości. Niesamowite, co wspomnienia robią z człowiekiem...
Co jest nam potrzebne do nadzienia? Anko, czyli słodka pasta z czerwonej fasoli azuki. W tajemnicy powiem Wam jednak, ze jeśli nie macie akurat cholernie drogiej czerwonej japońskiej fasolki, to możemy się posłużyć inną. Oczywiście, oryginalna jest lepsza, ale... fasolka to fasolka, prawda?

Składniki:
-na nadzienie
*szklanka fasolki azuki
*parę łyżek cukru
*odrobina soli
-na ciasto
*szklanka mąki
*pół szklanki cukru
*proszek do pieczenia
*3 jajka
*kilka łyżek wody

Wykonanie:
1) fasolkę moczymy całą noc, a potem gotujemy do miękkości. Dawniej cudowało się z kilkukrotnym doprowadzeniem do wrzenia, ale teraz istnieją szybkowary, prawda? Osłodzić można przed gotowaniem albo już po. Ja wolę po, bo łatwiej zweryfikować ilość cukru, która nam dosłodzi pastę. Ja zaczynam od łyżki brązowego cukru i potem powolutku dodaję, aż smak mnie zadowoli.
2) ugotowaną fasolkę przecieramy/miksujemy z cukrem i studzimy.
3) jajka miksujemy z cukrem. Dodajemy proszek do pieczenia i wodę, a na końcu powolutku wsypujemy mąkę, cały czas miksując.
4) odstawiamy maziaję, by "odpoczęła", a my szukamy dużej patelni. Odpowiednia to taka, żeby się na niej zmieściło kilka łyżek ciasta jednocześnie - tak jest najefektywniej.
5) Na rozgrzany tłuszcz wlewamy łyżkę ciasta; konsystencja powinna być taka, żeby ciasto się samo rozlało w maleńki okrągły naleśniczek. Jeśli patelnia jest wystarczająco duża, gdy skończymy "skapywać" ostatni naleśniczek, pierwszy będzie już można odwrócić na drugą stronę, a gdy ostatni odwrócimy, pierwszy można już zdejmować z patelni :)
6) posmarować jeden naleśniczek pastą, a przy pomocy drugiego zrobić klapsznitę.

A resztę pasty fasolowej można zużytkować tak, jak radzi wiki.

2015-09-04

o dzieciach, wilkach i butach

Dziś w akcji Miesiąc Języków czas na język chiński. Czyli będzie można poczytać o Chinach z różnych perspektyw - kirgiskiej, włoskiej, niemieckiej itd. Tradycyjnie już linki podaję na dole wpisu. A u mnie dziś przypomnienie ciekawostki dialektu yunnańskiego, trochę makabrycznej, a trochę zabawnej.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam: 你的孩子很好看, 在哪里买的?(Twoje dzieci są prześliczne, gdzie kupiłaś?), spojrzałam na interlokutorkę jak na ufoludka, rozejrzałam się w poszukiwaniu ładnych dzieci, upewniłam się, czy to aby na pewno do mnie było i nadal byłam bezradna. Jakie znowu dzieci? Rozmówczyni westchnęła, przełamała żądzę mówienia dialektem kunmińskim i powtórzyła powoli i wyraźnie, prawie płynnym mandaryńskim: 你的鞋子, 好看得很, 在哪里买的? (Twoje buty, śliczne są, gdzie kupiłaś?), wskazując jednocześnie moje obuwie. Tak. W dialekcie kunmińskim buty xiezi (śjedzy) wymawia się haizi (hajdzy). Jak dzieci. Nie tylko zresztą w kunmińskim. Taka wymowa jest pamiątką po dawnym chińskim i została w kilku dialektach pochodzących z północy, a rozwijających się na południu, m.in. w Syczuanie czy Hunanie. Oczywiście, z czasem się przyzwyczaiłam, choć gdy słyszę te nieszczęsne haizi, zawsze wyobraźnia mi podpowiada przeciekawe obrazy: a to wypatroszone niemowlęta, owinięte wokół stóp, a to dzieci z wypastowanymi noskami i przybitymi ćwiekami... Ja i moja wyobraźnia jesteśmy jednak małymi pikusiami w porównaniu z Chińczykami.
Z dawien dawna istniało w chińskim powiedzenie: 舍不得鞋子套不住狼 - w wolnym tłumaczeniu: nie schwyta wilka, kto oszczędza buty. Że polując na wilka trzeba się za nim nachodzić, a jeśli się człowiek nie chce narazić na straty, to z polowania nic nie wyjdzie. Takie "kto nie ryzykuje, szampana nie pije". Albo i "nie można zjeść ciastko i mieć ciastko". O kosztach, które trzeba ponieść, by coś osiągnąć, po prostu. Jakiś idiota usłyszał to przysłowie najwyraźniej będąc w Kunmingu albo w innym Chengdu i zapisał jako 舍不得孩子套不着狼. Że komu żal dziecka, ten wilka nie schwyta. Ba, poszli dalej. Tak dalece weszło w język poświęcanie dziecka dla schwytania wilka, że potworzyli rebusy dla tego powiedzenia. Wystarczy powiedzieć 婴儿当诱饵 (niemowlę na przynętę), by każdemu właśnie to powiedzenie stanęło przed oczami.
Pięć tysięcy lat kultury chińskiej - powiedzenie o poświęceniu dziecka jako zupełnie normalnej cenie za złapanie wilka, bo najpierw jakiś idiota nie odrobił lekcji o języku, a reszta Chińczyków, zamiast to od razu wyłapać i zniwelować, poszła za tym i w ich mózgach to powiedzenie nie jest dziwne ani przerażające...
"powtarzaj za dziadkiem: dziecko"

A tu Chiny z innych perspektyw:
Kirgiski: O języku kirgiskim po polsku - Kirgizi w Chinach
Niemiecki: Niemiecka Sofa - Niemieckie Chinatown; Językowy Precel - John Rabe