2009-04-04

Ujgurzy 維吾爾

Wracam sobie wczoraj z Linzi z herbaciarni. Późna noc - ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie... a my głodni nieprawdopodobnie. Moja kochana ulica, zazwyczaj tętniąca życiem i płynąca zapachami, wyludniła się. Widać tylko grupkę nosatych facetów zaraz naprzeciwko mojego domu. Siedzą przy stoliku przed zamkniętą knajpą i piją. Kiwam im przyjaźnie głową, bo poznaję właściciela knajpy z naprzeciwka. Wprawdzie jeszcze nigdy tam nic nie jadłam, ale przechodzę kilka razy dziennie i się znamy z widzenia, dlatego kiwam. Poza tym świetne chlebki naan tam sprzedają.
Idziemy z Linzi dalej w stronę światła (może jakaś knajpa jest jednak czynna?) gdy nagle jeden z nosatych podbiega z krzykiem. Zaczyna potrząsać naszymi rękami i nas zapraszać do stołu. Domyślili się widocznie, że głodniśmy jak psy.
Siadamy. Wręczają nam talerze. Zaczynają do mnie mówić. Ja nic nie rozumiem. Dopiero jeden przytomny się znalazł i zaczyna do mnie mówić w MOIM chińskim: skąd jesteś? Mówię, że z Polski. I dopiero wtedy zrozumieli, że nie jestem jedną z nich...
Bo Ujgurzy maja białą skóre, zarost, długie nosy i wyglądają bardziej jak Turcy niż Chińczycy.
Nie okazali rozczarowania, że do nich nie należę. Okazało się, że jeden ma matkę Rosjankę. Drugi ma szwagra Yi, więc się szybko dogadał z Linzi. Zostaliśmy nakarmieni, napojeni, nastąpiła uroczysta wymiana numerów telefonów, a potem mi powiedzieli, że jeśli mi smakuje, to może bym kiedyś jednak wpadła za dnia do knajpy na jakiś obiad? Wróciliśmy do domu dwie godziny później, Linzi nawet nie zdziwiony, że obcy ludzie nas zaprosili na kolacje (u nich na wsi to normalne). A ja... Ja uważam, że TO są prawdziwe Chiny. Nie wielka polityka, nie wredne żółtki, które nawet litery "r" porządnie wymówić nie potrafią, nie kanciarze chcący zarobić na każdym obcokrajowcu, nie kurduple z lizusowatym fałszywym uśmiechem. Prawdziwe Chiny to jest moment, kiedy już jesteś "swój" i dlatego dostajesz coś za nic. Idziesz ulicą i ktoś Cię zaprasza na kolacje, ktoś Ci coś ofiarowuje, dlatego ŻE TAK! I jeśli Ty też jesteś Chińczykiem, odpowiesz dokładnie tym samym.
Ja jestem Chińczykiem. Jutro idę do nich na obiad i zabieram ze sobą znajomych.

2009-04-03

nowa pracownica herbaciarni 茶館服務員

Podczas wystepu inaugurujacego moja wspolprace z herbaciarnia samo pojawienie sie bialej w qipao 旗袍 powodowalo burze oklaskow ;) Gdy pojawila sie 白族 (Biala mniejszosc - bardzo biala, trzeba przyznac :D), to juz bylo owacyjne tsunami :D


A gdy jeszcze sie okazalo, ze potrafie parzyc herbate...


... to sobie sami sprobujcie wyobrazic :D
穿著旗袍, 穿著白族服裝... 我認為自己很一般, 但是看來華人真的非常非常喜歡我這個樣子 :D

2009-04-01

おまえが世界をこわしたいなら 藤原薰

Czyli manga o wampirce przez przypadek autorstwa Kaoru Fujiwary (pojęcia nie mam, jak odmieniać Japończyków, zwłaszcza, że po imionach i nazwiskach nie odróżniam płci). Trafiłam na nią w przydrożnym zakładzie kserograficznym i z miejsca kupiłam, przypominając sobie stare, dobre czasy, kiedy to wraz z Satoshim przeszukiwaliśmy szczegółowo wszystkie możliwe antykwariaty w poszukiwaniu mang pozbawionych zbędnych dialogów (mój ówczesny poziom chińskiego nie pozwalał na czytanie czegokolwiek posiadającego TREŚĆ ;)).
Tutaj nie ma antykwariatów. Znaczy: teoretycznie nie ma. Jest za to miliard zakładów kserograficznych, w których można książki wypożyczać za opłatą. Albo kupić, ale to nie jest napisane, to tylko po dogadaniu się z właścicielem. Oferta nie jest przesadnie bogata. Mangi, tutejsze harlequiny, bajki. W sam raz dla mnie.
Zaczytałam się. Ładna kreska, tradycyjne krzaki (wydanie hongkongijskie), prawie nie zniszczone trzy tomy zabawy. A dla Was mam niespodziankę: jeśli chcecie sobie poczytać po polsku, można tutaj.
A tak swoją drogą to idiotka ze mnie. Przecież w lipcu wracam do Polski. Po cholerę cokolwiek kupuję??!!... :(
我買了二手的<<吸血少女>>. 我喜歡日本漫畫. 每一次看的時候我就想起來在臺灣快快樂樂的日子... 我喜歡紙的味道, 聲音, 我喜歡書的樣子... 所以我還是買了那三本... 愚蠢的小颱, 七月不得不回波蘭, 幹嘛買東西呢... :(