blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2018-07-19

Hekou 河口

Hekou znaczy dosłownie "usta rzeki". Czyli jej wylot, ujście. W tym konkretnym przypadku ujście dorzecza Rzeki Czerwonej dało nazwę chińskiemu miasteczku, graniczącemu z Wietnamem. Tuż po drugiej stronie Rzeki Czerwonej znajduje się bowiem Lào Cai, doskonale widoczne z Hekou.
A przecież nie zawsze Hekou się tak nazywało i nie zawsze było graniczne. Dziesiątki razy te okolice były na zmianę zdobywane przez Chińczyków i przez "południowych barbarzyńców", czyli te ludy, które dziś są Wietnamczykami albo którąś z licznych mniejszości etnicznych Chin bądź Wietnamu. Dopiero za panowania Daoguanga (pierwsza połowa XIX wieku) miasteczko otrzymało swą nazwę, a jeszcze później (w 1897 roku) - stało się siedzibą wojskowych, mających pilnować porządku na granicy. Po wojnie chińsko-francuskiej zawładnęli nim Francuzi, przez co Hekou stało się portem handlowym oraz ważnym przystankiem na trasie zaprojektowanej przez Francuzów kolei yunnańsko-wietnamskiej.
A później Francuzi sobie poszli, zostawiając po sobie parę budynków, przystanek kolejowy i właściwie nic więcej - dziś nie uświadczysz w Hekou ani jednej zachodniej restauracji, ani jednej piekarni z bagietkami, nic!
Znacznie później Hekou i całe województwo Honghe stało się tematem numer jeden z racji wojny chińsko-wietnamskiej. Trzeba powiedzieć, że chociaż dziś stosunki chińsko-wietnamskie wydają się znormalizowane, drobne wrogie incydenty zdarzają się dość często. A to Wietnamczyk powie, że Chińczyk to brudas, a to Chińczyk stwierdzi, że Wietnamczycy zawsze kłamią i jeszcze są brzydcy jak małpy... Różnie bywa. Wiem, że Chińczycy do dziś mają do Wietnamczyków żal o wkraczanie na chińskie terytorium i zabijanie cywilów (niektóre wiejskie tereny Honghe do dziś są usłane niewybuchami itp.). Ale na tle tych rozmaitych konfliktów akurat Honghe wygląda całkiem nieźle. Most na Rzece Czerwonej wypełniony jest kursującymi w obie strony mróweczkami - tak chińskimi, jak i wietnamskimi. W Hekou można bez problemu kupić wietnamskie kapelusze czy przekąski, a w sąsiednim Lào Cai - chińskie ubrania czy leki. Poza etnicznymi Chińczykami i Wietnamczykami, żyje tu dużo innych grup etnicznych: Hani, Yao, Miao, Zhuang, Yi... Może właśnie ta różnorodność etniczna pozwala im się jakoś dogadywać.
Tutejsi ludzie żyją z uprawy ryżu oraz owoców tropikalnych (głównie różnych gatunków bananów oraz ananasów i trzciny cukrowej) a także wydobycia i obróbki marmuru oraz kopalni antymonowych. Hoduje się tu zwłaszcza ryby i żółwiaki (mniam!). Nie hoduje się za to leniwców*, które dawniej zwisały z każdego drzewa, a teraz trzeba się bardzo postarać, żeby na jakiegoś w ogóle trafić. Sporo za to mieszka tu dużych wężów i jaszczurek, więc uważałabym podczas spacerów w dzikim tropikalnym lesie.
Samo miasto liczy zaledwie niespełna 40 tysięcy mieszkańców - w skali Chin jest to wiocha z trzema ulicami na krzyż. Tak. Ale na tych ulicach można znaleźć wiele ciekawostek.
Po pierwsze: stęsknieni za Wietnamem znajdą tu iście wietnamski koloryt - ulice wysadzane palmami, budyneczki w europejskim stylu, dużo skuterów i tuk-tuków, a także ludzi w pięknych trójkątnych kapeluszach. No i - wszystko dwujęzycznie podpisane, bo docelowo służące i Chińczykom, i Wietnamczykom.
Po drugie - bogactwo tropikalnych owoców: świeże owoce chlebowca, słodziutki flaszowiec, miękkie i soczyste gruszle, o bardziej "zwykłych" bananach i ananasach prosto z drzewa nawet nie wspominając.
Po trzecie - jedzenie. Poza zwykłymi chińskimi knajpami, jest też kilka (stosunkowo niedużo, ale da się znaleźć) regionalnych, podających jedzenie z Hekou i rozmaite wietnamskie przekąski. 
Zachęciłam Was do wycieczki? :)

*chodzi o leniuchy ospałe, czyli inaczej lori.

2 komentarze:

  1. Zachęciłaś. Zwłaszcza tyminnadrzewnymi ananasami - bo takie rosną chyba tylko tam :-))
    A serio - bogaty, piękny opis. W zupełności zaspokaja moją ciekawość świata, bo (delikatnie mówiąc) nie mam w stosunku do świata ciągot poznawczych a la trzylatek poznający świat macając i kładąc wszystko do buzi, więc bardzo lubię takie opisy i wystarczają mi one. Oczywiście - tylko tak dobrze zredagowane i ciekawe, jak Twoje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no dobra, ananas prosto z drzewa nie jest zbyt szczęśliwym pomysłem, ale wszyscy wiedzą, że chodzi o pierwszy stopień świeżości, więc już go zostawię... Dzięki!

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.