W Chinach jest odpowiednikiem poroza. To znaczy, jesli jakas kobitka zalozy mezowi zielona czapke, to znaczy, ze mu rogi przyprawila :) A bylo tak:
Dawno, dawno temu (musialo to byc naprawde dawno, bo juz za dynastii mongolskiej zielone nakrycie glowy bylo kojarzone z tym eufemizmem :P) byla sobie szczesliwa kupiecka rodzina. Kupiec, powazna acz niezbyt rozgarnieta persona, wyjezdzal czesto w interesach, co na interesy mu pomoglo, ale na wiernosc zony nie bardzo. Ladna byla, bestia, wiec nie dziwota, ze nie widzac meza, wszyscy przystojniacy z okolicy proponowali swoje towarzystwo. A ona... coz. Widac nie bez powodu nazwali nas slaba plcia - nie potrafimy (a moze nawet wcale nie chcemy :P) walczyc ze swoimi zadzami. Ona nie walczyla. Wybrankiem zostal sprzedawca materialow. Pojawial sie, gdy maz wyjezdzal z miasta, a znikal gdy maz wracal. Ale razu pewnego maz zniknal na jeden dzien tylko, przez co sprzedawca musial wytrzec wlasnym cialem kurz spod lozka wybranki :) Stad genialny pomysl - malzonka zrobila zielona czapeczke z materialu dostarczonego przez kochanka i zakladala ja na glowe mezusia tylko przed dluuuuugimi podrozami :)
Ale to tylko jedna z wersji. Kolor zielony generalnie sie Chinczykom niespecjalnie dobrze kojarzy - m.in. dlatego, ze za dynastii mongolskiej, gdy wszystkie kolory byly skatalogowane (na przyklad dla cesarza byl "od zawsze" przeznaczony kolor zolty i jesli ktos nieuprawniony sie na zolto ubral, umieral w strasznych meczarniach), na zielono ubieraly sie dziwki i... muzycy, czyli jakby na to nie patrzec, nagorsze talatajstwo :D
我們在波蘭代表一樣的意思的說法就是: 把鹿角添給丈夫. 來源是: 有一位英國國王(按照傳說是亨利七世), 他特別喜歡追女士. 如果那位女是已經有丈夫的話, 那就沒有機會跟她...交朋友 ;) 那, 國王不但讓她的丈夫可以在國王私人的森林裡打獵, 而且給他們選新的紋章 - 紋章上有鹿角, 表明可以在國王的森林裡打獵.
2009-03-15
2009-03-14
Ty Chen Shimeiu ty!... 你是個陳世美!
Chen Shimei to taki niby chiński Casanova. Tylko, że po pierwsze Casanova wsławił się był ilością, a Chen Shimei tylko perfidią, a po drugie jest cała masa mężczyzn, którzy się cieszą jak dzieci, gdy się ich do Casanovy porówna, a nie ma chyba ani jednego Chińczyka, który chciałby zostać nazwany Chen Shimeiem.
Historia zaczyna się niewinnie: uboga rodzina Chen Shimeia (陳世美) i jego cudownej żony Qin Xianglian (秦香蓮) wychowuje dwójkę dzieci i zajmuje się rodzicami małżonka, starymi i niedołężnymi. Chłop nie wytrzymał nerwowo i stwierdził, że jest biedny, ale nie głupi, i że czas najwyższy przystąpić do egzaminów cesarskich. Zaczął się przygotowywać, a to oznacza, że odtąd wszystkie obowiązki spadły na głowę żony. Ona jednak z poświęceniem utrzymywała dom, mając nadzieję, że gdy mężulek wróci po zdanych (oczywiście!) egzaminach, zrekompensuje jej to zarówno emocjonalnie, jak i materialnie. Że to drugie nie było dla niej najważniejsze, widać było choćby po pożegnaniu: On mówi, że wróci, gdy tylko obejmie jakieś sensowne stanowisko po zdanych rewelacyjnie egzaminach, a Ona na to - wracaj szybko, bez względu na to czy zdasz, czy nie, bo cała rodzina będzie za Tobą tęsknić...
Trzy lata mineły. Chłopa ani widu, ani słychu. Wybrałaby się żonka do stolicy, żeby sprawdzić, czy w ogóle na te egzaminy dotarł, czy też został pożarty przez wilka podczas przeprawy przez ciemny las... Ale stolica daleko, koszt podróży ogromny, a tu jeszcze teściami się trza opiekować i dzieci odchować. Mało tego: po strasznej suszy nadszedł głód, a z nim i choroby. Wysprzedała wszystko, co miała, by leczyć teściów i dzieci. Nadszedł jednak dzień, gdy wszystko zawiodło - starsi ludzie odeszli na zawsze, a ona za ostatnie zaskórniaki wyprawiła pogrzeb. Przez myśl jej nie przeszło, że mąż to skończony skurczybyk; przeciwnie, miała nadzieję, że zdał egzaminy, że dostał pracę - i że po prostu jest zbyt zajęty, żeby odwiedzić dom rodzinny. Że gdyby wiedział, że cierpią nędzę, gdyby wiedział, że rodzice zmarli - na pewno by wrócił...
Razu pewnego, gdy wyszła na żebry, spotkała sąsiada. Właśnie wrócił ze stolicy i stwierdził, że widział tam swojego dawnego kumpla, Chen Shimeia. Och, czyli on żyje! Ucieszyła się żona. Chwilę później sąsiad zgasił uśmiech na jej twarzy - tak, żyje i miewa sie dobrze. Nawet świetnie! Bo niby jakże się ma miewać zięć cesarza?!
Jak się okazało, facet faktycznie miał łeb nie od parady - nie tylko zdał egzaminy, ale zdał je tak dobrze, że cesarz ofiarował mu cesarstwo i pół księżniczki... ekhm... to znaczy, swoją córkę mu ofiarował i stołek gdzieś na samej górze tej piramidy władzy.
Spakowała więc kobita tobołki i razem z dziećmi ruszyła do stolicy. Nawet jeśli nie żeby nastukać baranowi, to przynajmniej prosić, aby sie zaopiekował własnymi dziećmi. On, ujrzawszy małżonkę z dziećmi, przyjął ich z otwartymi ramionami? A skąd! To byłoby zbyt piękne, ale również zbyt nieprawdopodobne. Wyrzucił ich, oczywiście, za drzwi. Bo któż by chciał wkurzyć cesarza faktem, że zataił małżeństwo zawarte przed poślubieniem jego córki? I któż by chciał zamienić siekierkę na kijek? Stracić wszystko, nic nie zyskać - no na to ten wykształciuch nie mógł sobie pozwolić.
Ale żona nie w ciemię bita, zobaczywszy lektykę pierwszego ministra, zatrzymała ją padając na kolana i błagając o sprawiedliwość. Minister próbował załatwić sprawę po dobroci - to znaczy wysłał kobitkę do męża w przebraniu śpiewaczki. Ona zaśpiewała ich własną historię i zamiast wzruszyć kamienne serce męża, została przez niego dość ostro spacyfikowana. Mało tego: gdy już ją, pobitą, wygnał z pałacu, nasłał na nią skrytobójcę. Ten jednakowoż nie mógł zabić niewinnej kobiety z dziećmi (pewnie mu kodeks moralny morderców nie pozwolił), a że nie mógł się też przyznać do niepowodzenia misji, popełnił samobójstwo. Qin Xianglian natomiast ruszyła do niezależnego sędziego Bao Gonga. Jak bardzo był niezależny - i jak sprawiedliwy - widać po wyroku. Mimo pozycji zięcia cesarskiego, Chen Shimei został skazany i ścięty.
Dziś, wskazując niestałego faceta, który by najchętniej zmieniał kobiety jak rękawiczki, mówi się doń właśnie tak, jak w tytule.
tonyhalikowanie 遊行四方
Zwane również obieżyświatowaniem - było w Chinach ważne. Ba, mogło stanowić wstęp do wspaniałej kariery!
Ale od początku. Jak powszechnie wiadomo (jeśli coś jest w wikipedii, to znaczy, że wszyscy o tym wiedzą), żeby zrobić w cesarskich Chinach karierę, trzeba było zdać egzamin cesarski. System taki ustanowiono w siódmym wieku naszej ery (kiedy w kniei wśród zawiei protoplasta Polski); był o tyle demokratyczny, że teoretycznie każdy mógł do egzaminu przystąpić i o tyle feudalny, że tylko bogatych było stać na naukę. Oczywiście, Chińczycy cieszą się jak dzieci, że niektórzy biedacy faktycznie zrobili w ten sposób karierę i dostali się do najwyższych kręgów władzy państwowej, ale właśnie fakt, że te nazwiska są pamiętane, świadczy najdobitniej o tym, że było to zjawisko rzadkie.
Jednak świat od zarania dziejów obfitował w ludzi takich jak ja - którym się nie chce uczyć na pamięć różnych głupot, którzy nie lubią egzaminów, a którzy i tak chcieliby dobrze zarabiać. Doskonałym przykładem może służyć Li Bai. Choć był bogaty, choć otrzymał staranne wykształcenie, choć już we wczesnej młodości uznano go za geniusza, stwierdził, że podchodzenie do egzaminów państwowych byłoby poniżej jego godności. Zresztą, w ogóle przygotowywanie się solidne do czegokolwiek nie było jego priorytetem. W przeciwieństwie do takiego na przykład Du Fu, który w celu znalezienia odpowiedniego rymu mógł nie spać i nie jeść, Li Bai pisał co mu ślina na język tusz na pędzelek przyniósł, zazwyczaj po pijanemu (praszczur Gałczyńskiego?...). Dlatego zamiast się solidnie pouczyć, włóczył się po kraju. Za Tangów bowiem ceniono nie tylko tych, którzy potrafili napisać idealnie skomponowane wypracowanie i wiedzieli wszystko o Konfucjuszu, ale też tych, którzy posiadali wiedzę życiową - potrafili zrobić coś konkretnego, liznęli geografii i umieli słuchać ludzi. Można było dostać stanowisko za taką właśnie wiedzę. Patrzcie, tyleset lat temu Chińczycy odkryli to, co Zachodowi teraz powoli zaczyna trafiać do pustych mózgownic - że papierek nie gwarantuje wiedzy, a wiedza niekoniecznie musi zostać opapierkowana i ostemplowana... I to jest meritum mojej wypowiedzi. Ale ponieważ wiem, że wszyscy z niecierpliwością czekają na ciąg dalszy historyjki o poecie, będę kontynuować.
Po wielu latach podróży Li Bai uznał, że się już dość naumiał i pojechał do cesarza. Cesarz go polubił i w zasadzie mógłby mu nawet ofiarować stanowisko, ale Li Bai się urżnął przed audiencją (pociąg do alkoholu jest u mnie może nie aś tak widoczny, jak u niego, ale...) i główny eunuch pałacowy odradził powierzanie moczymordzie jakiejkolwiek funkcji. I tu druga pointa: alkohol jest Twoim największym przyjacielem, zawsze i wszędzie. Gdyby się nie był urżnął, musiałby resztę życia spędzić wśród intryg pałacowych na pisaniu takich wierszy, jakich by sobie życzył cesarz, a dzięki zaawansowanemu alkoholizmowi do końca życia pozostał wolny. Może właśnie dlatego pozostał jednym z najważniejszych poetów chińskich?
Subskrybuj:
Posty (Atom)