2013-07-03

有朋自遠方來 przyjaciele z dalekich stron

Przyjechali.
Dobrze zrobili. Towarzystwo osób, które pierwszego dnia zakupów zostawiają w księgarni kilkaset złotych, jest zawsze mile widziane. Przy okazji ja też nabyłam książkę, taką konkretnie:
Uwielbiam chińskie znaki! Kocham się o nich uczyć! Jestem krzakofilem :)

2013-07-02

Świątynia Żółtego Smoka 黃龍寺

Jeśli zaufacie przewodnikom, nigdy się o niej nie dowiecie.
Mielibyście trochę więcej szans, jeśli będziecie uważnie przyglądać się brązowym tablicom, informującym o atrakcjach turystycznych.
Najlepiej jednak zrobicie, jeśli jadąc ze Zbudowanej Wody do Tuanshan będziecie wyglądać czerwonego muru uwieńczonego chińskimi żółtymi dachówkami. Właśnie za tym murem znajduje się mały staw przyświątynny. Ludzie go nazywają Smoczym Stawem 龍潭 i choć nie wygląda szczególnie imponująco, to właśnie on uratował życie setkom ludzi. Źródło tryskające na dnie stawu nigdy bowiem nie wyschło, a krystalicznie czysta, lodowata woda stała się błogosławieństwem dla mieszkańców cierpiącego wiele lat suszę regionu.
Legenda głosi, że dawno temu w miejscu tym nie było pól uprawnych czy lasów - brakowało wody, która ożywiłaby teren i sprowadziła rośliny, zwierzęta i ludzi. Razu pewnego właśnie nad tym zapomnianym przez bogów kawałkiem lądu zagrzmiało i nastała trwająca kilka dni ulewa. Gdy się skończyła i wstał piękny, słoneczny dzień, z wnętrza góry wytrysnęło krystalicznie czyste źródło, szerokie jak dorosły byk. Od tysięcy już lat źródło to trwa, wypełniając staw; zmieniają się pory roku i rzeźba terenu, ludzie przychodzą i odchodzą, umierają i się rodzą - i tylko źródło i staw trwają niezmiennie. To właśnie jest Staw Żółtego Smoka 黃龍潭.
By podziękować bóstwu za wodę i za życie, za czasów dynastii Ming na szczycie góry, u której stóp tryska źródło, zbudowano świątynię buddyjską, którą oczywiście nazwano Świątynią Żółtego Smoka. Świątynia oparła się o zbocze góry; nie ukazuje walki z żywiołem i zwycięstwa cywilizacji nad naturą, a wspaniale łączy człowieka z naturą. Żaden dziedziniec nie jest idealnie równy, żadne dwie kapliczki nie znajdują się na dokładnie tym samym poziomie. Świątynia jest nieduża, ale znajduje się w niej wszystko, co trzeba - można błagać o wysłuchanie Obserwującą Dźwięki, można prosić o bogactwo Wajśrawanę, można dziękować Buddzie za mądrość, którą przysłał przed dobrze zdaną maturą.
Gdy zmusiłam ZB do pójścia tam ze mną, zaskoczeni byliśmy obecnością ludzi. Nie zwiedzających - jak już mówiłam, turyście ciężko tu trafić. Nawet mniszki nie były dla mnie zaskoczeniem, choć zaciekawiło mnie, że w Kunmingu ciężko już o ogolone kobiece głowy, o mniszki odziane w szaty, które same szyją, o mniszki żyjące skromnie i w oderwaniu od świata, faktycznie powstrzymujące się od spożywania mięsa i napojów wyskokowych. Szacunek, którym miejscowi otaczają te mniszki nie jest udawany i nie jest służalczością wobec osoby dzierżącej władzę. Dary to nie sztuczne jabłka czy pełny portfel, a codziennie przynoszone owoce, warzywa i ryż. Tych kilka mniszek, mieszkających w świątyni na stałe nie zapomniało jeszcze, dlaczego się idzie na służbę Bogu. Dlatego pokochałam to miejsce, dlatego spędziliśmy tam tyle czasu, dlatego nie odważyłam się przeszkadzać fotografowaniem w rytuałach i modlitwach. Ta świątynia na końcu świata nadal żyje. Mam nadzieję, że tak zostanie.
Nadzieja ta nie jest paranoiczna. Życia tych ludzi nie zniszczyło wybudowanie przez władze centrum rozrywki "Staw Żółtego Smoka", które, żerując na legendzie, pokazuje świeżozbudowany zalew wraz z basenami, stoiskiem wędkarskim i spa jako TEN Staw Żółtego Smoka...
W moim albumie zdjęć z tej świątyni jest niewiele. Spokój tego miejsca i ludzi, jego ciche piękno nie pozwoliło mi na obfotografowanie go z każdej możliwej strony. Więcej zdjęć znaleźć można za to w chińskim wpisie blogowym, na który przypadkiem trafiłam.

2013-07-01

Śliwkowa Czystość

Od ponad roku chodzę z ZB na badmintona. Od ponad roku spotykam tę grupę. Znają mnie, widują raz albo dwa w tygodniu, byli na naszym weselu, ale nadal się do mnie raczej nie odzywają. Nie są nieuprzejmi, skądże - odkiwują głowami na powitanie, żegnają się, uśmiechają, ale rozmawiają tylko ze sobą nawzajem, w dodatku w dialekcie kunmińskim, więc dla mnie nie do końca zrozumiale. Przyzwyczaiłam się, nie irytuje mnie to, wiem, że oni się znają od wieków, a ja jestem nowa. Nie narzucam się, nie zmuszam do rozmowy. Na wszystko przyjdzie czas.
Przyszedł. Śliwkowa Czystość, piguła ze świetnym forhandem, dość nieśmiało zaczęła mnie zagadywać. Nie odwróciła się w moją stronę, żeby nie musieć patrzeć mi w oczy - pewnie ją to peszy. Pyta, jak poznałam Pana i Władcę. Opowiadam historię, po raz tysięczny zresztą. Zazwyczaj powoduję gromkie wybuchy śmiechu; Śliwkowa Czystość nie wybucha, ale kąciki ust podnoszą się we właściwym kierunku. Bariera przełamana. Rozmawiamy dalej, o wszystkim i niczym, jak to kobiety mają we zwyczaju.
"Podziwiam ZB - mówi. - To, że się tak dobrze dogadujecie. Ale chyba najbardziej to podziwiam jego rodziców. Mówisz, że Cię polubili, prawda? Patrz, jacy są otwarci, zdołali Cię zaakceptować, choć nigdy nie byli poza Chinami, choć ich syn całe życie tu mieszkał.
Widzisz, ja mam siostrzenicę i siostrzeńca na Zachodzie. Ona ma lat 28, on 25, oboje skończyli studia i chcą tam zostać i ułożyć sobie życie. On jeszcze nie ma nikogo na stałe, ale ona znalazła sobie chłopaka, też obcokrajowca. I kiedy ostatnio cała rodzina się zebrała, końca nie było narzekaniom, że zamiast znaleźć kogoś "naszego", próbuje szczęścia z kimś obcym. Moja siostra mówi wprost, że nie wyobraża sobie tego związku - choć przecież kontakty będą sporadyczne, bo siostrzenica tam, a my wszyscy tutaj. Dla mojej siostry jest niewyobrażalne, żeby tego obcokrajowca widywać raz do roku, żeby go zaakceptować jako odpowiedniego partnera dla córki, choć przecież nawet go jeszcze nie poznała, nie wie, jaki to człowiek. A przecież, jak mówisz, i Twoi rodzice polubili ZB, i jego rodzice Ciebie. Dzień w dzień musicie sobie radzić z różnicami kulturowymi i daliście radę. Ja bym chyba tak nie mogła. Jesteście bardzo odważni".
Zamilkłam na chwilę. Nie patrzyłam nigdy na decyzję o pozostaniu w Chinach jako na akt odwagi. Tym bardziej nie zdawałam sobie sprawy, że małżeństwo akurat ze mną może być przez kogokolwiek rozpatrywane jako groźne i tej odwagi wymagające.
Spojrzałam na Śliwkową Czystość z uśmiechem. Odpowiedziała tym samym, mając już odwagę patrzeć mi w oczy. Chyba znalazłam nową koleżankę :)