2012-12-31

yellow個屁!

Uczę trzylatki kolorów. Biorę drewniane klocki i obiecuję, że ta osoba, która powie poprawnie, jakiego koloru klocek trzymam w dłoni, będzie mogła wziąć udział w następnej zabawie. Po czym zaczynam obchodzić klasę z klockiem w dłoni, stając przed oczyma każdego dziecka na dosłownie sekundę; tylko dziecko siedzące naprzeciwko ma prawo odpowiedzieć, więc nic nie daje wyrywanie się przedwczesne - jeśli nawet powiesz poprawnie, skorzysta na tym twój rywal. Oczywiście, dzieci i tak wykrzykują kolor, bo się niecierpliwią, ale ja z żelazną konsekwencją biorę do zabawy tylko te, które odpowiedziały we właściwym momencie. Dzieci są nieprawdopodobnie podekscytowane, widać, że usiedzieć nie mogą, jeśli wiedzą; jeśli nie wiedzą, próbują zgadywać. Pokazuję niebieski klocek, już kilka osób się zacięło, a teraz jeden z największych urwisów strzela: yellow!!!! Potrząsam głową, że jednak nie, a jego najlepszy przyjaciel z drwiącym uśmieszkiem komentuje: yellow個屁! co w wolnym tłumaczeniu oznacza "dupa a nie żółty" i tryumfalnie odpowiada: blue!
Uwielbiam rozumieć kolokwializmy, którymi sypią dzieci :D Zwłaszcza te, za które ich rodzice by się mocno speszyli...

2012-12-30

Yi-Da-Li 玉大麗

Yidali, pisane po chińsku 義大利 to Italia czyli Włochy.
Jednak wśród yunnańczyków popularny jest żart językowy: Jeśli byłeś w Yuxi, Dali i Lijiangu, to znaczy, że byłeś w Yi-Da-Li. Żart bierze się z tego, że Chińczycy często łączą kilka nazw, biorąc tylko ich pierwsze człony - sylaby i zestawiając w jednym ciągu. Po skróceniu Yu(xi), Da(li) i Li(jiang) to właśnie Yi-Da-Li.
Zaraz, zaraz... Ale przecież Yuxi zaczyna się na Yu, a nie na Yi!!
Teoretycznie tak. W praktyce, ponieważ w yunnańskich dialektach nie istnieją umlauty, nosowe brzmienie Yu zmienia się w wymowie na Yi. Na tej samej zasadzie w Kunmingu nie kupujemy 綠茶 tylko 莉茶 względnie 荔茶, czyli jaśminową/licziową herbatę zamiast zwykłej zielonej. Rozumienie dialektu yunnańskiego jest jedynym sposobem na przetrwanie w Kunmingu. Przy okazji leczy nas, białasów z kompleksów w temacie wymowy chińskiego. Bo może i mamy problem z tonami, ale przynajmniej, w przeciwieństwie do Kunmińczyków, umiemy wymówić ü!
A przypomniałam sobie o tym właśnie dzisiaj, bo byłam już w tych trzech miastach, zwiedziłam więc Yunnańskie Włochy...

玉溪 Yuxi

Pojechaliśmy na wycieczkę do Yuxi. Położone nieco na południe od Kunmingu (niecałe sto kilometrów) skusiło nas słońcem i dużo wyższą temperaturą (ach ten podzwrotnik!), a także, co tu kryć, żarciem. To już słynne w Yunnanie - gdziekolwiek wylądujesz, możesz być pewny, że 30 kilometrów dalej posługiwać się będą innym dialektem i za przysmak uważać będą inne danie. Oczywiście, baza zostaje podobna, właściwa yunnańskiej kuchni - sporo ostrej papryki i ryżowych klusek - ale ich wykorzystanie będzie się znacznie różnić. Musieliśmy spróbować, zwłaszcza, że, co tu dużo kryć, w Yuxi można znaleźć niewiele więcej. Historia miasta sięga wczesnego średniowiecza; wzmianki o nim pojawiają się także za czasów mongolskich. Z tamtych czasów nie zostało niemal nic. Nawet śliczną pagodę komuniści przemalowali na czerwono, robiąc z niej wprawdzie znak rozpoznawczy Yuxi, ale i maszkaron pierwszej klasy. Jest wprawdzie teatr operowy zbudowany, by pokazywać przedstawienia lokalnej opery zwanej "latarniową" 花燈戲, uniwersytet, a także muzeum, park i plac imienia najsłynniejszego mieszkańca Yuxi - kompozytora Nie Er. Nie przepadając za komunistyczną propagandą i nie gustując w sfabrykowanych pamiątkach po sławnych ludziach poświęciłam się głównie studiowaniu temu, co w tym dwumilionowym mieście zostało z małego, prowincjonalnego miasteczka. I okazało się, ku mojemu zachwytowi, że sporo! Chodziłam więc starymi uliczkami, pełnymi targowego rozgardiaszu, choć byliśmy tam w zwykły dzień roboczy. Patrzyłam na staruszków, wygrzewających się w słońcu, na reprezentantów mniejszości narodowych w tradycyjnych nakryciach głowy, na sprzedawców mydła i powidła (jak rozsądnym jest sprzedaż dziadków do orzechów, jeśli sprzedajemy też orzechy!), na suszące się przy ulicach ryby, na miliony przekąsek i owoców (Yuxi słynie również jako "spichlerz Yunnanu"), na stare domy, które, z zewnątrz niepozorne, bo zaledwie jednopiętrowe, okazują się matrioszkami - pierwsze wejście prowadzi do następnego i następnego, i następnego... Wewnątrz takiego kompletu zabudowań mogłoby żyć kilka bardzo dużych rodzin. Chłonęłam zapach miasta na tyle jeszcze małego i zielonego, że aż miłego oku, a także płakałam w duchu za tym, że nie zdążyłam przyjechać do Kunmingu, kiedy on też jeszcze taki był. Zabudowa nie różni się bowiem bardzo od tradycyjnej zabudowy kunmińskiej; mój Pan i Władca mówi wręcz, że czuje się jak przeniesiony w czasy dziecięctwa. Ach, mimo wszelkich niedogodności pięknie byłoby żyć w mieście, w którym nawet najnowsze osiedla wyrastają najwyżej na wysokość pięciu pięter!...
Nacieszyłam się drobnomieszczańskim charakterem miasta, kupiłam u lokalnego garncarza za grosze wazonik, za który w Kunmingu musiałabym dać pięć razy więcej... i wróciłam do Kunmingu, w korku, kurzu i tęsknocie za drobnymi miastami.
Zdjęć mam sporo, za dużo, żeby tak wszystkie naraz. Pojawi się jeszcze kilka wpisów o Yuxi, więc bądźcie cierpliwi. Teraz pokażę Wam tylko kilkoro ludzi i kilka miejsc - może i Was urzeknie magia Yuxi?