2016-10-08

5 ważnych dla mnie miejsc

Klub Polki zaatakował mnie znienacka; właściwie nie chciałam pisać tego postu. Każde miejsce jest jakoś tam ważne. Niestety, nie zawsze pozytywnie...
Nie. Nie będę opowiadać o miejscach, które wykształciły we mnie kompleksy, o miejscach, w których więcej cierpiałam niż się radowałam, o miejscach, które mnie powoli niszczyły...
Hmmm. Muszę o nich napisać, bo to właśnie w tych miejscach zdarzyły mi się też najwspanialsze przyjaźnie, najpiękniejsze dni i najintensywniejsza młodość. Ale - skupię się na dobru. Jak zawsze.


KRAKÓW

To musiał być Kraków. Nie wyobrażałam sobie w ogóle, że miałabym pójść gdzieś indziej na studia. Kierunek tych studiów był absolutnie drugorzędny :D Zapatrzona w brata, który szlifował krakowskie bruki, bujając się między Piwnicą pod Baranami, Zielonym Szkiełkiem i Lochem Camelot, zazwyczaj odziany we frak czy inny estradowy strój - ja po prostu MUSIAŁAM tu być. Oddychać poezją, Gałczyński, Poświatowska, a w ogóle to na Brackiej pada deszcz. Rozumiecie. Zostałabym tam na zawsze, gdyby nie

TAJPEJ

To miały być miesięczne wakacje. Po miesiącu na Tajwanie wiedziałam jednak, że MUSZĘ wrócić do Azji. Nic to, że do tej pory Azja mogła dla mnie nie istnieć, że nie odróżniałam barów wietnamskich od kuchni chińskiej i że piłam herbatę rozwodnioną z esencji zaparzonej rano. To było dawniej, w tym innym życiu, w którym myślałam, że będę muzykologiem. Może krytykiem muzycznym, może edytorką w wydawnictwie muzycznym, może organizatorką krakowskiego bujnego życia muzycznego. W obecnym życiu zachłysnęłam się Azją i nie chcę już nigdy wracać do tego, co było. Zapach Azji, jeszcze bardziej kolorowy niż widok. Choć tyle już lat mieszkam w Kunmingu, to właśnie parne i gwarne Tajpej sprawiło, że zamarzyła mi się WIELKA ZMIANA.


Miasteczko na południu Yunnanu, przy granicy z Laosem. Spędziłam tam jeden semestr. Ten, kiedy zawaliło mi się wszystko i musiałam sobie życie poukładać od nowa. Straciłam stypendium - miałam mieć je dwa lata, a po roku obcięli za choroby. Zostałam bez grosza przy duszy. Ale nie to było najgorsze. Facet, który mi się podobał, okazał się mnie kochać jednak raczej jak siostrę, brak penisa dyskwalifikował mnie w jego oczach. Przyjaźnie, wystawione na ciężką próbę - moją miesięczną chorobę - nie przetrwały. W dodatku cały Kunming krzyczał do mnie tymi miejscami, w których nie zobaczę już właściwych ludzi; każdy spacer powodował płacz. Wyruszyłam więc tam, gdzie 365 dni w roku jest słońce... i spędzałam w pracy czas od rana do wieczora (9-20 z przerwami na jedzenie i dostanie się z punktu A do punktu B) przez 6 dni w tygodniu. Słońce oglądałam, gdy przemieszczałam się na rowerze z jednego miejsca pracy do drugiego. Co ciekawe - właśnie to mi pomogło. Po weekendach pełnych oglądania seriali, bo na nic innego nie miałam siły, po tygodniach nieuleczalnie opuchniętego gardła, po zarzynaniu się za śmieszne pieniądze - zrozumiałam, że ja po prostu ZAWSZE DAM RADĘ. Muszę. I tego będziemy się trzymać :)

KUNMING

Gdy po raz pierwszy ubiegałam się o stypendium w Chinach i trzeba było wpisać miejsce, zerknęłam pobieżnie na mapę i wybrałam jedno z miejsc, które na tej mapie było najdalej od Pekinu, Szanghaju i innych Wielkich Miast. Nie wiedziałam wówczas, że Kunming, to prowincjonalne miasteczko, jest ze trzy razy większy od Warszawy, że przez rok nie uda mi się opanować szczątkowej wiedzy na temat tutejszych autobusów i... że przypadkiem odkryję moje miejsce na ziemi. Tu się pierwszy raz poważnie zakochałam. Za tym miastem tęskniłam po powrocie ze stypendium do Polski. Tu wróciłam na kolejne stypendium. Tu zrozumiałam, że wszyscy spotkani ludzie mają rolę do odegrania w moim życiu i że muszę nauczyć się brać to życie z uśmiechem. Tu poznałam miłość mojego życia. Wyszłam za tę miłość za mąż. Tu urodziłam wyczekaną i wyśnioną córeczkę. Kunming to jak dotąd najważniejsze miejsce w moim życiu.
Być może przemieszkam tu resztę życia. Nie obrażę się, ale... wątpię. Nie planuję intensywnie przeprowadzki, nie szukam okazji, by stąd wybyć, ale - jeśli to się zdarzy, to nowe miejsce powitam z ufnością. Co mi, Panie, dasz? Czego mnie będziesz chciał nauczyć? Przyjmę wyzwanie - postaram się nadal być szczęśliwa. A piąte najważniejsze miejsce oznaczę na razie znakiem zapytania.

2016-10-06

turlaj się II

ZB wychodzący z domu jest... powiem grzecznie: irytujący. Zapomina kluczy, zapomina komórki, zapomina drugich kluczy, zapomina portfela, trzy razy wraca do domu po pierwszym zatrzaśnięciu drzwi, prosi, żebym przyniosła, bo nie chce mu się już zdejmować butów, a w ogóle to szybciej, bo on już jest spóźniony. W którymś momencie mówię mu niezbyt parlamentarnie, żeby spie... się oddalił szybkim krokiem - gun! 滚! (zdecydowanie nadużywam tego słowa wobec ZB...)
ZB na to, że jestem strasznie niedelikatna.
Zmieniam więc barwę głosu i szalenie delikatnie powtarzam - gun!
ZB trochę zatkany, ale wykrztusza, że jestem okropnie nieuprzejma.
Kłaniam mu się więc formalnie i słodkim głosem mówię - 请滚! - proszę gun!
ZB zaczyna umierać ze śmiechu i jeszcze coś marudzi, otwierając wreszcie drzwi wyjściowe. Na co ja, tonem uprzejmego pożegnania: 请慢滚! - proszę, powoli (ostrożnie) gun!
To ostatnie to zresztą przeróbka typowego pożegnania gościa na progu domu - 慢走 - dosłownie "idź powoli", a przenośnie używane zamiast "uważaj na siebie"...