2009-01-19

非誠勿擾 prosimy nie przeszkadzać

Czyli najnowszy film wspaniałego Feng Xiaoganga, komedia romantyczna. Podobała mi się, bo była słodka ale i faktycznie zabawna, a poza tym uwielbiam Ge You 葛優 (uwielbiam go od Żyć! 活著 i chyba już mi nie przejdzie...), który jest brzydki jak noc listopadowa, ale ma piękny głos, a poza tym i tak jest chińskim amantem wszech czasów. O samym filmie opowiadać nie będę (od czegóż jest wiki?), ale była tam jedna cudowna scena, z okazji której ryknęłam śmiechem.
Facet szuka żony poprzez stronę internetową i spotyka się z różnymi dziwnymi babkami - na przykład jedna sprzedaje miejsca na cmentarzu, druga ma amnezję itp. Trafia również na reprezentantkę yunnańskiej mniejszości etnicznej. Pyta, jak dojechać do jej domu rodzinnego. Ona odpowiada: najpierw samolotem do Kunmingu (bo rzecz dzieje się w Pekinie), potem trzema autobusami do coraz bardziej oddalonych wiosek, a potem jeszcze pół dnia na mule... A mój prywatny Bruce Lee napisał do mnie właśnie, że nie wiadomo, czy motor przejedzie, bo ostatnio pada i być może odbiorą mnie z Zhongjiangu konno.... :D
Następnie główny bohater filmu zapytał tę reprezentantkę mniejszości, co będzie, jeśli małżeństwo nie będzie udane i on będzie chciał się rozwieść. Dziewczę z kamiennym spokojem odparło, że jej brat przyjedzie mu połamać nogi...
Hmmm.... Czy ja naprawdę chcę jechać na wieś do reprezentanta mniejszości na chiński nowy rok?... :D

2009-01-18

Chiński Nowy Rok na wsi

Jadę!
Jadę na chiński Nowy Rok do mojej prywatnej wersji Bruce'a Lee i do jego całej rodziny (wiecie jak to jest w tych małych wioskach - sami kuzyni ;)). Najpierw do Dali. Potem do Zhongjiangu. A potem to mnie konno odbiorą, jeśli błoto będzie za duże na motocykle ;)
Będę tam prawie miesiąc. Jeszcze nie wiem, czy jest prąd i ciepła woda, ale jestem przygotowana na najgorsze (mój prywatny Bruce Lee miał kilka zapasowych baterii do komórki, co wydaje mi się mocno podejrzane...).
Cieszę się jak głupia :D Przecież właśnie po to tu przyjechałam, żeby poczuć te prawdziwe Chiny, prawda? Nie Pekin, nie Szanghaj, nie Kunming nawet, a chiński nowy rok w domu gromadzącym przedstawicieli czterech mniejszości etnicznych (mój Bruce Lee jest głównie Yi, ale powżeniali się też Baiowie, Naxi i Tybetańczycy).
Muszę kupić podarki - wódka (gdzieś w Walmarcie mignęła mi Wyborowa), słodycze, owoce, herbata. Miejmy nadzieję, że się wkupię w ich łaski. Bo jeśli nie, to całe ferie spędzę na wybieraniu grochu z soczewicy...

Dlatego uzupełnianiem blogu zajmę się, gdy już wrócę. A jest co uzupełniać - bo wreszcie zwiedziłam trochę Kunmingu. I Kamienny Las. No i kupowałam na dworcu kolejowym bilet tuż przed chińskim Nowym Rokiem... Ale o tym - już w lutym.
Wakacje!!
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

2009-01-11

Dzieje się!

Weryfikacja przebiegła bez zakłóceń. Wypadła na korzyść podmiotu, który okazał się być faktycznie mocno ekstrawertycznym pijakiem... To znaczy, pijakiem jak na standardy chińskie - po trzech kieliszkach nalewki na chińskich ziółkach (słodkiej! pysznej! domowej!) nie zwalił się bowiem pod stół. Ja też wytrąbiłam kieliszek... czy dwa... Bo właśnie dane mi było jeść kolację w prawdziwym yijskim domu, z ichniejszym przepysznym boczkiem wędzonym z piklami, z rybą na pikantnie i z serdecznością, której Hanowie się chyba w życiu nie nauczą. Oczywiście, zostałam zaproszona na chiński nowy rok, oczywiście mam przychodzić częściej, bo to prawdziwa radość gościć (białego chińskojęzycznego dziwoląga) lubiącego chińską kuchnię zagranicznego przyjaciela. Czteroletnia latorośl w imię dozgonnej miłości podarowała mi złotą monetę z Mao (wiecie, złota powłoczka i w środku czekolada :D), a kiedy powiedziałam, że się odchudzam, latorośl odrzekła, że dla Yi jestem jeszcze zdecydowanie za chuda :D Dorośli napoili mnie herbata (że alkoholem też, to już wspominałam) - a gdy bezbłędnie rozpoznałam typ herbaty, po samym zapachu i wyglądzie liści, stwierdzili, że jestem "swoja" :D Do tego stopnia swoja, że gdy wyłączono prąd (u mnie w domu też nie było, jak się później dowiedziałam - jakaś grubsza awaria), to zapaliliśmy świeczki i nadal cieszyli się towarzystwem - jakieś pięć godzin łącznie.
I mają zjawiskową folkową muzykę.
Podsumowując: lubię reprezentanta Yi dlatego, że nie wstydzi się mnie pokazać rodzinie, dlatego, że ma fajną tę rodzinę (a to, jak twierdzą Starsi Panowie, jest bardzo istotne), dlatego, że lubię się czuć zaopiekowana i dlatego, że mówi piękną chińszczyzną - choć dla Niego nie jest to język ojczysty. To, że jest śliczny jak obrazek, jest całkowicie drugorzędne... :D