Dziś kolejne wyjątki z
Zakazanych Wrót, tym razem o chińskiej Krainie Śniegu i Śląsku w jednym.
Mandżuria była ziemią opuszczoną, nie pamiętano o niej przez wieki; leżała za Wielkim Murem, zbudowanym przez Chińczyków ponad dwa tysiące lat temu, aby ich chronił przed pobliskimi koczownikami. „Chociaż nie wiemy dokładnie, gdzie Bóg umieścił raj – napisał w 1846 roku ksiądz Huc – to możemy przynajmniej być pewni, że nie umieścił go tutaj”.
Minęło zaledwie kilka lat, a Mandżuria stała się niespodziewanie „ziemią obiecaną Azji”. Kilku łowców przygód, którzy tam przybyli, znalazło właściwie przypadkiem złoto, srebro i węgiel.
***
Wieczorem na fioletowym niebie wielki czerwony lampion słońca znika za czarną linią horyzontu, rzucając ostatnie złociste promienie na szeregi nędznych, na wpół wkopanych w ziemię chałup z wyschniętego błota; z ich dachów zwisają papierowe lampioniki, którymi mieszkańcy witają nowy rok. Pod kominami fabryk przejeżdżają z rzadka drewniane wózki, ciągnięte przez chude osiołki. Zimno obezwładnia i otępia. Smutno w takiej chwili pomyśleć, że wyschną niebawem podziemne źródła „krwi przemysłu”, jak w Chinach nazywa się ropę naftową, i że „bohaterski” Daqing mógłby wkrótce stać się miastem martwym, podobnym do tych, które wyrosły i zniknęły na amerykańskim Dzikim Zachodzie w czasach gorączki złota. [...] W Daqingu mieszka siedemset tysięcy osób; młodzieży „czekającej na zatrudnienie” – takiego eufemizmu używa się w Chinach na określenie bezrobotnych – jest tam więcej niż gdziekolwiek indziej. W 1979 roku, kiedy wydobycie osiągnęło szczyt, pracujących na polach naftowych robotników było sto pięćdziesiąt tysięcy; teraz to za dużo. – Jeśli któryś chce odejść, żegnamy go z radością, ale robotników nikt nie zatrudnia, a my nie możemy ich zwalniać – mówi pan Li.
***
Rodzina jednego z moich chińskich znajomych zasiadła do stołu, aby świętować Nowy Rok potrawą z pięknej ryby, kupionej za dziesięć juanów na targu u prywatnego sprzedawcy. W jej gardle znaleziono jednak bilecik: „Chciałem tylko waszych pieniędzy, nie waszego życia. Ta ryba zdechła zatruta”.
***
Dzisiaj Harbin jest brudny, odrapany i śmierdzący – doskonały przykład tego, co rewolucja chińska odziedziczyła i czego nie potrafiła zachować. Wielki most żelazny nad rzeką Sungari zbudowali jeszcze w końcu XIX wieku razem z koleją Rosjanie. Drugi wielki most pośrodku miasta wznieśli Japończycy. Nawet dzwoniące na ulicach Harbinu, przepełnione pasażerami tramwaje pochodzą jeszcze z okresu przed Wyzwoleniem.
W szczytowym okresie rozkwitu w mieście tym mieszkało – jak czytam w przewodniku z lat dwudziestych – sto tysięcy cudzoziemców; było tam piętnaście konsulatów, sześćdziesiąt trzy restauracje, pięć teatrów, sto osiemnaście barów i palarnie opium. Obecnie w każdej z wytwornych rezydencji, gdzie żyła dostatnio jedna rodzina, bieduje przynajmniej pół tuzina rodzin. Ścian nie malowano od lat, szyby w oknach potłuczone, kanalizacja nie działa, podłogi popękane, dachy gniją, toalety porozbijane podczas rewolucji kulturalnej jako „burżuazyjny przeżytek”. – W nocy królują tutaj myszy – mówi pięćdziesięciolatek, który dzieli z sześcioma krewnymi pokój rozmiarów trzy na cztery metry.
Ze starej społeczności białych Rosjan zostało czterdzieści osób w podeszłym wieku, pogrążonych w nędzy i dyskryminowanych jako „cudzoziemcy”, chociaż mieszkają tu od ponad pięćdziesięciu lat.
***
W najstarszej dzielnicy Harbinu uchowała się – pod chińską nazwą Huamei – ostatnia z dawnych wielkich rosyjskich restauracji. Wyodrębnioną część jadalni o drewnianych ścianach kucharze i kelnerzy zarezerwowali sobie na popołudniową drzemkę; resztę sali zapełniają tuziny klientów, tłocząc się przy lepkich od brudu stołach; podłoga jest czarna od błota i odpadków. Na drzwiach wejściowych czerwona kartka z napisem: „Ten zakład uznano za wzorowy pod względem higieny”.
***
„Żyje się dzisiaj gorzej niż w latach pięćdziesiątych” – słyszałem często od ludzi, kiedy nie było w pobliżu partyjnych urzędników robiących notatki. Na przykład budowane w Harbinie przed 1959 rokiem wszystkie mieszkania robotnicze miały łazienkę i kuchnię. Domy powstające dzisiaj, po ponaddziesięcioletniej przerwie w budownictwie, mają jedną łazienkę na piętro i jedną kuchnię na dwie rodziny.
***
Jednym ze starych rosyjskich przyzwyczajeń, które mieszkańcy Północnego Wschodu zachowali, jest picie. W pozostałej części Chin roczne spożycie piwa na osobę wynosi pół litra, w Mandżurii – jedenaście i pół litra.
***
Jedyny w całej dzielnicy porządny i czysty budynek to otwarty niedawno meczet. Zbudowano go w 1935 roku, podczas rewolucji kulturalnej został poważnie uszkodzony. Imama wraz z najbliższymi współpracownikami wysłano do obozu na reedukację. W 1979 roku, po trzynastu latach niewoli, wypuszczono wszystkich, a rząd przyznał im tytułem odszkodowania dwieście tysięcy juanów na odnowę świątyni. Teraz w każdy piątek czterysta osób zbiera się w niej na modlitwę; czternastu młodych ludzi rozpoczęło naukę arabskiego, aby móc czytać Koran.
Wygląda na to, że pod względem finansowym „porządkowanie” nie odbiło się ujemnie tylko w dziedzinie religii.
***
– Dzisiejsza młodzież stawia zbyt wiele pytań, zbyt dużo mówi o swojej wolności i nie rozumie zasad – oznajmia urzędnik partyjny z Shenyangu.
***
– Wszystko jest możliwe – mówi spotkany na harbińskiej ulicy student, który zaproponował mi nieoficjalne zwiedzanie miasta w swoim towarzystwie. – To, co wczoraj było dobre, dziś jest złe, a jutro może znowu będzie dobre. Jednego dnia ci mówią, że masz jakiegoś człowieka chwalić, drugiego – że masz mu napluć w twarz. W rękach naszego kierownictwa jesteśmy jak śruba. Raz się ją przykręci, raz się trochę odkręci.
Nigdy nie byłam na północnym wschodzie; choć od dawna marzę o ujrzeniu
Harbinu, odstraszają mnie temperatury - wystarczy powiedzieć, że Harbin słynie z Festiwalu Rzeźb Lodowych i że te rzeźby pysznią się tygodniami pod otwartym niebem... Druga rzecz: nie tęsknię za widokiem dongbejczyków (czyli mieszkańców północnego wschodu). W porównaniu z Chińczykami południowymi są nieokrzesani, źle wychowani, głośni i ogólnie dość wstrętni. Dawniej myślałam, że to stereotyp; później przekonałam się o tym na dziesiątki niemiłych sposobów na własnej skórze; lektura Terzaniego uświadomiła mi, dlaczego darzę ich taką niechęcią. Skądś to znam: bezrobotni ludzie w średnim wieku, którzy utraciwszy pracę w kopalniach czy hutach nawet nie kiwną palcem, by poszukać innej pracy. Czekają na cud i obwiniają wszystkich dookoła o własną niedolę. Mandżuria i okolice to ziemia barbarzyńców - koczownicze ludy nie wykształciły nigdy kultury wysokiej, zadowalając się wchłanianiem popłuczyn po Chińczykach. Ziemia była kiepsko zaludniona, a późniejsi imigranci to prymitywni robotnicy, których jedynym zadaniem życiowym było szukanie ropy naftowej i węgla w skutej mrozem ziemi. Ich dzieci, ich wnuki nie stykały się z pięknem, sztuką, moralnością, a z pijactwem, przekleństwami i kompletnym brakiem aspiracji. Oczywiście - są wyjątki. Oczywiście - są uniwersytety, szkoły, doinwestowane już w tej chwili miasta. Za mało jednak jeszcze czasu minęło, jeszcze dłuuugo dongbejczycy będą Chińczykami tylko z nazwy. Przesadzam? Może. Ale jest coś w tym, że łatwo mogę rozpoznać przeciętnego dongbejczyka po choćby pięciu minutach w jego towarzystwie...