Na rowerze jeżdżę od zawsze. Kiedy już wyrosłam z ostatniego odziedziczonego (i potem przekazanego dalej) dziecinnego składaka, przestałam jeździć na parę lat, ale gdy na studiach dostałam stypendium, kupiłam sobie za własne pieniądze moją cudowną miejską Meridę i jeździłam na niej całe krakowskie studia. Unikałam krakowskiej komunikacji miejskiej jak ognia i po fatalnym pierwszym semestrze w Hucie czyli na końcu świata już nigdy nie zamieszkałam daleko poza centrum Krakowa. W Kunmingu za to, gdy jeszcze byłam studentką, nie korzystałam z roweru wcale. Uwielbiałam wydeptywać własne ścieżki i zatrzymywać się nagle i z zachwytem. Kochałam poznawać ludzi i wchodzić w ich życie prosto z chodnika. No a gdy wyszłam za mąż, początkowo byłam tak przepracowana, że nie miałam nawet kiedy jeździć na rowerze. Ale gdy tylko przestałam się zajeżdżać na śmierć w beznadziejnej firmie, kupiłam rower. A potem zachęciłam męża, by też odkurzył swój przedpotopowy gruchocik. Śmigaliśmy do kunmińskich parków aż miło. Jeszcze później sprzedaliśmy samochód. Skoro mamy dwa rowery, samochód jest nam przecież całkowicie niepotrzebny.
Jeżdżę na rowerze po Kunmingu od dawna. Jednak dopiero niedawno zchińszczyłam się do tego stopnia, żeby wszystkie możliwe towary przewozić na bagażniku, przywiązane sznurkiem:
Od razu mówię: stać mnie i na autobus, i nawet na taksówkę. Ale nie stać mnie na porzucenie radości zmierzenia się z dowolnym dystansem w obrębie miasta (no, powiedzmy do trzeciej obwodnicy włącznie...) przy pomocy siły własnych mięśni. Nie stać mnie na rozstanie się z ostrym kunmińskim słońcem, całującym moje policzki. Nie stać mnie na porzucenie tej prostej radości.
A Wy jeździcie?







































